Dopiski na marginesie. Felieton literacki
Staram się wrócić do książek. Do ich zapachu, liter, rozdziałów. Przychodzi mi to opornie z racji resztek czasu, jakie na nie mam. Choć może to tylko prokrastynacja i powinienem mieć więcej czytelniczej dyscypliny. Czytam za to artykuły w internecie, który ma newsowe treści, a te czyta się szybko. Ma też łatwą do okazania krytykę i pochwałę dla ładnych słów, przejawiającą się emotką serduszka. Nie wysilam się, a powinienem.
Kiedyś lubiłem książki w miękkiej oprawie. Nawet te najstraszniejsze, gdzie leżą ciężkie słowa. Są łagodne, dobrze trzyma się je w dłoniach. Lubiłem ich lekkość, papier, który z czasem żółknie, i grzbiety, które po wielu czytaniach przestają być idealnie proste.
Uwielbiam, kiedy coś jest w nich nie tak. Ktoś zapomniał dodać jakiegoś wyrazu, gdzieś zabrakło liter albo „składacz” w rzędzie zdań ukrył swoje inicjały, jak unikalny podpis pod swoją pracą. Zapach farby drukarskiej jest specyficzny, ale muszę przyznać, że każda książka, jaką przeczytałem, pachniała inaczej. Może dlatego, że mózg identyfikuje opisywane zapachy i je koduje. Zapamiętuję zapach mięty, spokojnego wieczoru czy rozlanego wina.
Gorzej jest z kolorami. Nie pamiętam wyszukanych projektów, wytłuszczonych imion autorów czy zatopionych w projekcie graficznym tytułów. Pewne braki w książkach są atrakcyjne dla mojego oka. Są ciekawe. To trochę tak jak z ludźmi. Przyciągają mnie ci, którym czegoś brakuje. Nie są doskonali.
Nie wzięło się to w sumie z niczego. Kiedyś bardzo często odwiedzałem Miejską Bibliotekę Publiczną w Łomży. Robiłem to cyklicznie, wdrapując się po wyślizganych granitowych schodach na drugie piętro. Wielkie, białe, drewniane drzwi witały mnie zgrzytem. Wprawiało mnie w poczucie szczęścia. Jakbym za tym dźwiękiem tęsknił.
Regały były wypchane tomami słów, zagęszczonymi na niewielkiej powierzchni. Tak mocno, że gdyby nagle wszystkie wypadły z półek, zginąłbym pod stosem bezsensownych rymowanek. Spełnienie marzeń samotnych, nieszczęśliwych, szukających najpiękniejszej miłości. Uczniów, jakim wtedy byłem, i takich jak z pierwszych wersów tej piosenki: „Patrzę, jak patrzysz na półkę z książkami i ważysz, co sięgnąć, „Drogę do zbawienia” czy „Przetwory z warzyw”.
A mnie zawsze interesowała poezja, której w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Łomży było mnóstwo. Najmniej odwiedzane regały uginały się pod tomikami nieznanych autorów. Może dlatego, że nikt już nie kupuje poezji, a ta wraca za darmo na półki do bibliotek.
Kiedyś liczyła się dla mnie klasyka: Pawlikowska-Jasnorzewska i jej „Pocałunki” czy „Balet powojów”, potem Szymborska, Baczyński, Wojaczek. Nie było też balu bez Osieckiej i jej piosenek.
Wszystko to wypożyczone na kilka dni, w pośpiechu, jakby miało mi tego tam zabraknąć.
W pewnym momencie chciałem poeksperymentować, dać wybór przypadkowi. Wybierałem tomiki, licząc do dwudziestu od lewej w piątek, a w czwartek dziesięć od prawej. Zupełny przypadek.
Na początku zabierałem wszystkie wybrane w ten sposób książki ze sobą do domu. Z czasem doszedłem do wniosku, że ich jakość jest różna i tylko tacham w plecaku zbędne kilogramy. Nieznani autorzy rozpisywali się o miłości w taki sposób, że chciało mi się wymiotować od tej cieknącej z kartek słodyczy. Odpustowe rymy, wiersze białe napisane w taki sposób, że nie mogłem przebrnąć przez pierwszą zwrotkę. Potem zagubione krainy samotności i wielka pustka, którą ktoś opisywał przez kilkadziesiąt stron. To mnie trochę przerastało.
Aż wreszcie znalazłem jedną taką, w miękkiej oprawie. Niewielką, kieszonkową poezję. Pamiętam, że przeczytałem ten tomik jeszcze w bibliotece, przekładając ciężar ciała z nogi na nogę. Jak w tańcu. Wypożyczyłem go do domu, żeby zrozumieć te słowa jeszcze raz.
Krzysztof Gąsiorowski spowodował, że zacząłem czytać poezję taką, jaka mi się podobała. Taką, którą - przynajmniej wtedy - mógłbym sam napisać.
Jak się okazało, nie tylko ja polubiłem Gąsiorowskiego w mojej Bibliotece.
W tomiku „Piękne dwunożne mgły” znalazłem dopisane ołówkiem fragmenty wierszy. Ślicznie wykaligrafowanymi literami jakaś kobieta odpowiadała na marginesach autorowi. Czasem zamieniała słowa, równo wykreślając te drukowane.
Niektóre dopiski były naiwne i proste, ale nie było ich dużo. Mój ulubiony poeta żył dla poezji, poświęcił się jej całkowicie, a ktoś tak spontanicznie prowadził z jego tekstami dialog, wkładając kartki z własnymi wierszami do tomików albo poprawiając rymy jednego z twórców formalizmu.
To było z jednej strony aroganckie, a z drugiej fascynujące. Prawie każdy dostępny tomik jego poezji był poprawiony, ale w ładny, subtelny sposób.
Gąsiorowski skończył się na półkach Biblioteki Miejskiej w Łomży, ale ja nadal prowadziłem swoją zabawę.
Tak jak podejrzewałem, dopiski znalazłem jeszcze w kilku książkach. Nieraz były to pojedyncze wiersze napisane na kartce, czasem ołówek drapał pożółkłe strony, prowadząc polemikę między tą kobietą a nieznanymi światu poetami.
Za każdym razem miałem wielką przyjemność i frajdę, kiedy udało mi się trafić na jej ślad.
Żałowałem, że nie mogłem jej poznać. Zamienić znią dwa słowa, zapytać, dlaczego tak potraktowała Gąsiorowskiego i innych. Choć często obserwowałem osoby podchodzące do regałów z poezją, nigdy nie było tam wiele kobiet. A jeżeli już jakaś zabłądziła, szybko zmieniała kierunek i grzebała w dziale „Gotowanie”, „Romanse”, „Kryminały”.
Przypominam sobie tę historię dlatego, że kiedy odpalam komputer, bo nie mam czasu na książki, chciałbym mieć możliwość poprawienia czegoś, tak na marginesie. Tylko chciałbym to zrobić w gorszy sposób.
Zachować się jak terrorysta zmieniający bzdurne newsowe relacje w opowieści o żalu ludzi, o ich naiwności, o tym, że ktoś ich oszukuje lub bardzo kocha. Działać z zaskoczenia, kraść rzeczowniki i dodawać barwne porównania. Zmieniać prostotę artykułów z lokalnych portali w coś innego, uzbrojonego w myśli wielkich ludzi.
Najgorsze jest w tym to, że nie byłoby zapachu farby drukarskiej, miękkich kartek, starzejących się żółtych stron. I nikt by tego nie czytał, jak setek tomików z poezją w Publicznej Bibliotece Miejskiej w Łomży.
No, może poza tą kobietą, która zmieniała wiersze, dopisując swoje myśli, rymy i pomysły.
Podejrzewam, że czuła taką potrzebę, którą ja mam teraz.
Rafał Mikołaj Krasucki