Przejdź do treści Przejdź do menu
wtorek, 15 września 2026 napisz DONOS@

Pierwsze umieranie. Felieton literacki

Rafał Mikołaj Krasucki
Rafał Mikołaj Krasucki

Dzisiaj trochę ku przestrodze, ale z przymrużeniem oka. Wspomnienie z cyklu tych zabawnych, ale z możliwością tragedii. Tak, tak. Zwykłe zdarzenie, które mogło zakończyć się niefortunnie.

Historia wydarzyła się wiele lat temu, zaraz po zakończeniu przeze mnie studiów. Cieszyłem się życiem. Spotykałem się z przyjaciółmi i imprezowałem. Planowałem małżeństwo i wszystko to, co powinno się wydarzyć w tym wieku. Młodość ma to do siebie, że nie zna granic. Nic nie jest w stanie jej zakłócić. Młodzi ludzie czują się nieśmiertelni i niezniszczalni. Ja czułem dokładnie to samo.

To był jakiś jesienny weekend. Spotkanie ze znajomymi na grillu. Oczywiście zawsze jest to pretekst, aby spędzić wieczór w pełnym rozbawieniu. To znamienne, że właśnie wtedy uwypukla się owo poczucie nieśmiertelności. Nic i nikt nie jest w stanie cię ograniczyć. Liczy się to, co przeżyjesz, zapamiętasz lub też nie. Dzień rozpoczął się wcześnie. Razem z kolegą dostaliśmy w prezencie na obiad duży kapelusz białego grzyba. A że nigdy ani ja, ani kolega nie jedliśmy takiego grzyba, pozwoliłem sobie go przyrządzić. Jajko, bułka tarta, trochę soli i pieprzu. Obsmażyłem go i podzieliłem na dwie części. Bardzo nam smakował. Wieczorem nawet nie pamiętaliśmy, że zjedliśmy biały kapelusz grzyba, który przypominał schabowego.

Świt przyniósł ból. Mocne skurcze brzucha i zawroty głowy. Zerwałem się do łazienki, bo niewiele brakowało, a bym nie wytrzymał. Pamiętam, jak tam dotarłem, a raczej dobiegłem, tak jak zdobywa się pierwsze miejsce po wycieńczającym maratonie. Niestety łazienkę okupował już mój kumpel. Objawy miał podobne, tylko dobiegły mnie bulgoczące odgłosy wylewających się z niego płynów. Trwało to chwilę i zamieniliśmy się miejscami. Teraz ja wydałem z siebie charczące odgłosy i, patrząc w głębinę muszli klozetowej, dotarło do mnie: to ten grzyb!

Podjęliśmy daremną próbę przetrwania zatrucia, mówiąc do siebie, że skoro już wszystko się z nas wylało, to pewnie przejdzie. Nie przeszło.

Zapadła decyzja o wyjeździe do szpitala. Drogi nie pamiętam. Trafiliśmy do Szpitala Zakaźnego przy ulicy Marii Skłodowskiej-Curie. Tam powstało straszne zamieszanie. Dziś wspominam to jako chaos. Pielęgniarki biegały, ktoś posadził nas na wózki i woził od sali do sali, jakby nie było wiadomo, co z nami zrobić. Zostawić na korytarzu czy położyć na łóżkach.

Szybko przebrano nas w piżamy. Takie wykrochmalone, w niebieskie paski. Pamiętam ten zapach, ponieważ wszystko wtedy docierało do mnie ze zdwojoną siłą. Dostałem łóżko przy drzwiach, a kolega pod oknem. Wtedy weszły dwie pielęgniarki, niosąc ze sobą wiadra i butelki napełnione wodą. Nalewały ją do kubków i w trybie rozkazującym kazały nam je wypijać. Odmówiłem, bo czułem ból brzucha i stwierdziłem, że nie dam rady.

- Pić i nie dyskutować. Pić tak długo, aż nastąpią wymioty. Jeżeli nie będziecie pić, będziemy wlewać wodę na siłę.

Zabrzmiało to tak, jakby te panie chciały wydobyć z nas jakieś informacje. Potworne przesłuchanie w Szpitalu Zakaźnym w Łomży. A najgorsze było to, że wyglądały na takie, które się na tym znają i wiedzą, jak to zrobić.

I piliśmy. Wlewaliśmy w siebie litry wody, które potem… Pominę opis. Wypiłem ze cztery litry i tyleż samo z siebie wydaliłem.

Potem pojawiła się lekarka i kazała zaprzestać… przesłuchania. Poprosiła pielęgniarki o wyjście. Nastąpiła cisza. Próbowałem rozmawiać z kolegą, ale tylko charczałem przez rozdrapane gardło. On leżał i głośno wzdychał. Wydawało mi się, że słyszę ciche:

- Niech już przestaną. Więcej nie dam rady.

I wtedy weszła kolejna pielęgniarka. Stanęła w drzwiach. Wydała mi się wielka. Duża kobieta. Kobieta czołg. W lewej ręce trzymała rurę, która opadała łukiem i była połączona z dużą butelką. Koniec rury wysmarowany był lśniącą maścią.

Teraz ja wydałem z siebie ciche:

- O Jezu.

- Który z panów pierwszy? - zapytała i śmiem twierdzić, że zrobiła to z uśmiechem.

Jak odpowiedzieć na takie pytanie? Przemilczeć? Zgłosić się na ochotnika i mieć to za sobą? Uciec?

Padło na kolegę, któremu kazała się odwrócić. Ten, w geście jakiegoś wsparcia, odwagi, a może ratunku, złapał się za rurę od grzejnika. Nastąpiła wtedy najdłuższa, cicha chwila tego dnia. Kolega chciał się jeszcze ratować słowami:

- Mi już chyba przeszło!

Ale pielęgniarce nawet ręka nie zadrżała. Kumpel wygiął się w łuk. Rura od grzejnika zatrzęsła się w ścianie, wydając metaliczny dźwięk. Z jego ust wydobył się przeciągły, rozpaczliwy i smutny okrzyk. To było jak konanie osła. Jak dobijanie cierpiącego zwierzęcia. Tego jęku nie zapomnę do końca życia.

Ja byłem następny. Zamknąłem oczy i wydarzyło się to, co miało się wydarzyć. Po tym zdarzeniu nastąpiło rozluźnienie. Leżeliśmy i patrzyliśmy w sufit. Nie rozmawialiśmy, bo i o czym? Ani to nie było ciekawe doświadczenie, ani męskie.

Wtedy weszła lekarka. Zamknęła drzwi i usiadła na krześle. Milczała przez chwilę. Potem wyjawiła nam prawdę: że grzyb mógł być trujący, że jeśli w ogóle uda nam się przeżyć, będzie to wielkie szczęście, a jeżeli przeżyjemy, możemy zostać kalekami.

Po tym oświadczeniu wyszła, a przez drzwi wlał się rozpłakany tłum rodziny. Mój ojciec beczał jak dziecko, matka wychylała głowę zza drzwi i zanosiła się płaczem, babcia zażądała krzesła i, trzymając mnie za rękę, zaczęła się ze mną żegnać.

Czułem się oszołomiony, a mój towarzysz głupio się uśmiechał, nadal twierdząc, że jemu już przeszło.

Dostałem gorączki i czułem się osłabiony. W głowie brzmiały mi słowa lekarki o naszej rychłej śmierci. Moje samopoczucie się pogarszało, ale w sumie było to zrozumiałe. Przecież umieram, choć nie wiem, jak to się robi. Umieram pierwszy raz w życiu, zdobywając unikalne doświadczenie.

Może odchodzenie właśnie takie jest - spokojne, z gorączką i osłabieniem. Pogodziłem się z tym. Odchodzę w spokoju.

Przygoda kończy się tym, że zabrano nas karetkami do szpitala w Białymstoku. Tam dowiedzieliśmy się w nocy, że grzyb był trujący, ale nie śmiertelnie. Po tej wiadomości ożyłem. Wróciłem z martwych. Wróciłem z zaświatów, zza kotary nieskończoności. Czułem się szczęśliwy.

Rano wymknęliśmy się ze szpitala. Znaleźliśmy mały sklep spożywczy i kupiliśmy paczkę ciastek oraz papierosy. Smaku jednego i drugiego nigdy nie zapomnę. Ciastka łamały się słodyczą w ustach. Jadłem je łapczywie, jakby były moim pierwszym posiłkiem w życiu.

Podobno jakiś dziennikarz opisał nasze zatrucie jako wielkie szczęście i ostrzegł innych grzybiarzy przed zbieraniem grzybów niewiadomego pochodzenia. Podobno artykuł otwierało zdjęcie, na którym wwożą nas do szpitala w Białymstoku. W sumie szkoda, że nie mam tej gazety na pamiątkę. Nieczęsto bywa się na pierwszej stronie.

Młodość i umieranie. Rzadko występują razem, bo młodość z zasady uważa, że śmierć dotyczy kogoś innego. Ja też tak uważałem. Do czasu, aż zjadłem grzyba, którego nawet nie potrafiłem nazwać. Przeżyłem. Na szczęście. Ale od tamtej pory wiem jedno: nie wszystko, co wygląda jak schabowy, powinno się smażyć w jajku i bułce tartej.

Rafał Mikołaj Krasucki


 
 

W celu świadczenia przez nas usług oraz ulepszania i analizy ich, posiłkujemy się usługami i narzędziami innych podmiotów. Realizują one określone przez nas cele, przy czym, w pewnych przypadkach, mogą także przy pomocy danych uzyskanych w naszych Serwisach realizować swoje własne cele i cele ich podmiotów współpracujących.

W szczególności współpracujemy z partnerami w zakresie:
  1. Analityki ruchu na naszych serwisach
  2. Analityki w celach reklamowych i dopasowania treści
  3. Personalizowania reklam
  4. Korzystania z wtyczek społecznościowych

Zgoda oznacza, że n/w podmioty mogą używać Twoich danych osobowych, w postaci udostępnionej przez Ciebie historii przeglądania stron i aplikacji internetowych w celach marketingowych dla dostosowania reklam oraz umieszczenia znaczników internetowych (cookies).

W ustawieniach swojej przeglądarki możesz ograniczyć lub wyłączyć obsługę plików Cookies.

Lista Zaufanych Partnerów

Wyrażam zgodę