Wyjątkowy jubileusz maestro Zarzyckiego
Jan Miłosz Zarzycki, dyrektor naczelny i artystyczny Filharmonii Kameralnej im. Witolda Lutosławskiego w Łomży, świętował w czwartek jubileusz 40-lecia pracy artystycznej. Więcej niż połowę tego czasu spędził w Łomży, osiągając liczne sukcesy. Do tego 27 kwietnia będzie obchodzić 60 urodziny. W żadnym razie nie zamierza jednak zwalniać tempa, ustawicznie pracując nad dalszym rozwojem prowadzonej przez siebie instytucji, bo dla dyrygenta 60-tka to żaden wiek.
Muzyczna kariera Jana Miłosza Zarzyckiego rozpoczęła się tuż przed rozpoczęciem studiów, kiedy zadebiutował jako solista grający na skrzypcach w odległym od jego rodzinnych Gliwic Koszalinie, gdzie został zaproszony do udziału w audycjach muzycznych.
– Moja profesjonalna działalność artystyczna rozpoczęła się od tak zwanych audycji muzycznych, czyli koncertów organizowanych cyklicznie z myślą o młodej publiczności w Filharmonii Koszalińskiej im. Stanisława Moniuszki – mówi Jan Miłosz Zarzycki.
– I właśnie wtedy, będąc już studentem pierwszego roku Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, ale jeszcze przed rozpoczęciem studiów, bo był to wrzesień, po raz pierwszy wystąpiłem jako profesjonalny muzyk-skrzypek. Było to dla mnie duże wydarzenie, związane z daleką podróżą, bo ja Ślązak, studiujący w Katowicach, debiutowałem na Pomorzu, w Koszalinie. Prelegentem i organizatorem był niejaki Andrzej Zborowski. Poznaliśmy się właśnie wtedy i ta przyjaźń trwa już od ponad 40 lat, można więc powiedzieć, że jest to również piękny jubileusz 40-lecia naszej przyjaźni.
Chcąc jednak utrzymać najwyższy poziom młody muzyk musiał z czegoś zrezygnować, nie mógł bowiem poświęcić odpowiedniej ilości czasu i na skrzypce, i na dyrygowanie.
– Skrzypce są bardzo zazdrosnym instrumentem – podkreśla Jan Miłosz Zarzycki. – Wymagają regularnego poświęcania im i czasu, i uwagi. Jeżeli zaś nie dba się o formę, nie gra się na tym instrumencie regularnie, to owa forma błyskawicznie spada. Im przerwa jest dłuższa, tym więcej czasu potrzeba na powrót do dawnej sprawności. A kiedy zacząłem studia dyrygenckie, sporo już wtedy dyrygując, nie miałem czasu na ćwiczenie.
Prowadziłem Studencką Orkiestrę Kameralną Jeunesses Musicales, która działała bardzo aktywnie, wkrótce przejąłem bardzo dobrą orkiestrę symfoniczną Państwowego Liceum Muzycznego w Katowicach, która również miała duże osiągnięcia. Początkowo miałem nadzieję, że uda mi się przedłużyć przyjaźń z tym pięknym instrumentem, ale kiedy nie ma czasu na uczciwą pracę – forma jest coraz gorsza, a to budzi frustrację. Tak więc zakończyłem moją wiolinistyczną działalność.
Kolejne lata potwierdziły, że stratę wielce utalentowanego skrzypka zrekompensowała melomanom dyrygencka kariera Jana Miłosza Zarzyckiego, regularnie prowadzącego renomowane orkiestry nie tylko w kraju, ale też w większości krajów europejskich oraz w obu Amerykach, a do tego naznaczona w początkowym stadium licznymi nagrodami.
– Myślę, że było warto poświęcić się dyrygenturze – potwierdza Jan Miłosz Zarzycki.
– W skrzypcach fascynowało mnie to, że ma się bezpośredni wpływ na piękny dźwięk i można stworzyć go samemu. W dyrygenturze nie ma czegoś takiego, bo tutaj muzykę tworzy się poprzez kontakt z ludźmi, muzykami orkiestry. Jest to jednak inny rodzaj piękna, bo wspaniałe jest to, że można coś współtworzyć z innymi artystami, można kreować pewną atmosferę, która z kolei jest punktem wyjścia do stworzenia dzieła. Jest to więc coś zupełnie odmiennego, ale równie fascynującego.
Ponad połowę z przepracowanych 40 lat Jan Miłosz Zarzycki spędził w Łomży, gdzie w roku 2004 wygrał konkurs na dyrektora Łomżyńskiej Orkiestry Kameralnej, Obecnie Filharmonii Kameralnej im. Witolda Lutosławskiego w Łomży.
– Nie przypuszczałem wtedy, że potrwa to tak długo – mówi Jan Miłosz Zarzycki. – Wiem bowiem doskonale, że dyrektorskie posady zazwyczaj nie są długotrwałe i obserwując inne instytucje muzyczne, widać, że dyrygenci spędzają tam zwykle kilka lat, po czym przenoszą się w inne miejsce. Nie miałem więc podstaw, by przypuszczać, że w tym wypadku będzie inaczej. Przyznam jednak, że już wtedy szukałem miejsca, w którym będę mógł spędzić więcej czasu, nie interesowało mnie to, żeby fruwać sobie z kwiatka na kwiatek.
Dało to robiący wrażenie efekt w postaci licznych sukcesów krajowych i międzynarodowych, Międzynarodowego Festiwalu Kameralistyki Sacrum et Musica i imponującej dyskografii w postaci 20 płyt CD, w tym licznych premierowych nagrań współczesnych kompozycji, z nagrodzonym Fryderykiem albumem „Polish Contemporary Concertos” oraz najnowszym, piosenkowym „Krajobraz miłości” na czele. Jednak maestro Zarzycki, mimo oczywistego zadowolenia z tych wszystkich osiągnięć, najbardziej ceni sobie coś innego.
– Za mój największy osobisty sukces uważam dobrą atmosferę, która panuje w tej instytucji – zaskakuje Jan Miłosz Zarzycki. – Cieszę się ze wszystkich nagranych płyt, zdobytych nagród i ze wspaniałego obiektu, który otrzymaliśmy od naszego miasta Cieszę się z tego, że publiczność docenia nas coraz bardziej, ale gdyby wyodrębnić największe dokonanie, z którego osobiście jestem najbardziej dumny, to jest właśnie dobra atmosfera pracy. Pewnie można pójść inną drogą i osiągać sukcesy w inny sposób. Każdy dyrektor ma na to swój pomysł, ale mój jest akurat taki. I to nie jest sprawa incydentalna, trwa już od lat. To trwała i najważniejsza wartość, o którą wszyscy tutaj dbamy. A jeśli oprócz tego są również sukcesy, to wspaniale, trzeba się tylko z tego cieszyć.
60 urodziny nie są dla dyrygenta niczym szczególnym, ponieważ historia zna przypadki nader licznych mistrzów batuty, którzy efektywnie pracowali, mimo bardzo zaawansowanego już wieku. Dlatego Jan Miłosz Zarzycki ma sprecyzowane plany co do swej dalszej pracy.
– O dyrygentach bardzo długo mówi się, że są wciąż młodzi – mówi Jan Miłosz Zarzycki. –
Śmiałem się, kiedy kilka lat temu po moim koncercie w Niemczech, w którymś z miejscowych czasopism napisano, że wystąpił młody dyrygent, a ja już byłem po pięćdziesiątce, co można przytoczyć anegdotycznie. Ale zważywszy, że w listopadzie będzie u nas dyrygował 90-letni Jerzy Maksymiuk, a umawiam się też na koncert z 82-letnim Antonim Witem, którzy są wciąż czynni i sprawni, to faktycznie daje inny punkt odniesienia. Tak jak dotychczas będziemy więc pracować nad rozwojem i kształtowaniem tej instytucji, nad krzewieniem kultury muzycznej, i będziemy starali się robić to jak najlepiej i jak najuczciwiej, wkładając w to całą duszę, serce i energię. Czeka nas więc normalna praca, a po drodze wynikają z niej różne rzeczy – czasami bardziej spektakularne, czasami mniej, ale równie piękne. Wiem, że nagranie przez nas kolejnej płyty czy otrzymanie nagrody odbija się jakimś szerszym echem, ale wykonanie koncertów, kiedy razem z nami na estradzie wystąpili niepełnosprawni artyści, co niekoniecznie było takie głośne i nie przebiło się do szerszej opinii publicznej, to również było coś wspaniałego i jestem z tego niezwykle dumny. Uważam więc, że takich osiągnięć, nie postrzeganych jako efektowne, również mamy sporo i na takie osiągnięcia również pracujemy, bo ważne i wartościowe jest nie tylko to, co się błyszczy.
Wojciech Chamryk
