Uczucie bez nazwy. Felieton literacki
Moją wielką inspiracją zawsze była twórczość Zygmunta Haupta. Jego „Baskijski diabeł” do tej pory budzi we mnie zachwyt nad talentem pisarskim autora i niebywałą umiejętnością operowania słowem. W przededniu moich urodzin pozwólcie Państwo, że uruchomię swoją wyobraźnię i ubiorę nasze miasto w „hauptowskie” porównania. Zrobię sobie prezent ze słów.
Czasami chciałbym wynaleźć uczucie, które ani nie przyciąga, ani nie odpycha. Jest jak biały pas zimna ciągnący się przez jesienny dzień ulicą Wojska Polskiego. Zahacza o park i miele w nim pożółkłe liście tak mocno, aż zaczynają przypominać gęstniejącą ciemność. I wtedy, w alejkach oświetlonych pojedynczymi lampami, ludzie wyglądaliby na zagubionych. Jakby byli duchami z przeszłości, bo w bieli mgieł nie widać, czy jesteś duchem, czy nie. I nie jest to wzruszenie, chociaż, patrząc ponad konary parkowych drzew, można odczuwać chęć unoszenia się coraz wyżej. Ponad dachy kamienic, przez wygaszone tablice świetlne zamkniętego kina, otrzeć się o dach Hotelu Gromada, aż po brzeg doliny Narwi. I tam można byłoby opaść w coś, co przypomina zachwyt. Co jest jak szklana krawędź serca, którą tak łatwo mogą pokruszyć smutek, żal czy śmierć.
I wtedy nie da się tego uczucia opisać, bo rozciąga się ono w nurcie Narwi. Dławi zimną wodą. Nurkuje ku dnu, gdzie jest jeszcze więcej chłodu. Zaczyna się łamać w małych falach wbijających się w brzeg. Ale nie jest to smutek, bo miasto, które jest wyżej, wydobywa z siebie metaliczne dźwięki i rośnie wraz z nimi. Jakby z radością istnienia, jakby w zachwycie nad samym sobą. I nie ma w nim zazdrości, bo po prostu jest i trwa w zamkniętej formie, wokół której krążą asteroidy rozpędzonych samochodów.
A w tym uczuciu jesteśmy my, mówiący sobie prawdę i kłamstwa. My, którym próżność przychodzi tak łatwo. My - zgubieni i odnalezieni, rozmodleni i pełni radości. Rozerwani na części, bo życie nie zna litości i potrafi odmienić nas przez czas przeszły. Jesteśmy, byliśmy, będziemy. I w nim potrafimy być cierpliwi, zachowywać dystans i uważność. Nosić w dłoniach niecierpliwość i rodzić napięcie, które dzięki spontaniczności tworzy coś, czego nie przewidzimy. Jesteśmy w tym uczuciu wymieszani. Zderzają się w nim chwile, które dowodzą, że żyjemy. My tu jesteśmy. W tym uczuciu zostawiamy sny - te najcichsze odgłosy naszej duszy.
I niech to uczucie przypomina miłość. Może być z profilu lub en face. Niech ma swoje miejsce przy sercu, bo tam jest ciepło, bo jest się do czego przytulić. Niech będzie takie, któremu umie się powiedzieć szczerze: „tęsknię”. Niech będzie odświętne, obsypane modlitwami. Niech ma swoje miejsce w smugach światła rzucanych przez katedralne witraże - na przemian fioletowych, różowych i krwistych. Niech starzeje się tak samo jak rzeźby świętych i obrazy rozświetlone aureolami. Niech będzie tak trwałe jak ceglane mury katedry, które widziały tak wiele ludzkich zmartwień.
Ale czy warto określać je w całości? Nadawać mu nazwę, która w innych językach będzie brzmiała dziwnie i niezrozumiale? Albo łacińską - w języku martwym, który trwa już tylko w słowach. Affectus sine nomine. Uczucie bez nazwy. Trudne do zapamiętania. Ale może to i dobrze.
Rafał Mikołaj Krasucki