Sto lat ŁKS-u. Jubileusz pełen wspomnień, choć bez wielkiego piłkarskiego święta
Mecz z drużyną artystów, jedenaście bramek gospodarzy, okolicznościowe medale i spotkanie kilku pokoleń ludzi związanych z Łomżyńskim Klubem Sportowym – tak wyglądała niedzielna część obchodów 100-lecia ŁKS-u na stadionie przy ulicy Zjazd. Najbardziej wartościowym elementem jubileuszu okazały się wspomnienia dawnych zawodników i trenerów, którzy przez lata tworzyli historię klubu.
Na trybunach stadionu zasiadło około 500–600 osób. Wśród widzów dominowały rodziny z dziećmi. Jubileuszowy mecz rozegrano pomiędzy zespołem gospodarzy a drużyną artystów.
W składzie ŁKS-u nie wystąpili jednak obecni zawodnicy pierwszego zespołu. Po odejściach piłkarzy pod koniec poprzedniego sezonu kadra drużyny jest dopiero kompletowana. W czarnych (!) koszulkach ŁKS-u na murawę wybiegli za to m.in. prezydent Łomży Mariusz Chrzanowski oraz Rafał Boguski – wychowanek łomżyńskiego klubu, były reprezentant Polski i wieloletni zawodnik Wisły Kraków.
Pierwszą bramkę spotkania zdobył Mariusz Chrzanowski. Później przewaga gospodarzy stawała się coraz wyraźniejsza. Mecz zakończył się wynikiem 11:2 dla ŁKS-u. Szczególnie w drugiej połowie najwięcej chęci do gry wykazywali najmłodsi uczestnicy spotkania i to oni zdobywali kolejne gole.
Trudno jednak nie zauważyć, że sportowa oprawa stulecia klubu pozostawiła niedosyt. Wcześniej pojawiały się plany, by z okazji jubileuszu do Łomży przyjechała jedna z czołowych polskich drużyn. Ostatecznie głównym wydarzeniem piłkarskim został mecz z zespołem artystów. Gościom nie można odmówić zaangażowania i chęci do gry, ale jako kulminacyjny punkt obchodów 100-lecia klubu piłkarskiego spotkanie miało raczej charakter rodzinnego festynu niż wydarzenia odpowiadającego randze jubileuszu.
Medale dla ludzi, którzy tworzyli ŁKS
Znacznie poważniejszym i bardziej wzruszającym akcentem było uhonorowanie okolicznościowymi medalami osób związanych z ŁKS-em – byłych piłkarzy, trenerów i działaczy, którzy przez dziesięciolecia tworzyli historię oraz legendę klubu.
Wśród wyróżnionych znaleźli się m.in. Rafał Boguski, trener Jerzy Engel junior oraz zawodnicy pamiętający ŁKS z lat 70., 80. i kolejnych dekad. Spotkanie stało się okazją do wspominania czasów, kiedy warunki do treningu były znacznie skromniejsze, ale klub łączył zawodników także poza boiskiem.
– ŁKS kochamy, a wspomnienia zawsze są piękne. Myśmy się tu wychowali i bardzo to cenimy – mówił Hieronim Łada, który przez 15 lat prowadził pierwszy zespół ŁKS-u. – Była przyjaźń, była jedność.
Józef Ościłowicz, znany kolegom jako „Kółeczko” lub „Rondo”, z sentymentem wracał do lat 80.
– Kolektyw był dobry. Na trybuny przychodziło tysiąc, czasami półtora tysiąca widzów. Kiedy graliśmy, była świetna atmosfera i mnóstwo kibiców – wspominał.
Dawni zawodnicy zgodnie podkreślali, że dzisiejsi piłkarze mogą korzystać z warunków, które przed laty wydawały się nieosiągalne.
– Zazdroszczę chłopakom, że grają na takiej murawie. Mają boczne boiska, mają wszystko – mówił Ościłowicz.
„W tej chwili to jest Barcelona”
Jeszcze bardziej obrazowo różnicę między dawnym a obecnym stadionem przedstawiał Cezary Lemański. Wspominał, że zawodnicy sami próbowali osuszać boisko.
– Warunki bytowe zmieniły się na lepsze, ale z graniem różnie jest. To boisko, jeszcze jako juniorzy, sami kopaliśmy. Był taki moment, że zawsze stała na nim woda. Wykopaliśmy dół, aż mieliśmy odciski, żeby ta woda zeszła – opowiadał.
Jak szacował, mogło to być w latach 80. lub jeszcze wcześniej. Inni byli zawodnicy dodawali, że po zimach i roztopach woda regularnie zalewała bieżnię oraz fragmenty boiska.
– Tu zawsze były powodzie. Kiedy było dużo śniegu, a później przychodziła wysoka woda, na bieżni wszystko stało – wspominali.
Na miejscu obecnego hotelu znajdowała się wówczas drewniana szatnia. Dzisiejszą infrastrukturę dawni piłkarze określali jako „kosmos”.
– W tej chwili to jest Barcelona – żartowali, porównując m.in. obecne warunki z tymi, w których sami zaczynali grać. Podobieństwo z Dumą Kataloni widzią także w piłkarzach, którzy zmieniają się bardzo często, mając od razu menagerów i mentorów. - Za naszych czasów skład był stały. Z zewnątrz w sezonie przychodziła jedna, może dwie osoby – wspominali.
Klub, który wychowywał ludzi
Marek Cimochowski podkreślał, że ŁKS był dla zawodników czymś więcej niż miejscem treningów i rozgrywania meczów.
– ŁKS, trenerzy i działacze, którzy wtedy tu byli, ukształtowali mnie jako człowieka. Żyję w tym społeczeństwie i daję sobie bardzo dobrze radę. Graliśmy w piłkę, ale ŁKS kształtował nas także jako ludzi – mówił.
Jak wspominał, każdy z zawodników miał inny charakter, ale na boisku i poza nim tworzyli prawdziwą drużynę.
– Jeden za drugiego poszedłby w ogień. Byliśmy kolektywem na boisku, ale i poza nim – podkreślał.
Piłkarze łączyli grę z pracą zawodową. Zazwyczaj mieli cztery treningi w tygodniu, w sobotę rozgrywali mecz, a poniedziałek był dniem wolnym. Niektórzy zawodnicy byli formalnie zatrudniani w łomżyńskich zakładach pracy, choć ich głównym zadaniem pozostawała gra w piłkę.
Trenerzy dbali jednak nie tylko o wyniki sportowe.
– Dzisiaj zawodnik przychodzi, ma menedżera, ma mentora. My chcieliśmy grać, ale myśleliśmy też o szkołach. Trenerzy pilnowali naszego rozwoju osobistego i nauki – wspominali byli piłkarze.
Stadion był również miejscem rodzinnego życia. Zawodnicy przychodzili na treningi z dziećmi, które bawiły się w piasku skoczni lub na placu obok boiska.
– Moje dzieci wychowały się tutaj, na stadionie – mówił Marek Cimochowski.
Pierwsze pieniądze po finale w Zambrowie
Cezary Lemański przypominał, że przez wiele lat wychowankowie ŁKS-u grali przede wszystkim z przywiązania do klubu.
– Od trampkarza grałem dla tego klubu, bo go lubiłem. Grałem dla przyjemności, bez żadnych pieniędzy, choć człowiek zostawiał zdrowie – opowiadał.
Jak wspominał, pierwszą premię otrzymał po finale Pucharu Polski w Zambrowie. ŁKS prowadzony przez Andrzeja Targa wygrał wówczas 1:0, a zawodnicy dostali po 50 złotych.
– Ja byłem stąd. Zawodnicy, którzy przychodzili z zewnątrz, jakieś pieniądze otrzymywali – dodawał.
Były też drobne rytuały integrujące drużynę. Po treningach piłkarze kupowali czasami butelkę popularnego wówczas wina Riesling, które – jak wspominali – kosztowało 76 złotych.
Józef Ościłowicz opowiedział również o meczu w Ciechanowcu, w którym zamiast wybić piłkę, próbował rozegrać ją wzdłuż linii obrony. Trener Andrzej Targ miał go za to ostro skrytykować.
– Józek o 20 lat wyprzedził filozofię gry, bo wtedy obowiązywało przede wszystkim „kopnij i biegnij” – żartowali koledzy.
Miłość do klubu i pytania o przyszłość
Wspomnienia dawnych zawodników nie ograniczały się jedynie do sentymentalnych historii. Pojawiły się również uwagi dotyczące współczesnej organizacji klubu.
Józef Ościłowicz oceniał, że w ŁKS-ie zawsze grali utalentowani zawodnicy, ale często brakowało odpowiedniego zarządzania i organizacyjnego impulsu, który pozwoliłby drużynie wejść na wyższy poziom.
– Jeżeli mamy budować klub i awansować, bo każda drużyna chce iść wyżej, to przy takich możliwościach powinno być to jeszcze lepiej zorganizowane – mówił.
Byli piłkarze zwracali uwagę, że już wcześniej należało przygotowywać klub do ewentualnego awansu, również pod względem finansowym i organizacyjnym. Ich zdaniem samo znalezienie się w wyższej lidze mogłoby przynieść problemy większe niż te, z którymi ŁKS mierzy się obecnie.
– To była partyzantka – oceniali przygotowania do walki o awans w poprzednim sezonie.
Niezależnie od ligowych wyników przywiązanie do ŁKS-u pozostaje jednak niezmienne.
– Jak ktoś kocha piłkę, to niezależnie od tego, czy drużyna będzie w pierwszej, czy w czwartej lidze, będzie przychodził na stadion – podsumował Marek Cimochowski.
Józef Ościłowicz mówił natomiast, że dzięki Łomży i ŁKS-owi wygrał znacznie więcej niż mecze.
– W Łomży wygrałem życie. Mam cudowną żonę, cudowne dzieci i cudowne wnuki – podkreślał.
Niedzielny jubileusz pokazał, że największą wartością stuletniego ŁKS-u pozostają ludzie z ich historiami. Sportowa część obchodów mogła pozostawić niedosyt, ale spotkanie dawnych piłkarzy i trenerów przypomniało, że legendę Klubu budowały całe pokolenia zawodników, którzy grali dla ŁKS-u, pracowali, wychowywali dzieci i przez lata tworzyli przy ulicy Zjazd Łomżyński Klub Sportowy.

























































































