Weryzm we mnie cz. 1. Felieton literacki
Jest jedno określenie, które oddziałuje na mnie w sposób plastyczny. Brzmi urzędowo, jakby wyciągnięte z jakiejś teczki z dokumentacji konserwatorskiej albo planu zagospodarowania przestrzennego. Rozdział pt. „Substancja Miasta” - czyli zbiór pism o zapachu starych kamienic, śladach po dawnych mieszkańcach i miejscach, które są lub których już nie ma.
Mój sposób patrzenia na Łomżę nie jest obiektywny. Nie interesuje mnie lukrowanie rzeczywistości ani udawanie, że wszystko wygląda lepiej, niż jest. Miasto ma swoje blizny, niedoskonałości, ale i miejsca, które cieszą swoją funkcjonalnością i nowoczesnością. I właśnie dlatego warto opowiadać o nich uczciwie – nie rezygnując z metafor i porównań, lecz wykorzystując je, by opisać miasto w sposób literacko wartościowy.
Łomża, jak każdy miejski organizm, to substancja niejednorodna. Rozrasta się, pęcznieje, zmienia. Jednak są w niej elementy trwale skostniałe. Przypominają wyschniętą tkankę, która powoli znika nam z oczu. Albo jest jak piasek wsypany w miejskie tryby: niby go nie widać, a jednak chrzęści. Weźmy nasz największy monolit: Wieżę Ciśnień. Niezwykle charakterystyczny punkt, kompletnie osierocony przez biznes i wielkie inwestycje. Wieża, która bije wszystkie pionki na planszy. Trwa. Służy głównie do tego, by zawiesić na niej wzrok albo zrobić zdjęcie. To najchętniej eksploatowany motyw na lokalnych grafikach, plakatach i magnesach na lodówkę. Jest, bo zawsze była.
Czasami mam marzenie: ktoś zakrada się tam w nocy. Porusza odpowiednie wajchy w tym kokpicie z czerwonej cegły, wciska ukryte przyciski i odpala schowane w filarach silniki rakietowe. Wieża Ciśnień unosi się w kierunku gwiazd. Odlot bez pożegnań. Nikt nie klaszcze, nikt nie macha chusteczką, nikt nie płacze z żalu. Brakuje nawet dzieciaków z pomponami i kolorowymi karteczkami z napisem: Będziemy tęsknili! Nasza najbardziej rozpoznawalna architektura w kosmosie. To by było coś! Nikt jej tu nie chciał, więc wystrzeliła się na niepodległość prosto w niebo.
Albo oddać ją w ręce artystom. Niech pomażą ją mazidłem kultury. Niech podświetlą ją jak łomżyński teatr. W kolory z obrazów Edgara Degasa, w ciemność zawiniętą wokół jej krętych schodów, aby po 24:00 znikała z naszych oczu. Urządzić w jej środku galerię sztuki. Wymienić jej wnętrzności na nowe, z bezcieniowym oświetleniem, takie, w których można byłoby doświadczać sztuki wysokiej, bo w tym mieście wyżej już się nie da. Na ceglanych ścianach zawisłyby plakaty Tomasza M., który w swój charakterystyczny sposób stworzyłby serię plakatów łomżyńsko-sentymentalnych. On tak łatwo posługuje się artystycznym skrótem myślowym. Zaprojektowałby w oszczędnej formie graficznej np. pamiątkowy plakat pt. „Zapraszamy na odlot Wieży Ciśnień”. A potem oddać ją aktorom. I słychać byłoby z jej wnętrza głośną artykulację najsłynniejszego monologu: To be, or not to be, Łomżo. To be, or not to be.
Piękny, kosmiczno-teatralno-liryczny absurd. Rzeczywistość jest jednak bardziej przyziemna. Wieża nie odleci. Trzyma ją coś cięższego niż grawitacja. Trzyma ją substancja miasta. A zanim zaczniemy marzyć o tym, czym Łomża mogłaby być, warto sprawdzić, z czego właściwie została ulepiona i czym jest pokolorowana.
Rafał Mikołaj Krasucki