Niedziela św. Rocha w Nowogrodzie. Tłumy, muzyka i rękodzieło
Pachniało świeżym chlebem ze smalcem, dymem z kowalskiego paleniska, regionalnymi potrawami, a gdzieniegdzie także pizzą przygotowywaną na miejscu. Ze sceny płynęła kurpiowska muzyka, pomiędzy starymi chałupami i przy stoiskach kręciły się tłumy odwiedzających. Niedziela św. Rocha w Muzeum–Skansenie Kurpiowskim im. Adama Chętnika w Nowogrodzie po raz przyciągnęła tłumy.
W niedzielę, 16 sierpnia, do Nowogrodu przyjechali mieszkańcy Kurpiowszczyzny, Łomży i okolic, ale też goście z wielu innych regionów Polski. Pogoda dopisała, więc od przedpołudnia teren skansenu, droga prowadząca do niego i okolice sceny nad Narwią wypełniały się ludźmi. Muzem podaje, że tego dnia odwiedziło je 4,5 tysiąca ludzi.
Jedni zatrzymywali się przy występach zespołów śpiewaczych i kapel, inni ruszali między zabytkowe chałupy, gdzie można było obok rękodzieła kupić wiele przydatnych czy ładnych rzeczy. W drodze zapachem kusiła kromka świeżego chleba, która posmarowana smalcem, posypana szczypiorkiem i koperkiem przypominała dawne, sielankowe czasy. Niedziela na Rocha od dawna nie jest już wyłącznie festynem ani tylko okazją do zwiedzania muzeum. To połączenie odpustu, jarmarku, rodzinnego pikniku i żywej lekcji kurpiowskiej kultury.
Od odpustu do wielkiego kurpiowskiego święta
16 sierpnia Kościół katolicki wspomina św. Rocha, a jego kult w Nowogrodzie ma wielowiekową tradycję. Na Kurpiach czczono go jako patrona chroniącego przed zarazą, ale także opiekuna rolników, pasterzy i zwierząt gospodarskich.
Według tradycji hagiograficznej Roch żył w XIV wieku i pochodził z Montpellier we Francji. Podczas pielgrzymki opiekował się ludźmi dotkniętymi epidemią dżumy, a z czasem sam zachorował.
Na dawnej Kurpiowszczyźnie odpust św. Rocha miał bardzo praktyczne miejsce w kalendarzu rolniczym. Przypadał na czas, kiedy najważniejsze prace żniwne były już za ludźmi, a wykopki jeszcze się nie zaczęły. Była więc chwila, żeby odłożyć pracę, założyć odświętne ubranie, pojechać do kościoła, spotkać rodzinę i sąsiadów, a przy okazji trochę się pobawić. Tak znaczenie tego dnia dla dawnych mieszkańców regionu tłumaczył przed laty kurpiowski regionalista Zdzisław Bziukiewicz. Z religijnego odpustu wyrastała stopniowo dzisiejsza impreza folklorystyczna.
Prawie sto stoisk i „mały twórca”
W tym roku na terenie wydarzenia stanęło prawie sto stoisk. Obok doświadczonych twórców ludowych pojawiła się też nowość – stoisko małego twórcy.
– To pokłosie realizowanego przez muzeum projektu reaktywowania rękodzieła kurpiowskiego w przestrzeni skansenu – tłumaczy dyrektor placówki Anna Szynkiewicz.
Projekt „Soboty i niedziele z twórcami ludowymi” ma umożliwiać bezpośrednie spotkanie z ludźmi, którzy nadal potrafią wycinać, haftować, pleść, rzeźbić czy wykonywać tradycyjne ozdoby. Muzeum przedstawia przedsięwzięcie właśnie jako próbę przywracania rękodziełu miejsca w codziennej przestrzeni skansenu.
Tuż przy kamiennych schodach, Jakub i Julia, połączona ekipa z Nowogrodu i Łomży, sprzedaje lemoniadę. Sa tu na specjalne zaproszenie dyrektor Muzeum, która wypatrzyła młodych przedsiębiorców na chodniku w Nowogrodzie i zaprosiła ze stoiskiem na niedzielne święto.
– Dużo lemoniady sprzedałam – cieszyła się Julia z Łomży.
Na stoisku były również komplety naklejek i klamry do włosów, które – jak zapewniali młodzi sprzedawcy – także znajdowały klientów.
– My tak zawsze, jak są ciepłe dni i Julka do mnie przyjeżdża, to sprzedajemy – dodawał rezolutnie Kuba.
Koszyk zaczyna się w lesie
Przy jednym ze stoisk zatrzymywali się ci, którzy wiedzą, że cena rękodzieła nie bierze się tylko z czasu spędzonego przy wyplataniu. Osiem, dziewięć godzin potrzeba, aby z wiklinowych gałązek i korzeni sosny powstał średniej wielkości koszyk. Ale to tylko ostatnia część pracy.
Celina Bałdyga z Ksebek koło Turośli kosze wyplata od około 50 lat. Wiklinę, jak tłumaczy, najlepiej pozyskiwać po opadnięciu liści, aż do wczesnej wiosny, zanim roślina zacznie wypuszczać pąki. Jeszcze ciekawsze jest zdobywanie sosnowych korzeni.
– Sosna, jak się ją sadzi, ma korzenie bardziej w głąb. Samosiejki rozchodzą się szeroko – opowiada pani Celina.
Trzeba znaleźć odpowiednią samosiejkę, około metra od niej podkopać ziemię na mniej więcej 30 centymetrów i szukać korzenia. Gdy się go znajdzie, należy go odciąć tak, by nie uszkodzić drzewa, a potem wyciągać tyle, ile pozwala ziemia w kierunku od drzewa. Materiał trzeba oczyścić i przygotować i - jak mówi pani Celina „motyką odrzeć”. Dopiero wtedy zaczyna się właściwe wyplatanie.
Solidny koszyk średniej wielkości kosztuje około 200 zł. Dla kogoś przyzwyczajonego do tanich produktów z marketu może się wydawać drogi. Gdy jednak policzyć godziny pracy, wcześniejsze zdobycie i przygotowanie materiału oraz doświadczenie gromadzone przez pół wieku, cena zaczyna wyglądać inaczej.
Do południa twórczyni z Ksebek sprzedała w Nowogrodzie siedem koszy różnej wielkości.
Kiedyś, jak wspomina, nie musiała jeździć z nimi po festynach. Ludzie przychodzili do domu i kupowali. Kosze były potrzebne w gospodarstwie, szczególnie przy zbieraniu ziemniaków. Dziś ich użytkowa funkcja coraz częściej ustępuje miejsca ozdobnej, ale nadal znajdują się ludzie, którzy doceniają naturalny materiał i trwałość ręcznej roboty.
Kowal bije z barku
Kilka kroków dalej swoją publiczność miał pan Kazimierz w starej kuźni z Zalasa. Opowiadał o pracy kowala, o żelazie, palenisku i narzędziach, ale zainteresowanie budziła nie tylko opowieść. Wielu zwiedzających chciało stanąć przy kowadle, potrzymać wielki młot albo zrobić sobie zdjęcie. I nie tylko dzieci.
– Kowal musi umieć uderzyć – tłumaczył pan Kazimierz.
Jak mówił, niedawno miał okazję pracować z leśnikiem, który młotem posługiwał się bardzo dobrze, tyle że jak drwal.
– On uderzał z pleców. U kowala bije się z barku, z siły mięśni, a nie plecami, bo na dłuższą metę by nie wytrzymały – wyjaśniał.
Sprzedawca z powiatu legionowskiego oferujący przedmioty z drewna przydatne w kuchni, deski do krojenia, łyżki i inne drobiazgi, za możliwość rozstawienia stoiska zapłacił 50 zł.
– Miła atmosfera, cudowne miejsce i mili ludzie – oceniał po raz pierwszy goszcząc w Nowogrodzie. Sprzedaż? - Owszem, sprzedaje się, ale nie tylko o to chodzi. Liczy się także miło spędzony czas – podkreślał.
I chyba podobnie myślała spora część gości. Jedni wychodzili z koszem albo drewnianą łyżką, inni ze słoikiem regionalnego produktu, a wielu po prostu ze zdjęciami i wspomnieniem kilku godzin spędzonych nad Narwią.
Skansen otworzył się bezpłatnie
W Niedzielę św. Rocha wstęp do skansenu był bezpłatny. Wchodzący otrzymywali jednak bilet i opaskę. Można było przejść pomiędzy wszystkimi obiektami i zajrzeć do ich wnętrz.
– Już w ubiegłym roku zainstalowaliśmy w sieni każdego obiektu bramki, które pozwalają zajrzeć do wnętrza – wyjaśniała dyrektor Anna Szynkiewicz.
Tłumy wędrowały między budynkami, oglądały dawne wyposażenie, zatrzymywały się przy twórcach i rzemieślnikach, słowem sielanka na Kurpiach.
Tegoroczna impreza miała także szczególny muzyczny kontekst. Odbywała się w Roku ks. Władysława Skierkowskiego, badacza i dokumentalisty muzyki kurpiowskiej. W oficjalnym programie znalazł się poświęcony jego pamięci koncert Adama Struga i zespołu Monodia, a na scenie występowali m.in. śpiewacy z Nowogrodu i Zbójnej, kapele, tancerze i artyści inspirujący się tradycją regionu.
Za rok Skansen Kurpiowski im. Adama Chętnika w Nowogrodzie będzie obchodził swoje stulecie.


























































