piątek, 24 listopada 2017 napisz DONOS@

Rzeźbiarskie początki Roberta Domurata

 
          Moje początki rzeźbiarskie sięgają raczej pamięci moich rodziców. Otóż mój ojciec otrzymał kilkanaście mydeł z pracy jak to dziś jest w obyczaju z funduszów pracowniczych. Miałem wtedy około trzy lata. Pamiętam tylko tyle, że mydła zostały nieroztropnie pozostawione samym sobie w łazience i coś w nich dłubałem. Potem było dużo krzyku, że zniszczyłem tyle mydeł, mamie ta moja robota się podobała, bo jak twierdziła były to twarze wielu osób.
        Jak wiemy z historii były to czasy kiedy środki czystości były, ale ich większa część jechała wagonami daleko... przemierzając coraz to kolejne wiorsty u naszego wschodniego bardzo zaprzyjaźnionego narodu. Miłość tego wielkiego narodu była wielka można by rzec przytłaczająca. Jak bardzo kochał on inne okoliczne narody to i dziś można zobaczyć. Na różnych kanałach TV widać, że ta miłość nie wygasa. Na szczęście to mi w tym okresie nie przeszkadzało w dobrej zabawie z rówieśnikami na domowym podwórku. Pamiętam jeszcze jakieś kręciołki ze słomy, które wykonałem i postawiłem na telewizorze. Tacie to się nie spodobało i mimo głośnych oporów ze strony mamy zostały one eksmitowane do wiaderka ze śmieciami. Ponoć mogły się rozpuścić na słońcu i narobić dużo złego na jedynym słusznym oknie na świat. Okno to zresztą bardzo lubiłem zwłaszcza, kiedy nabrało kolorów ,,Rubinu” o zaprzyjaźnionych barwach narodowych bratniego wyzwoliciela – cokolwiek to wtedy znaczyło. W domyśle pamiętajmy o 17 września 1939 roku, gdy pogłaskano nas po plecach tak swojsko, że przez wiele lat odbijało się to nam ostrą czkawką. Potem było długo, długo nic do momentu moich ...nastych urodzin, których dokładnie nie pamiętam. Dostałem jednak wtedy od mojego młodszego braciszka prawdziwe dłuta. No może dłutka produkcji Made in China. Tu nie licząc pierwszej rany na palcu, bo muszę przyznać, że zręczne ręce chińczyków perfekcyjnie naostrzyły te dłutka, zaczęło mi iść już z górki. Zacząłem najpierw dłubać w korze drzew, a po latach przeniosłem się na prawdziwe drzewo, ma się rozumieć różnego pochodzenia. Muszę przyznać, iż najlepiej rzeźbi się w dobrze wysuszonej lipie. To wiem z doświadczenia bo strzykający z pod dłuta sok na twarz nie zachęca do twórczego działania. I tak to moje hobby trwa do dzisiaj z większym lub mniejszym efektem.
                                                                       opr. R. Domurat
Parzych Urszula
cz, 21 stycznia 2010 13:30
Data ostatniej edycji: wt, 02 lutego 2010 13:08:46

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0