poniedziałek, 21 kwietnia 2014 napisz DONOS@

Legenda

Zagadka nadal nie wyjaśniona. Przed laty żona założyciela Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży, Pani Jadwiga Chętnikowa zleciła Pracowni Fotograficznej wykonanie kopii z ilustracji zamówionej przez Adama Chętnika do mało znanej legendy. Artystycznie wykonany rysunek tuszem z roku ok.1941, był autorstwa Bohdana Nowakowskiego z Warszawy - wyżej w załączeniu próbka jego ręki: popiersie Kurpia w kapeluszu. Pani Chętnik zabrała negatyw fotograficzny rysunku, aby wysłać do druku w jednej z gazet ogólnopolskich. Rzeczywiście pochwaliła się potem wycinkiem prasowym, bodajże ze Słowa Powszechnego z 1973 roku. W nawale spraw bieżących nie uznała za konieczne fotografowanie ponownie rysunku, do zbiorów muzealnych - w końcu pod ręką był oryginał. Niestety -ten zaginął, być może został zniszczony wraz z księgozbiorem domowym Chętników, podczas włamania. Potem przypadkiem udało się sfotografować w jednym z kościołów na Mazowszu Kurpiowskim podobny obrazek (załączony wyżej) już w dużej formie malarskiej, jak nas poinformowano: autorstwa Tadeusza Bołoza, artysty plastyka z Białegostoku, a więc legenda została solidnie utrwalona. Dziwne, nie można znaleźć nikogo kto znałby z opowieści domowych treść tajemniczej legendy, szukanie w źródłach pisanych też nie daje rezultatu. Jakim symbolem stała się postać odważnego Kurpia, pomagającego nieść krzyż Chrystusowi, nie zważającego na groźną straż na Drodze Krzyżowej? Zawarta w obrazie „gadka kurpiowska” ku pokrzepieniu serc mazowieckich - jakie przesłanie niesie?

Bolesław Deptuła
pt, 18 kwietnia 2014 19:47
Data ostatniej edycji: 2014-04-18 19:54:12

Była sobie ciuchcia

„Nowa świecka tradycja” -nieodwracalnie coś stracić: np. ciuchcię łomżyńską, kino Mirage, zaczarowaną dorożkę, kapliczkę św. Mikołaja, wieżę ciśnień jako punkt widokowy, halę targową z bezpośrednim handlem od rolnika itd. a jeśli coś zyskać -to las zamiast grodziska i niespławną rzekę. Skąd tyle bezradności się bierze? Przecież na 10-u Polaków 8-u chce wyjechać czyli ktoś w naszym społeczeństwie jest zaradny. Za dużo gadania o potrzebie ochrony a brak reakcji w porę -więc pozostaje ratować co się da. „W ostatniej chwili” jak rozpadający się Domek Pastora w Łomży. Dopiero gdy miasto upodobniło się do sennej wsi, ktoś pomyślał, że to fatalnie wygląda w roku wyborczym. Ogłoszono więc, że z troską należy się pochylić nad umarłą Starówką: tłum miłośników tylko czekał na hasło! W wyścigu pobożnych życzeń Starówka rozciągnęła się chyba od Piątnicy do Śniadowa. Czy skończy się „cegiełkami” na tablicę pamiątkową np. „Jam Starówka „Złoty Róg”- ożyję jak zaciągnięcie nowy dług”? Czy następcy podejmą nadmiar pomysłów do reanimacji - od kina niemego „Miraż” po dorożkę choćby jedną prawdziwą? Kto się odważy przywrócić Starówce średniowieczny kształt czyli przenieść Halę Targową na sąsiedni Rynek ? Pierwsza na liście upiorów czeka zapomniana kolebka miasta: „leśne grodzisko” do wykarczowania. Jako turystyczną „jedynkę” zaplanujmy jednocześnie „rekonstrukcję grodziska i grodu”: w Starej Łomży i przy bulwarach. Lub "grodzisko"w Nowogrodzie (był taki pomysł). Już tylko uśmiech nas uratuje. Może czekamy aż urodzi się przyszły milioner- patriota, który to "wszystko" za nas zrobi? Tymczasem inne miasta próbują powiązać zerwaną nić tradycji wąskotorowej. Kolno  wystarało się o lokomotywę, którą umieszczono w mieście jako pomnik. Z kolei Ostrołęka zbiera materiały o czasach ciuchci łomżyńsko-kurpiowskiej na wystawę wspominkową, do której Muzeum Północno-Mazowieckie dołoży swoje pamiątki. Mieszkańcy Łomży mają jeszcze czas na przejrzenie domowego archiwum, może odnajdą się bilety kolejowe, dokumenty, drobne pamiątki? Czy odezwie się kolejarz (z prezentowanej wyżej fotografii) -jeśli nie przechował munduru,  to przynajmniej czapkę z orzełkiem? Zapraszamy do Muzeum: za użyczenie do badań naukowych, bezpłatnie zeskanujemy fotografie, pomożemy przy zbiorach prywatnych. Ocalmy chociaż pamięć o słynnej łomżyńskiej ciuchci - ku nauce i przestrodze.

Bolesław Deptuła
nie, 30 marca 2014 19:54
Data ostatniej edycji: 2014-04-11 12:21:31

Wśród bałwanów

Symbolika wody ma wiele znaczeń, ukrytych w dziełach literackich, malarskich - także w sztuce rzemieślniczej. Co artysta chciał przekazać poprzez symbol łódki z odważną postacią panny, spokojnie sterującej mimo sztormu? Zagadkową lampę naftową z taką ornamentyką - można odnaleźć wśród równie intrygujących ponad 100 lamp naftowych, w Muzeum Północno-Mazowieckim na nowej stałej ekspozycji. Dodajmy: trzeciej z kolei, obok stałych wystaw archeologii i historii Łomży. Tak bogaty zbiór może być impulsem do poszukiwania inspiracji artystycznych. Zachętą do wzbogacenia współczesnych wnętrz. Refleksją czy nie zgubiliśmy czegoś, co mocniej jednoczyło domowników przy stole, budowało życia rodzinne, pogłębiało więzi. Tajemniczy punktowy krąg ciepła domowego dawnych lamp - kontra nadmiar oślepiającego światła dziś. Może czas przywracać właściwe proporcje gdzie tylko możliwe, aby nie utracić piękna intymności. Choćby dla zdrowia psychicznego, bo wszechobecny potok zbędnych szczegółów - lepiej widoczny na przykładzie sieczki informacyjnej w mediach - spłyca ludzką wrażliwość. Nie każdy potrafi obronić się przed zaburzeniem równowagi wewnętrznej. Lekarstwem na wyciszenie zgiełku, choćby propagandowego, są wizyty w Muzeum gdzie powracamy do artystycznej refleksji w kręgu imponujących lamp, wciąż traktowanych z sentymentem. Możemy na nowo odkryć powracające fale modny na secesję. Spróbujmy sami w Muzeum rozwikłać zagadkę prezentowanej na fotografii rodzinnej lampy wiszącej - wykonanej z myślą o salonie i jadalni. Szeroka na 50 cm, wysokości 190 cm, posiada datę „1891” na burcie łodzi. Czy artystyczna wizja łodzi jest tylko symbolem drogi życiowej? Wśród spienionych bałwanów groźnych fal i wiatru szarpiącego żaglem - znak nieustraszonej podróży po oceanie życia. Ilu z nas umie bez lęku przeprowadzić swoją łódź do bezpiecznego portu?

 

Bolesław Deptuła
wt, 04 marca 2014 16:24
Data ostatniej edycji: 2014-03-12 11:36:41

Brama

Zdjęć z doc. dr Adamem Chętnikiem nie ma zbyt dużo, tym bardziej warto pokazać ten interesujący portret. Dobrze oddaje charakter twórcy, stale zatroskanego o dzieło swojego życia. Fotografia jest ważna z powodu wyboru miejsca do uwiecznienia. Ile osób zwiedzających Skansen - drugi najstarszy w Polsce po Wdzydzach kaszubskich - zna niezwykłą historię tej bramy? (Fot. niebieska- z l. 40).  Cudem ocalała, jako jedyna pozostałość przedwojennej zabudowy Skansenu w Nowogrodzie. Pierwotnie była głównym wejściem na teren skansenowski, co widać na zdjęciu w „Ziemi” z 1930 r. Oryginał z bali sosnowych, z przełomu XVIII-XIX wieku odkrył Chętnik przed leśniczówką we wsi Dudy Puszczańskie, a w Nowogrodzie bramę zrekonstruował wiernie wg wzoru miejscowy cieśla Lutrzykowski. W ten sposób ocalony został i utrwalony dla kolejnych pokoleń przykład odrębności kulturowej Kurpiów, samodzielności artystycznej i umiejętności ciesielskiej. Niezwykły znak gościnności, otwarcia na innych i zabezpieczenia. Któż mocniej od twórcy Skansenu mógł przeżyć ból dotknięcia szacownej bramy na pogorzelisku powojennym?  Widział pustkę tam, gdzie 30 lat życia poświęcił wytężonej pracy: w miejscu gromadzenia za własne pieniądze zabytków, budowy pawilonów wystawienniczych, konserwacji. Bardziej przejmującego śladu pamięci o Chętniku nie znajdziemy w Nowogrodzie. Kiedy rodacy rzucali mu kłody pod nogi, gdy w chaosie I Wojny lub nawały bolszewickiej rozkradano jego zbiory, a od bomb niemieckich II Wojny spłonął jego Skansen - on się prostował jak trzcina na wietrze i podejmował przerwaną pracę. Brama przetrwała. Ciągłość została zachowana, chociaż on odszedł. Należy zadać zawstydzające pytanie: wolimy cudze chwalić, o Chętniku zapominamy, dlaczego nikt nie proponuje pomnika - przecież najlepszym miejscem jest Łomża. Może ofiarował za małą część życia, choćby poprzez Muzeum Północno-Mazowieckie? Czy tworząc kolekcję bursztynu w Muzeum Ziemi - za mało przyciągnął serdecznymi więzami Łomżę do Warszawy? Postać Chętnika w symbolicznej bramie - przecież to gotowy projekt - jeśli wielkości naturalnej, tym chętniej będzie na turystycznych wspólnych fotografiach. Promocja Łomży na cały świat, zachęta do odwiedzin Nowogrodu i okazja by postawić tamę do nazywania Mazowsza Kurpiowskiego i Łomżyńskiego: Podlasiem. Co pisał Chętnik? -„Muzea to swoiste przybytki wiedzy…a opiekę nad nimi roztaczać winna wszystka inteligencja”…

Bolesław Deptuła
wt, 11 lutego 2014 18:18

Olbrzymy

Pamiątki świetności i zagłady pradawnych borów nad Narwią, o których żona założyciela Skansenu, Jadwiga pisała: -„odrzynki olbrzymich drzew bartnych...o średnicy do półtora metra...z byłej Puszczy Nowogrodzkiej.” 700-letni dąb ściągnął Adam Chętnik znad Pisy. Wg legend w obszernym wnętrzu dębu chowano broń, chronili się w nim powstańcy styczniowi 1863 roku. Z kolei 500-letnia barć sosnowa miała być ścięta w 1917 - Chętnik przywiózł ją z Krasnego Borku odnotowując jako: „ostatni zabytek dawnej puszczy- którego zakupienie, zwiezienie i ustawienie...kosztowało tyle, że od biedy chałupę za to można by postawić”. Wyczuł ostatni moment, także powinność patriotyczną - jak doceniano wysiłek życia Chętnika, jego olbrzymi wkład w utrwalenie pamięci ponadregionalnej? Monumentalną pracę, gromadzenie materiału naukowego, zaczął dość dawno: już w roku 1906 bezwiednie notował zwyczaje, obrzędy weselne - od 1909 r. zaczął zbierać okazy przyrody i etnografii. Choć do 1914 r. zgromadził 900 cennych eksponatów, nie zaprzestał pracy w czasie I Wojny Światowej, zwłaszcza że widział: „jak Niemcy pamiętają o naszych zabytkach - wywożąc je do swoich muzeów”. Wsparcie lokalne? Opisał je w roku 1934: -„władze miejskie Nowogrodu odmówiły kawałka nieużytku pod budowę Muzeum, nie rozumiały zupełnie”, nie widziały w tym interesu dla rozwoju miasteczka, a gdy Muzeum „zaczęło się rozwijać, władze miejskie uważając widocznie że to placówka co najmniej handlowa, obłożyły ją przeróżnymi podatkami i ciężarami, które nakazał zrzucić dopiero p. wojewoda Kirst, będący w Muzeum w r.1928”. Na początku II Wojny Światowej Niemcy zbombardowali Skansen dopisując wstydliwą kartę do swojej historii. Z całego muzeum ocalały tylko resztki: brama z Dud Puszczańskich i te olbrzymy bartne na skarpie Narwi. Świadkowie systematycznego niszczenia przez obcych unikalnej Natury w rzekomo dzikiej Polsce, grabieżczej polityki europejskich zaborców, potem okupantów, łatwości zapominania o gigantycznych skarbach zagrabionych Polakom - które niby cywilizowani sąsiedzi wykorzystali do budowy swoich potęg. Także „pokojowe” restrykcje wobec społeczeństw wyniszczonych wojnami oraz okrucieństwo uznania, że nadmierna dominacja jest czymś naturalnym wobec zubożałych narodów. Nigdy dość przypominania. Przed nami przezwyciężanie złych nawyków i zwiększenie ochrony ocalałych skarbów narodowych. Chwilę refleksji ułatwią odwiedziny Nowogrodu i kurpiowskich olbrzymów.

 

Bolesław Deptuła
nie, 19 stycznia 2014 22:39
Data ostatniej edycji: 2014-01-21 11:08:00

Prawie skarbonka

W samym środku wsi Dobrzyjałowo przed 20-tu laty, przy zakładaniu kabla telefonicznego, grupa bezrobotnych przyjęta do prac interwencyjnych natrafiła na przeszkodę - duży głaz. Aby nie zmieniać trasy zdecydowano się na podkop i tu sensacja: wraz z usuwanym piaskiem wydobyto dzbanuszek. Uderzony o bruk rozbił się na wiele fragmentów. Z wnętrza posypały się monety. Naoczni świadkowie twierdzą, że było ich ok. 70. Potem było jeszcze gorzej: każdy na pamiątkę wziął sobie jedną lub kilkanaście monet, zaczęto nimi handlować. Stracono piękny kształt dzbanuszka z szyjką i uchem oraz możliwość sprawdzenia krańcowych dat znaleziska - przytomni, inteligentni znalazcy uznali że ich drobna chciwość jest ważniejsza od dobra wspólnego. Na nic apele o zabezpieczenie w takim przypadku miejsca odkrycia i zawiadomienie Muzeum, Służby Konserwatorskiej, Policji lub Wójta. Do działań przystąpił Konserwator Zabytków i Policja - odzyskano tylko 12 monet i skorupy, z których w Muzeum sklejono naczynko o wys. 58 mm (na zdjęciach). Ślady zielonkawej patyny świadczą, że monety wypełniały cały dzbanuszek. Jeśli wierzyć świadkom: wielkości jednakowej z herbem Orła lub Pogoni. Byłyby to więc szelągi Jana Kazimierza (1648-68). Dziś o znikomej wartości, cenne tylko dla historyka. Może sumienie ruszy znalazców i prześlą jakieś pozostałe monety do Muzeum w Łomży, gdzie już zbadano, że te 12 szelągów uratowanych dla potomności, pochodzi z mennic Ujazdów, Wilno, Kowno. Najmłodsze - z 1666 roku, wyznaczają na razie termin ukrycia skarbu, ale trzeba uwzględnić, że ten typ monet był w obiegu także w poł. XVIII wieku. Kim mógł być właściciel? Jeśli ukrył sto kilkanaście monet, bo tyle mógł pomieścić dzbanuszek użyty jako „skarbonka”, to siła nabywcza zbioru starczała dawniej na zakup kopy jaj lub pół korca żyta - nie był to więc majątek. Może jednak ubogi wieśniak wolał nie ryzykować powrotu z dużą dla niego sumą, więc ukrył naczynko w jamce wygrzebanej pod głazem - dlaczego nie podjął „depozytu”, możemy się domyślać. „Przekazał nam” ślad swoich emocji sprzed 300 lat. W całości znalezisko byłoby kapitalnym skarbem historycznym… Prawie skarbonka jak prawie uczciwi znalazcy.

 

Bolesław Deptuła
wt, 31 grudnia 2013 21:32
Data ostatniej edycji: 2014-01-19 19:12:07

Fotel

Konstanty Chojnowski z Jankowa Młodzianowa pod Nowogrodem - wybitny samouk kurpiowski - wykonał ten bogato zdobiony, unikalny fotel (100 x 57 cm) ok. 1946 roku. Ekspresyjne głowy wilków umieścił na poręczach, a głowami koni zakończył boczne listwy przy oparciu. Najciekawsza część, płaskorzeźba pokryta farbami olejnymi, przedstawia ułana z mundurze Księstwa Warszawskiego. To bezpieczny okres historyczny dla patrioty - artysty wiejskiego, który w ten sposób mógł zaakcentować: -„Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy!”. Można sobie wyobrazić, jak się wzruszał tworząc ten obraz niezłomnej polskości - w czasach strachu pod narzuconą, sowiecką „dyktaturą proletariatu” i tuż po zakończonej grozie II Wojny Światowej, rozpętanej przez Niemców. Nie każdy wie, że wilki symbolizowały Prusaków, być może po to gość wypoczywający w fotelu mógł chwycić garścią złe pyski wilcze. Konstanty był światłym człowiekiem, w jego chałupie w oszklonej szafce stały rzędy albumów poświęconych sztuce polskiej i obcej. 50 lat temu Muzeum Chętnika pokazało w Łomży na autobiograficznej wystawie dorobek Konstantego Chojnowskiego - warto znowu przypomnieć prace tego domorosłego artysty, mocno osadzone w historii Puszczy Zielonej.

Bolesław Deptuła
wt, 17 grudnia 2013 14:13

Granica

Skansen Kurpiowski w Nowogrodzie - oddział Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży, ma w zbiorach eksponat niezwykły. Na Placu Bartnym obok altany widokowej leży duży głaz, który łatwo ominąć i nie docenić - porosty ciągle zarastają wyrytą na kamieniu datę 1749 oraz krzyż, być może znak bartny. Wg przewodnika z 1969 r. Jadwigi Chętnikowej - ”to kamień graniczny między posiadłościami bartnymi a rolnymi” - przywieziony spod wsi Dębowa na Ziemi Łomżyńskiej. Przydaliby się cierpliwi badacze, chętni do wyszukania podobnych kamieni rozsianych wśród pól, łąk i lasów - cenna byłaby pomoc harcerzy lub samotnych wędrowców spisujących relacje mieszkańców i dokumentujących na fotografii wszelkie napotkane znaki kamienne. Kiedyś musiało być ich więcej. Zazwyczaj tylko w przybliżeniu możemy określić dziś linie dawnych granic. Wobec gwałtownych przemian krajobrazu, coraz mniej czasu na uratowanie tych kamiennych pamiątek. Nie wszystkie rozgraniczały przestrzeń: mogły być znakiem nagrobnym lub drogowym, astronomicznym lub kultowym. Niespodziewanie odnajdywane są podczas prac melioracyjnych. Każdy ma szansę zostać odkrywcą: jeśli zauważyłeś na jakimś głazie tajemnicze znaki, krzyż lub pojedyncze litery - zawiadom Muzeum, prześlij zdjęcie z opisem miejsca i dojazdu, spróbujemy razem rozwikłać zagadkę. Może uda się wytyczyć granicę między domysłami a prawdą.

Bolesław Deptuła
so, 23 listopada 2013 17:53
Data ostatniej edycji: 2013-11-28 06:44:50

Zważmy

Przykład dbałości o piękno - tam gdzie wystarczyłaby siermiężna praktyczność. Godny podziwu okaz ze zbiorów Muzeum Północno-Mazowieckiego ma w podstawie skrzydlate chimery dźwigające prozaiczne szalki: w takich okolicznościach porcja banalnych mirabelek nabierała powagi równej egzotycznym rarytasom. Rodzice mieli chwilę spokoju, gdy niesforne dzieci milkły na widok języczka u wagi w formie koników morskich tańczących jak żywe, w górę i dół - niezależnie czy handlarz oszukiwał czy może dosypał hojnie towaru. Kolejne już miniaturowe chimery zdobią sygnaturę z datą: „1856 Fabryka Wag Stanisława księcia Lubomirskiego dawniej Juliusz Sperling, Warszawa, Leszno 90”. Poniżej napisu dziesięć wizerunków medali nagrodowych z kraju i zagranicy, daje wyobrażenie jak doceniano użyteczność połączoną z artystycznym wykonaniem. Zważmy: dopiero w roku 1850 francuski wynalazca Joseph Beranger skonstruował pierwszą wagę stołową - w oparciu o matematyczne założenia XVII-wiecznego pomysłodawcy Gilles de Roberval.

 

Bolesław Deptuła
so, 12 października 2013 18:47
Data ostatniej edycji: 2013-11-23 11:02:21

Deus vicit

Po huraganowej szarży polskiej husarii, która złamała potęgę Kara Mustafy pod oblężonym Wiedniem, Król Jan III Sobieski napisał do Papieża parafrazując słowa Cezara: Przybyłem, zobaczyłem, Bóg zwyciężył. Oto godna podziwu lekcja skromności ! Przywoływanie podczas jubileuszowych rocznic wybitnych osobistości z historii Polski, to świetna okazja do wzmocnienia dumy narodowej, a szczególnie spełnienie obowiązku wychowawczego wobec młodzieży. Atrakcyjnym ułatwieniem jest kolekcjonerstwo dobrze pojęte, zmuszające do poszukiwań historycznych. W zbiorach łomżyńskich mamy arcydzieło medalierskie z 1933 r. - lubiane i poszukiwane przez kolekcjonerów 10 zł jubileuszowe o średn. 3,3 cm. Prezentowany w tle na fot. fragment wizerunku orła z rewersu, zachwyca bogactwem szczegółów. Dla porównania sprawności menniczej i ówczesnej symboliki - szóstaki wielkości 2,5 cm, z roku Odsieczy Wiedeńskiej, o różnych stopniach zachowania. Od góry: na awersie król w wieńcu laurowym i tunice rzymskiej, niżej na rewersach wyraźne herby Korony, Litwy oraz Sobieskiego i czytelna data 1683. Artystyczny portret z 1933 r. projektu Jana Wysockiego, przetrwa wieki (nakład  500 tys.) ale też w pamięci niesiemy potomnym rozmach świętowania 250 rocznicy: do Krakowa zjechał marszałek Piłsudski z całą generalicją, by oddać cześć Janowi III na Wawelu, zorganizowano Święto Kawalerii itd. Wychwalając jazdę polską, wzniesiono również toast za Turcję, pamiętając o jej honorowej postawie wobec Rzeczpospolitej i nieuznawania rozbiorów (słynne w parlamencie tureckim: „Poseł Lechistanu nie przybył”.) Za to nam potomni nie wybaczą zaniedbań medialnych i wychowawczych - za mało twórczego wykorzystania e-książki, filmu, internetu. Ustępujemy pola innym nacjom, za mało godnych naszej wielkości obrazów historycznych. Gdzie atrakcyjne przekazy dla obcokrajowców o nieprzemijalności dokonań wielkich Polaków? Czy wystarczająco Odsiecz Wiedeńską przypominaliśmy sami sobie AD 2013?

Bolesław Deptuła
śr, 25 września 2013 12:54

W imię Ojca

Terenowe prace badawcze muzealników to szczególna okazja do wzbogacenia archiwum fotograficznego. Tym razem - w ramach przygotowań do nowej wystawy. Gdy wracaliśmy po całodziennym objeździe Mazowsza Kurpiowskiego - w zapadającym zmierzchu reflektory wyłowiły niespodziewany i rzadki obraz: karawakę czyli krzyż choleryczny, pamiątkę dawnych masowych pomorów. Takie krzyże jednoczyły w modlitwie „W imię Ojca i Syna”… od morowego powietrza wybaw nas Panie.” Wzmacniały w chwilach kataklizmu, który potrafił wyludnić całe miasto, np. niedaleką Łomżę wielokrotnie w dziejach. Kto zadbał, aby pamiątka przetrwała? Odwiedzamy drewnianą chatę obok murowanej kapliczki - pogodny gospodarz, jak się okazuje 70-latek i ojciec 11 dzieci (słownie: jedenastki) - 40 lat temu karawakę odnowił ze swoim Ojcem. Liczna rodzina zwiększa szanse zachowania wciąż żywej tradycji. Dla niektórych gości, odnajdujących tajemniczy krzyż w gęstwinie - to „tylko” intrygująca atrakcja turystyczna, ale dla wielu nakaz pokory wobec ciągle realnych zagrożeń.

Bolesław Deptuła
śr, 11 września 2013 12:47
Data ostatniej edycji: 2013-09-12 11:06:23

Zagadka z grodziska

Unikat - zaledwie jedna z 6 żelaznych mis znalezionych na Mazowszu. Odkryto ją w 1984 r. na grodzisku w Starej Łomży w trakcie wykopalisk mgr Ewy Twarowskiej pod kierunkiem prof. Jerzego Gąssowskiego - pierwsze tego typu znalezisko w regionie. Bardzo dobry stan zachowania, użyteczny do celów porównawczych - z pierwotną formą, linią krawędzi, czytelną głębokością i średnicą: 20 cm. Tajemnicze misy przez archeologów zwane „typu śląskiego”, znajdywano już w Polsce jako zestawy tzw. skarbów jednorodnych (włożone jedna w drugą), ale pojedyncze okazy tylko w kilku przypadkach. Tropem zagadkowych mis jeździ po muzeach dr Paweł Rzeźnik (Instytut Archeologii Uniwersytetu Wrocławskiego), próbując określić ich funkcję (rytualną? kuchenną?),  dodatkowe przeznaczenie (płacidło?-hipoteza coraz słabiej broniona) oraz kontekst znalezionych razem zabytków. Odwiedził także Muzeum łomżyńskie, gdzie dokonał specjalistycznych oględzin i pomiarów misy znad Narwi. Naukowe ustalenia zawarte w publikacji niskonakładowej, warto udostępnić miłośnikom Łomży. Otóż wg dr Rzeźnika to przedmiot elitarny, używany tylko w środowiskach militarnych społeczeństwa wczesnośredniowiecznego. Do państwa Piastów misy docierały z Wielkich Moraw. Między VIII a XI w. były w miarę powszechnie używane ale od święta: raczej podczas uroczystych uczt, może w celach obrzędowych. Misy znajdywane są - co charakterystyczne - jedynie w obrębie dawnych zespołów grodowych: niegdyś  miejscach zróżnicowanych społecznie z ambicjami politycznymi. Użycie żelaza do wyrobu mis, miało specjalne znaczenie dla ludzi władzy - otaczających się żelazem, czyli symbolem siły i męskości. Zależnie od środowiska i regionu misy się nieco różnią: okaz ze Starej Łomży należy wiązać raczej z Rusią Wikingów. Datowanie wstępne: X-XI wiek. (W załączeniu fotografia lotnicza grodziska w Starej Łomży, którą wykonała Pani Stanisława Chyl - dziękujemy za użyczenie.) Zagadkowa misa została umieszczona na stałej ekspozycji archeologicznej w Muzeum Północno-Mazowieckim w Łomży.

Bolesław Deptuła
so, 03 sierpnia 2013 17:48
Data ostatniej edycji: 2013-08-09 09:48:54

Trucizna

W Muzeum Północno-Mazowieckim w Łomży rośnie ilość materiałów historycznych o latach powojennych: korzystał z tych zbiorów IPN, a także słynny Ośrodek „Karta”. Muzeum czeka na dalsze fotografie, dokumenty i wspomnienia mieszkańców Ziemi Łomżyńskiej. Wciąż za mało opracowań ujawniających prawdę o tamtych strasznych czasach. Odtruwających pamięć - zwłaszcza starszego pokolenia, zbyt długo karmionego propagandą. Doczekaliśmy, że rok 2013 ogłoszono oficjalnie - pod patronatem Sejmu RP, Ministerstwa Kultury, MON - Rokiem Żołnierzy Wyklętych, właściwie: Niezłomnych. Niewyobrażalna była skala zatruwania umysłów. Czy nakłonieni do udziału w polowaniach na ludzi, mieli moment refleksji czym dla przyszłości Państwa będzie likwidacja tak wielu wykształconych i patriotycznych Polaków? Ilu oprawców zdawało sobie sprawę, że osaczeni i spychani do lasów będą zmuszeni siłą zdobywać żywność i lekarstwa? Kiedyś pytano, dlaczego Niezłomnym nie dano szansy honorowego odejścia za granicę? W 2002 r. w pisemnym apelu do łomżan – o upamiętnienie choćby skromną tablicą, pamięci pomordowanych żołnierzy podziemia polskiego, harcerz Adam Sobolewski (autor książki -Jeden z wyklętych, mjr Jan Tabortowski ”Bruzda”), wyjaśniał dlaczego tak długo trzeba czekać na upamiętnienie miejsca kaźni Niezłomnych, przy ul. Nowogrodzkiej:  -„do połowy 1991 r. samo mówienie o zbrodniach stalinowskich było traktowane jako przestępstwo polegające na „rozpowszechnianiu fałszywych informacji mogących wyrządzić szkodę interesom PRL”. Oto muzealne świadectwa: na tle odznaczeń PRL za „utrwalanie władzy ludowej” - unikalne zdjęcie patrolu milicyjnego z Komendy MO w Łomży, 1949 r. Autor apelu pisał: „Nie spotkałem historycznego opracowania o zbrodniach i przestępstwach popełnianych przez funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej w Łomży w latach 1944-1956. Wiedza nie tylko na ten temat jest w dalszym ciągu bardzo skromna”. Przypominał, że w oficjalnych książkach zawsze żołnierzy polskich określano „bandytami, reakcjonistami, degeneratami, zaplutymi karłami reakcji” a funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa i partyjnej propagandy - przywódców tego podziemia pogardliwie określali „hersztami band terrorystycznych i rabunkowych”.

Bolesław Deptuła
so, 13 lipca 2013 22:43
Data ostatniej edycji: 2013-07-13 22:50:00

Głos

Jeśli nie zadbamy o pamięć historyczną - ktoś inny opisze nasze dzieje po swojemu - jak udowadniają książki albo filmy celowo fałszujące np. czasy II wojny światowej. Z udawaną życzliwością sąsiedzi najpierw prezentują milionom odbiorców na świecie przekręconą historię Polaków, a dopiero potem oferują chęć poznania prawdy: dokumentów lub dowodów strony polskiej niby dla  poprawienia przekręconych faktów - ale pierwszy sygnał już zbombardował słabszych psychicznie, odsłaniając przy okazji prawdziwe intencje sprawców. To jak wojna w czasach pokoju i wykorzystywanie „nieświadomych oburzonych” do wysługiwania się obcym interesom. Im bardziej zaniedbana edukacja historyczna, tym częściej funkcjonują medialne „polskie obozy” czy „wypędzenia z terenu Polski”. Za granicami wychowano nowe pokolenie, które nie wie m.in. o istnieniu Polskiego Państwa Podziemnego. Tymczasem u nas, we wschodniej Polsce dokonano niedawno niebywałych odkryć skrytek z dokumentami Armii Krajowej, niestety mocno zniszczonych, jak podawała prasa. Tym cenniejsze są konspiracyjne druki, które ostatnio wzbogaciły zbiory Muzeum w Łomży. Mogą  służyć także do porównań - bo są w dobrym stanie. To przykłady trwania rozbudowanych tajnych struktur podległych Rządowi RP na uchodźstwie, które uruchomiono wkrótce po napadzie Niemców na Polskę - już we wrześniu 1939. Z pożółkłych kartek wielkości zeszytu szkolnego przemawiają znowu do nas Żołnierze Niezłomni. Obok wieści z frontu i regionu pisano przestrogi. Podajemy jedną (pisownia oryginalna) z 1943 roku: „Ukryty wróg. Wroga tego możesz spotkać na każdym kroku i w każdym miejscu. Słucha czujnie, co mówisz o sobie i o innych. Zbiera skrzętnie wszelkie wiadomości, których w żaden inny sposób niemcy nie mogą zdobyć. Imię tego wroga - szpicel. Nie łudź się nadzieją, że w twoim otoczeniu jego nie ma (..) I wynosi wiadomości (..) od ciebie, może od twoich znajomych lub sąsiadów, którym zbyt wiele naopowiadałeś. A później liczne aresztowania, bo wróg się nie śpieszy i pragnie wykryć całą akcję (..) Chroń swoją pracę pancerzem tajemnicy, ona zapewni ci spokojną pracę i przetrwanie niewoli. Niech cię nie unosi duma, że ty coś robisz i że wszyscy powinni wiedzieć jakiś ty ważny. Bądź tajemniczy i skromny, później będziesz rozgłaszał swe czyny. Unikaj przytem wódki. Pod (jej) wpływem mówisz więcej. Nie ufaj obcym (..) Niech ma wygląd najlepszego Polaka - nie ufaj mu i bądź ostrożny (..) szpicel, donosiciel informator niemców - to tym niebezpieczniejszy wróg, że ukryty. Bądź od niego sprytniejszy, a przestanie być groźny”.

Bolesław Deptuła
pon, 24 czerwca 2013 07:32
Data ostatniej edycji: 2013-06-24 07:38:59

Z kulą

Mieszkańcy Puszczy Kurpiowskiej znają ten zwyczaj. Tajemniczy rysunek z lat 40. XX w., zamówiony przez Adama Chętnika u znakomitego rysownika Bohdana Nowakowskiego z Warszawy, ilustruje dawny sposób komunikowania się nad Narwią. W książce „Życie puszczańskie Kurpiów” Chętnik opisuje jak to w początkach XX wieku: „w gminie Wach używano starej pałki (palicy) do zwoływania zebrań gromadzkich, do czego w innych wsiach używano tzw. „kuli”. Na odręcznym rysunku Chętnik uwiecznił dwie „kule”- o wyjątkowym kształcie powstałym w sposób naturalny. To znak sołtysa, dawniej naczelnika, wodza - swoista legitymacja władzy, a dla osoby co przyjęła znak, nakaz pod groźbą kary natychmiastowego przekazania wiadomości np. o wiecu czy potrzebnej pomocy, do następnej chaty itd. To działało, bo: -„nawet w skłóconej rodzinie nie rozmawiającej latami, w razie czyjegoś nieszczęścia czy krzywdy następują szlachetne odruchy, znajdzie się współczucie i pomoc. Jakieś niewidzialne więzy popychają nas wtedy ku sobie, każą zapominać o urazach i bronić swoich. Te więzy - to wspólna w żyłach krew, to wspólna ziemia - matka rodna, wspólny język i kultura, a niekiedy i wspólna wiara”. (A. Chętnik “Mazurskim Szlakiem“). Dziś jeszcze na Kaszubach Skansen we Wdzydzach Kiszewskich przechowuje podobny znak zwany „kluką”. Kazimierz Moszyński w „Kulturze ludowej Słowian”: dodaje inne nazwy -„krakula, krakulica, kozioł - ten przedmiot przetrwał w Polsce głównie na północy, na Pomorzu dziś jeszcze nie wyszedł z użycia. Kulę łączy „pod względem przeznaczenia czy charakteru” pojęcie staropolskich i staroczeskich wici - a u niektórych ludów Eurazji podobną funkcję pełniła strzała. Znały kulę także Łużyce i Szwajcaria, kraje niemieckie i skandynawskie oraz Litwini, Łotysze, część Białorusinów i Wielkorusów. „Zwyczaj to niezmiernie dawny, sięgający pierwocin ludzkiej kultury”. Czy dziś odżyje piękna tradycja: może w formie zabawy sprawnościowej na festynach? Byłaby świetna okazja do spisania - co przetrwało? Pod jaką nazwą, o jakim zasięgu ?

Bolesław Deptuła
śr, 22 maja 2013 16:19
Data ostatniej edycji: 2013-05-26 11:55:57

Skałkowy

W zbiorach przedwojennego Skansenu Kurpiowskiego w Nowogrodzie istniała pokaźna kolekcja broni palnej, m.in. pistolet skałkowy z Morgownik, który przetrwał jedynie na rysunku Adama Chętnika. Co łączy rysunek z fotografią? Niżej na fotografii krzemień - najnowszy nabytek Muzeum w Łomży - taki kawałek, specjalnie obrobiony, był umieszczany w górnej części zamka i przykręcany śrubą w szczękach kurka. Strzelec naciskał spust broni - proch zapalał się od iskry powstałej przez uderzenie krzemienia (tzw. skałki) o krzesiwo (płytkę metalową). Zamek skałkowy wynaleziono ok.1570 roku, rozpowszechnił się w drugiej połowie XVII wieku, a stosowany był do połowy XIX. Wg Chętnika: na Kurpiach „po r.1816 skasowano oddziały Bractw Strzeleckich” a „rusznikarstwo miejscowe, przeważnie w kuźniach u zdolnych kowali (..) zakończyło się ostatecznie po r. 1863. W dawnych latach nie tylko naprawiano tu broń gotową ale też robiono prostsze rusznice i pistolety skałkowe („krzemieniówki”), niektóre z nich miały „bogato zdobione obsady strzelb, na „karpy” pistoletów nabijane ćwieczki z mosiądzu, zdobienia inkrustowane srebrem”. Warto dodać co pisał w r. 1881 o gospodarzach Puszczy Kurpiowskiej W. Czajewski: -„Lud ten wywalczył tu sobie z dawna prawa obywatelstwa i kiedy innemu wieśniakowi wzbronione było pod karą śmierci polować w kniejach i borach królewskich - Kurp był panem tych borów”.. Dziś już tylko rolnicy mogą niespodziewanie wyorać zardzewiałe zamki skałkowe z dawnej broni czarnoprochowej, ale odnalezienie w polu krzemienia (takiego jak na fotografii) - graniczy z cudem, jest przysłowiowym trafieniem na „igłę w stogu siana”. Udało się to jednak archeologom podczas kolejnej akcji rutynowych badań tzw. powierzchniowych pod Nowogrodem. Oprócz szczęścia: przydała się fachowa wiedza archeologiczno-historyczna, bo taki niepozorny kawałek krzemienia zwykłemu zjadaczowi chleba - „nic by nie powiedział”.

Bolesław Deptuła
so, 27 kwietnia 2013 22:00
Data ostatniej edycji: 2013-05-01 06:32:07

Chleb

Nasz powszedni. Nieuchwytna tajemniczość - niezrozumiała dla ludzi ubogich duchowo, intrygująca z racji zewnętrznego piękna. Zadziwia żywotność wzorów niesionych przez pokolenia - wobec śmiesznych prób laicyzacji, oddzielania twórczości ludowej od podłoża religijnego. Sztuczne zabiegi pozbawiania serca i uduchowienia niezbędnego w twórczości, bywają powodem wstydu u sprawców, zwykle - pod koniec życia albo w momencie utraty zdrowia - dopiero wtedy powraca pokora i zachwyt nad różnorodnością form plastycznych w sztuce ludowej. Choćby nad tzw. kukiełką: mini wypiek tworzony z myślą o dzieciach, to swoista zabawka z pozostałości ciasta przy wyrabianiu bochenków, namiastka lalki z wgłębieniami imitującymi oczy, nos i usta. W rodzinach - gdzie szanuje się innych, pamięta o trudzie wytwarzania chleba - przed dzieleniem go czyniono znak krzyża przypominający łączność z cierpieniem. Jak pisał Gloger: „Siadając do posiłku, zawsze Polacy zdejmują nakrycie z głowy, a gdy kęs chleba upadnie na ziemię, podnoszą go i całują jakby dla przeproszenia za zniewagę.” Ten zwyczaj całowania podnoszonego chleba odnotowano już w roku 1674 - w broszurze pt. ”Dworstwo obyczajów”. Dodaje Gloger: ”Na stole ziemianina polskiego (dla gości) zawsze leżał bochen chleba, białym lnianym obrusem przysłonięty. Tak bywało niegdyś we wszystkich dworach szlachty i dziś jeszcze widzieć to można u zagrodowej szlachty i włościan na nadnarwiańskim Mazowszu i Podlasiu” (Encyklopedia staropolska). AD.2013 powstaje społeczeństwo alternatywne: młodzież wyjeżdża z zamierającej Łomży, ale pisze do Rodziców, że w innych miastach Polski gdzie znajduje pracę „zaczęła samodzielnie wypiekać w domu chleb, który przez wiele dni utrzymuje świeżość - inaczej niż tandeta chemiczna z hipermarketów”. Nowe rodziny budują swoje życie bez telewizorów, bez propagandy nienawiści - nie chcą jadu cieknącego z ekranów. Innym na emigracji pozostają łzy i aktualność słów Norwida (rok 1854): - „Do Kraju tego, gdzie kruszynę chleba/ Podnoszą z ziemi przez uszanowanie/ Dla darów Nieba…/ tęskno mi Panie…” Patriotyzm to także kontynuowanie tradycji - pamięć o zdrowych wypiekach, jak  na Mazowszu Kurpiowskim. Oto ze zbiorów muzealnych: kołacz z widocznym znakiem krzyża - wypieczony w domu Anny Ropiak w Myszyńcu oraz bochenek chleba i tzw. kukiełka Eleonory Ciok -  wykonane we wsi Brzozówka. Zawsze cieszące oko przykłady pieczywa tradycyjnego -  te  okazy nagrodzono i pokazano na wystawie obok najpiękniejszych palm  wielkanocnych we wsi Łyse w 1971 roku. Przy okazji: domowa łopata do pieca chlebowego - fotografia z muzealnych prac terenowych w 1968 roku - u sołtysa z Wykrotu, Czesława Lemańskiego. Pracownicy Muzeum w Łomży, którzy organizowali od 1969 roku pierwsze konkursy w Niedzielę Palmową wg pomysłu Adama Chętnika, nie przypuszczali, że projekt przyniesie ogólnopolską sławę niewielkiej, kurpiowskiej wsi Łyse. Dla muzealników najważniejsze było podtrzymanie tradycji oraz dokumentowanie bogatej kultury tego regionu, stąd co roku nagradzano obok palm - kolejne dziedziny sztuki ludowej jak plastyka obrzędowa, wycinanki, pisanki, tkaniny, kowalstwo, rzeźbiarstwo i pieczywo - oparte na wzorach staropolskich.

Bolesław Deptuła
so, 13 kwietnia 2013 10:51
Data ostatniej edycji: 2013-04-14 10:24:12

Tradycja

Jeśli kolejną Wielkanoc przykryje śnieg, zatęsknimy za Śmigusem Dyngusem z prezentowanej fotografii (1973 r.) W archiwum muzealnym znajdziemy wspomnienia, jak to robiono nad Narwią. Ten zwyczaj niósł dreszczyk tajemnicy co najmniej prasłowiańskich źródeł i łączył różne warstwy społeczeństwa, choć dawniej amant raczej kończył na pokropieniu perfumą po ręku lub gorsie, aby nie sprawić przykrości. Jeśli panny nie oblano to źle wróżyło, gdyż oznaczało brak zainteresowania u kawalerów i perspektywę staropanieństwa. Kiedyś dziewczęta mogły rewanżować się następnego dnia, bo wtorek był kolejnym dniem świątecznym. Choć Brukner wspominał -„parę bliźniaczą obyczajów wielkanocnych”, to nie wiadomo dokładnie kiedy do śmigusa dołączono odrębny zwyczaj dyngusa, czyli powtórnego oblania za brak wykupu pisanką lub innym podarkiem. Nierzadko przekraczano granice tradycji i dobrej zabawy. W końcu doszliśmy do rzucania z 7 piętra reklamówki z wodą: za ten nowoczesny, chuligański wybryk grozi spory mandat albo poważniejsza kara w razie uszkodzenia zdrowia. Szok termiczny pozostał u rozsądnych ludzi wystarczającym przeżyciem. Niestety zbyt mocno nadużywanym, stąd swoistym znakiem i okazją do otrzeźwienia stało się tegoroczne  załamanie pogody i raczej obrzucanie się śniegiem. Ciekawe, że A.D. 2013 "lany poniedziałek" wypadł w Prima Aprilis, więc komu zabrakło zabawy, ten doceni psikus Natury. Większość z nas pragnie dobrych wspomnień. Gdy przyjdzie czas kolejnych pokoleń - odkryją bogactwo obyczaju staropolskiego jak swój osobisty skarb. Poszukają źródeł i przydadzą się wtedy muzea w roli strażników zgodności z tradycją.

Bolesław Deptuła
śr, 03 kwietnia 2013 22:42
Data ostatniej edycji: 2013-04-03 22:52:55

Ab ovo

Znaki słońca? Symbole opieki nad gospodarstwem? Ile pozostało z dawnych wierzeń, przekonań pierwotnych? „Malarstwo uprawiane na jajach to niewątpliwie jedna z prawdziwych osobliwości kultury ludów zamieszkujących Europę” - zapewnia znakomity etnograf Jacek Olędzki (”Sztuka Kurpiów”, Ossolineum 1970). To niezwykłe wobec poważnych utrudnień: wielkość i kształt jaj, ilość barwników oraz skomplikowane techniki malarskie czy malarsko-graficzne. „Zjawisko to mogło pojawić się tylko w warunkach przypisywaniu jaju wielkiej roli magicznej, obrzędowej”. W przypadku Kurpiów zachował się np. zwyczaj przechowywania skorup z jaj wielkanocnych przez cały rok „na szczęście” - a także „pisanki specjalnie dla chrześniaków” w intencji życzeń pomyślności aż do następnych świąt Wielkanocy. W dominującej dawniej technice woskowej przeważały pisanki niefiguratywne, dopiero po I wojnie światowej w skutek nowych rozwiązań formalnych rozwinęły się malunki „nawiązujące najczęściej do realiów życia wiejskiego” np. wizerunki ptaków. We wszystkich bodaj parafiach kurpiowskich odnotowano zwyczaj przynoszenia jaj w  postaci „ofiar” do żłobka na Boże Narodzenie i pod krzyż Na Wielkanoc. Do dziś jednym z ważniejszych jest obyczaj surowo przestrzegany, „o niestosowności święcenia na Wielkanoc jaj zdobionych - święcić można jaja tylko w ich naturalnej postaci”. Jak podkreśla Olędzki: „dziedzina tej twórczości może poszczycić się wyjątkową znajomością technologii malarskiej, spożytkowującej naturalne barwniki z niezliczonych i rozmaitych surowców (..) bez większych zastrzeżeń należy wiązać rozwój tej umiejętności z doświadczeniem zdobywanym przez długie wieki i kierowane jakimiś głębszymi ideowymi celami”. Muzeum w Łomży przechowuje zbiór pisanek głównie z lat 70. - niewątpliwe echo dawnych wzorów obrzędowych.

Bolesław Deptuła
śr, 27 marca 2013 20:30
Data ostatniej edycji: 2013-03-30 10:34:33

Wieczko

Rzemiosło artystyczne z kolekcji Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży - przykład lubianej przez kolekcjonerów niemieckiej sztuki zdobniczej. Kufel o pojemności 1 litra: produkcja z lat 1885-1910 firmy Villeroy&Boch. Kamionkowe dzieło sztuki z cynowym wieczkiem. Przypuszczalnie wg pomysłu Adolfa Diesigera, ale potwierdzenie dokładnych szczegółów wymaga żmudnych poszukiwań w katalogach i cierpliwości historyka-detektywa. Kufle dedykowano myśliwym, sportowcom, żołnierzom itd. W naszym przypadku scenka rodzinna z mandoliną podpisana jest sentencją: „Ciesz się życiem”- hasłem chętnie powtarzanym i to od kilkuset lat na kuflach, które trafiały na ziemie polskie także poprzez Prusy Wschodnie. Tak finezyjne rzemiosło rozkwitło w Niemczech między XV a XVI wiekiem. Skąd pomysł z przykrywką? Do kufli drewnianych stosowano wieczka z tego samego materiału. Późniejsze ceramiczne kufle dłużej utrzymywały chłód napoju i miały wieczka miedziane lub cynowe coraz bardziej ozdobne, z płaskorzeźbą lub miniaturowymi figurkami. Przetrwanie pomysłu z wieczkiem nie wynikało jedynie z chęci delektowania się piwem na zewnątrz karczmy, w cieniu drzew. To był nie tylko sposób na przeniesienie całej zawartości kufla przez dzieci, wysyłane do sklepiku przez leniwych rodziców lub majstrów - jak to ujawniają stare obrazy i ryciny. Niemieckie legendy przekonują, że przykrywki pojawiły się w czasach zarazy a głównym powodem obaw były muchy ! Kilka niemieckich księstw wprowadziło w XV wieku prawny obowiązek ochrony pożywienia i napojów, który surowo egzekwowano. Jednak  chyba bardziej strach przed nawrotem epidemii - mógł przyczynić się do utrwalenia mody na przykrywanie kufli z piwem. Dziś trudno sobie wyobrazić, że tzw.”morowe powietrze” potrafiło kiedyś wyludnić całe miasta - nie nadążano z chowaniem trupów do zbiorowych mogił. W tym kontekście upiornej wymowy nabiera sentencja o radości życia. Czasem ma się wrażenie, że przetrwała podświadoma trauma - NIWELUJĄCA energię „większości” do poziomu zabawowej egzystencji a inteligentną „mniejszość” - PARALIŻUJĄCA.

Bolesław Deptuła
so, 09 marca 2013 18:39
Data ostatniej edycji: 2013-03-09 18:52:19

Nosorożec włochaty

Nosorożec pod Łomżą? To możliwe ! Jeśli natrafisz na podobne znalezisko w rzece, bagnie lub żwirowni - sława lub satysfakcja odkrywcy zapewniona, tylko koniecznie zabezpiecz i oznakuj dla badaczy miejsce odkrycia tak, aby nie uległy przesunięciu inne fragmenty kości sprzed tysięcy lat. Natychmiast zawiadom Muzeum Przyrody w Drozdowie - gdzie zgromadzono pokaźny zbiór skamieniałości z  terenu północnego Mazowsza, w tym szczątki ssaków kopalnych. Te odkrycia są niezbyt częste, tym bardziej wartościowe jako potwierdzenie, że w okresie lodowcowym życie tętniło na mroźnej Północy: był mamut, jeleń olbrzymi, niedźwiedź brunatny, żubr długorogi. Pod dzisiejszą Ostrołęką - słoń stepowy a w Dębnikach - renifer. Kolejne miejsca odkryć to Siemień, Pniewo, Rakowo-Boginie, Wiśniewo, Szablak, Krzewo. Między wsiami Rybaki-Czartoria natrafiono na ogromną rzadkość: szczątki nosorożca włochatego, współczesnego mamutom. Pochodząca stamtąd efektowna kość (na fotografii) została wyłowiona z Narwi przez nieznanego rybaka w 1960 r. Znalezisko trafiło do Muzeum w Łomży, gdzie zbadał je dr Andrzej Ruprecht (Zakład Badania Ssaków w Białowieży). Wyniki opublikował w r.1976 w Roczniku Białostockim: okazało się, że jest to długi na 32,5 cm fragment nasady lewej kości ramieniowej nosorożca włochatego. Jak wyglądał ten olbrzym, pokazuje rekonstrukcja rysunkowa. Od wieków był i jest natchnieniem artystów: co udowadnia znaczek poczty szwedzkiej (u dołu) i rysunek (u góry) wyryty w kamieniu przez kromaniońskiego łowcę. Znamy go także z wielu europejskich malowideł jaskiniowych. Ten lodowcowy ssak wg badaczy pojawił się ok. 1,5 mln lat temu, zniknął przed ok.10 tysiącami lat. Obok kości plejstoceńskich zwierząt znajdowano szczątki neandertalczyków- również w Polsce: przykładem jaskinia Raj pod Kielcami, gdzie wykopaliska ujawniły ok. 300 poroży reniferów w formie zasieków, broniących wejścia  do jaskini przed drapieżnikami. Na północy Polski dotychczas znane było jedno stanowisko nosorożca włochatego: Kalinowo na Suwalszczyźnie. Muzeum w Łomży tworząc oddział przyrodniczy w Drozdowie przekazało wraz z kolekcją skamieniałości Chętnika również „łomżyńskiego nosorożca włochatego” i dziś można oglądać ten unikat na stałej ekspozycji w samodzielnym, prężnie rozwijającym się  Muzeum Przyrody.

Bolesław Deptuła
so, 09 lutego 2013 08:44
Data ostatniej edycji: 2013-02-09 09:26:00

Putto

Muzeum Północno-Mazowieckie w Łomży oprócz gotowej ekspozycji archeologii i wkrótce otwieranej - historii, szykuje w nowej siedzibie kolejną stałą wystawę: lamp naftowych, z własnej, pokaźnej kolekcji rzemiosła artystycznego. Zwiedzający będą mogli porównać zmieniające się na przestrzeni lat - style, kształty, symbolikę. Zobaczymy z bliska np. porcelanową lampę stołową w stylu neorokoko, wysoką na 81 cm, z II poł. XIX wieku. Dominują tu postacie aniołków, nawiązujące do antycznego wzoru uskrzydlonego amorka (inaczej: putto - z łac. putus: czysty). Lampa ma palnik pierścieniowy niemieckiej firmy Carl Holy. Zielonkawy klosz tulipanowy jest zdobiony nakładanym ornamentem kwietnym. Kwiaty są także - ale już malowane ręcznie - na zbiorniku porcelanowym pod kloszem. Na korpusie przyciąga wzrok scenka, będąca alegorią malarstwa: orszak puttów, wśród nich jeden uroczyście fetowany - dzierży paletę z farbami. W mieszkaniu sprzed ponad 100 laty - w półmroku wieczorów - w świetle lampy naftowej ożywał, drgał rozbuchany zielenią słoneczny obrazek. Do wyboru z drugiej strony lampy: putto wysypuje z kosza kwiaty, to kolejna scenka - z alegorią lata.

Bolesław Deptuła
śr, 16 stycznia 2013 17:02
Data ostatniej edycji: 2013-01-16 17:10:36

Wiara-nadzieja-miłość

To absolutny unikat: zachowany tylko w zbiorach łomżyńskiego Muzeum, w formie medalionów z czytelną symboliką: krzyża - kotwicy - serca.  W dostępnych źródłach nie odnotowano innych miejsc występowania motywu Trójcy Świętej w sztuce bursztyniarskiej. Zobrazowanie miłości, wiary i nadziei -  w formie uczuć, a nie chłodnej dekoracyjności. Źródłem tak rozumianego natchnienia dla artysty ludowego była tajemnica Wiary - pod postaciami Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Talent samorodnych twórców wiejskich - z dala od wielkich skupisk ludzkich - doprowadził do najlepszego uzmysłowienia różnicy pojęć: używanie kontra przeżywanie. Prostactwo duchowe kogoś, kto sam siebie niszczy szerząc Zło, kontra duchowa sytość tych, którzy wolą żyć skromnie, ale w uporządkowanym świecie, gdzie króluje Dobro. Dwa unikalne medaliony z 1957 i 1963 r. (10,5 x 9,5 cm) wykonał bursztyniarz ze wsi Surowe k. Ostrołęki;  trzeci nieznanego autora z ok. 1973 r. pozyskany ze wsi Zbójna, jest zagadkowy - jakby niedokończony - może struktura materiału zmusiła rzeźbiarza, aby pozostawił medalion w formie broszy - stąd 2 otwory na metalowe zapięcie? Już się pewnie nie dowiemy.Może za to odnajdą się nieznane zapiski doc. dr Adama Chętnika, który mógł znać rozwiązanie kolejnej zagadki: czyj pomysł ? Być może Chętnika, który u tego samego artysty zamówił dla Muzeum rekonstrukcję bursztynowego kierca i pająka (zdobiły sufit Sali Bursztynowej muzeum, na wzór dawnego wyposażenia chałup kurpiowskich). Niewykluczone, że był to oryginalny pomysł bursztyniarza. Jakąś zachętę mogły stanowić rzeźbione postacie z płaskorzeźb, znane od prawie 200 lat, np. Koronacje Matki Boskiej na kapliczkach słupowych - tylko dlaczego dopiero po II wojnie światowej taka formuła figuralna została uwieczniona w bursztynie? Autorem zagadkowych medalionów jest słynny Wiktor Deptuła, rolnik z Surowego - jak pisała w książce „Tajemnice bursztynu” prof. dr hab. Barbara Kosmowska - Ceranowicz: „nieżyjący już bursztyniarz-artysta”, którego córka „czasem zasiada do kołowrotka, aby zademonstrować dawne metody pracy”. Z kolei dr Jerzy Jastrzębski w książce „Bursztyn w dorzeczu Narwi” pisze: „Warsztaty amatorskie prowadzone były przez ludzi, którzy bursztyniarstwo traktowali jako przyjemność. (Wśród nich) „najbardziej znanym i uznanym bursztyniarzem był Wiktor Deptuła, który przez ponad 40 lat kopał i obrabiał bursztyn”. Dziś złoża są wyczerpane, przestały terkotać kołowrotki a przemyślne urządzenia do obróbki zachowały się tylko w łomżyńskim muzeum. Wyobraźmy sobie, że wg dr Jastrzębskiego - do I Wojny światowej - było w sumie na Kurpiowszczyźnie  20-30 bursztyniarzy, ale w okresie międzywojennym już tylko kilku. Artyści zakochani w obróbce tego „złota Północy” zakotwiczyli się nawet w Łomży, np. podaje Rzeczniowski w książce: Dawna i teraźniejsza Łomża, pod datą 1861: że było tu kilku majstrów „wyrabiających rozmaite rzeczy z bursztynu”. Czy doczekamy się szerszego odrodzenie tego rzemiosła? Na razie wkroczmy w Nowy Rok 2013 z bursztynowym przesłaniem: z tytułowego medalionu !

Bolesław Deptuła
cz, 20 grudnia 2012 22:02

Wspólnota

Prawdziwe życie zwykle toczy się poza nurtem „pobożnych życzeń” polityków i „przyjaznych” im usłużnych mediów. Oto wykonane 45 lat temu przez autora tych słów skarby fotograficzne - z archiwum muzealnego - z czasów tzw. głębokiej komuny, sowieckiej dominacji i walki z religijnością Polaków. Muzeum Adama Chętnika dokumentowało wtedy na Kurpiowszczyźnie m.in. orły piastowskie nad oknami chat - symbole patriotyzmu wplecione w ozdobne „korony nadokienne”. Różnorodne znaki niezłomnego trwania na Ojcowiźnie współgrały - mocno splecione - ze znakami wiary: przykładem zwyczajne, oczywiste w izbie, tzw. „ołtarzyki domowe”. Pełno tu „świętych obrazów”, o cierpieniu Ukrzyżowanego przypomina Pasyja - dzieło miejscowego rzeźbiarza. Bywa też równie artystycznej roboty figurka Frasobliwego. Całość systematycznie odświeżana bukietami kwiatów, najczęściej z kolorowej bibułki. Jest kierec wirujący pod powałą, z nawleczonymi jak perły ziarnami grochu, nad nim rozłożysta konstrukcja „pająka” ze skręconej bibułki. Jako że mimo ciężkiej pracy na roli zwykle królowała bieda, nie starczało na nowe ramki do obrazów, więc zakrywano ubytki bibułką - nacinaną lub skręcaną w rozchylone kwiaty. Czy za kolejne 45 lat dokumentacja dzisiejszego, prawdziwego życia będzie znów pokazywać dwa różne światy w jednej wspólnocie? Być może wyniszczająca dominacja ustąpi miejsca spokojnej współpracy i zmniejszeniu ubóstwa. Mając wsparcie w samorodnej, tak bogatej tradycji, możemy być wzorem dla innych narodów - jak nie raz bywało - jeśli nie pozwolimy na osłabienie fundamentów, dzięki którym przetrwaliśmy jako wspólnota.

Bolesław Deptuła
śr, 28 listopada 2012 16:53

Szlachecki

Jak dobrze, że w naszych rodzinach przechowuje się pamiątki po przodkach. W 1979 r. Muzeum łomżyńskie kupiło rzadkość - kompletny strój kobiecy drobnej szlachty zagrodowej z Borkowa, z przełomu XIX / XX w. Taki strój wyróżniał szlachciankę w kościele. Spódnica - sfałdowana z tyłu zgodnie z ówczesną modą oraz kaftan zostały uszyte z samodziału - czyli tkaniny utkanej na krosnach. Takie odzienie przechowywane w kufrach, przekazywano w postaci wiana kolejnym pokoleniom. Możemy być dumni z odrębności i różnorodności odmian historycznego stroju polskiego, który ukształtował się 500 lat temu. Szlachta używała - jak pisze Z. Żygulski jun. („Ubiory w Polsce”1994) - ”tkanin o barwie poważnej, ciemnej, szarej, karmazynowej lub czarnej, a barwy te kontrastowały z jaskrawą kolorystyką mody europejskiego renesansu, manieryzmu i baroku…Strój polski odznaczał się krojem prostym…(którego najbardziej wyraźną cechą) przez cudzoziemców zawsze dostrzeganą i wytykaną była długość szat…Ta długość zwana przez Polaków „przystojnością” miała na celu zakrycie ciała i nadanie mu pozoru skromnego, a zarazem dostojnego, w kontraście do nieskromnej „kusej” mody zachodniej”. Już w XVI wieku - pisze  Maria Borejszo - byliśmy dla innych wzorem narodu, który „korzysta głównie z własnych, tradycyjnych ubiorów”. Czy wspomniany, skromny strój szlachecki był podobny krojem do stroju sfer mieszczańskich? A jak nosiły się mieszczki łomżyńskie ponad 100 lat temu? Jeśli ślady takiej mody zachowały się na zdjęciach rodzinnych, prosimy o możliwość ich skopiowania do zbiorów Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży - fotografie zeskanujemy na poczekaniu.

Bolesław Deptuła
śr, 31 października 2012 14:12
Data ostatniej edycji: 2012-10-31 14:19:37

Struś

To już druga moneta z Trajanem (żył w latach 53-117 n.e.) w Muzeum Północno-Mazowieckim, kolejne przypadkowe znalezisko. Poprzednie z okolic Nowogrodu, a teraz z Piątnicy. Zagadka do rozwiązania. Wnikliwa analiza srebrnego krążka sprzed prawie 2 tysięcy lat, ujawniła wizerunek strusia. Umieszczenie fauny - swoisty szyfr, to dość częsty sposób ozdabiania rewersów dawnych monet. Mityczny pegaz i centaur lub rzeczywiste postacie zwierząt, mogły odnosić się do bóstw panteonu rzymskiego. Rzymianie chętnie umieszczali na monetach m.in. postać lwa, pantery, byka, łani, dzika, słonia, sowy, orła, ibisa, wielbłąda, krokodyla, węża albo żółwia - interpretacja to bogactwo znaczeń. Lew był m.in. symbolicznym triumfem nad śmiercią, pantera oznaką przebiegłości, łania zwinności itd. Swoiste „emisje zwierzęce” w przypadku podbojów mogły charakteryzować faunę danego regionu. Tutaj  denar bity w Rzymie w latach 112-114 posiada miniaturowego strusia umieszczono obok postaci  Arabii, a w otoku napis: SPQR OPTIMO PRINCIPI czyli: Senat i lud rzymski najlepszemu władcy. Wiadomo że Trajan oprócz Arabii opanował także Dację, Persję, Armenię, Mezopotamie, Asyrię. Jego rodzina pochodziła z Hiszpanii - ojciec jako dowódca Legionu za tłumienie powstanie żydowskiego w Palestynie otrzymał godność Konsula, więc i Trajan na wojsku oparł karierę polityczną. Dzięki polityce realizmu i roztropności stał się symbolem władcy idealnego. Jego czasy przysłużyły się wymianie handlowej - w efekcie monety z wizerunkiem Cesarza Trajana znalazły się także nad Narwią.

Bolesław Deptuła
śr, 17 października 2012 19:17

Amatorzy

Jest w zbiorach Muzeum Północno-Mazowieckiego arcyciekawy „Kalendarz Łomżyński” na rok 1903. Pod całostronicową ilustracją odnotowano: „Mamy właśnie przed sobą ułożoną w r. 1881 przez ś.p. Ludwika Tocka humorystyczną fotografię zbiorową amatorów oraz opiekunów teatru amatorskiego, począwszy od r. 1849 ..Góruje świątynia Melpomeny (a nad nią z wysoko podniesionym sztandarem sztuki) widnieje postać najstarszego amatora ś.p. M. Sankowskiego. Po obu stronach -podobizny protektorek teatru..najdawniejszej ś.p. J.Wojciechowskiej i p. Jadwigi Śmiarowskiej (oraz m.in.) podobizny pp.Górskiej, Niemirowskiej, z członkami kapeli teatru amatorskiego w kostiumach węgierskich- Edukiewicza, Redla w uniformie huzarskim, Caberta, Januszewskiego w stroju flisaka.. i Śmiarowskiego w mundurze straży ogniowej pilnującego kasy teatralnej -worków z napisami: Na dobroczynność - Na ubogich - Na pogorzelców - Dla straży ogniowej - Dla ślązaków - Dla uczącej się młodzieży itd. Napisy powyższe najwymowniej świadczą dla jakich pożytecznych celów służył teatr..Zbierano także: na Kurpiów, którzy ucierpieli od gradu z Ostrołęckiego i Kolneńskiego, na organy w Kościele Farnym w 1883 r, na rzecz rodzin dotkniętych zawaleniem się studni na Starym Rynku, na Szpital Św. Ducha, na urządzenie bezpłatnej herbaciarni podczas epidemii 1893, na instrumenty dla orkiestry itd.” Niemal corocznie Teatr Amatorski dawał przedstawienia na korzyść Towarzystwa Dobroczynności i na podtrzymanie Straży Ogniowej. Z powodzeniem wystawiano sztuki Fredry: Zemsta, Damy i huzary. Po roku 1860 nastały „mniej świetne czasy …dużo mniej talentu i zapału. Młodsza generacja stanowczo nie dorównywa poprzednikom”..”Nie było już tego zbliżenia - jedności co dawniej”. Jednak warto pamiętać: „pierwsze kroki na deskach teatralnych stawiała w Łomży -w teatrze amatorskim- ceniona dziś powszechnie, wielkiej miary i ogromnego talentu, artystka teatrów warszawskich p. Siemaszkowa, wówczas młodziutka panna Wanda Sierpińska (w r. 1887 deklamowała Asnyka i Lenartowicza, wystąpiła też w sztuce „Pożar w klasztorze”.) Oryginalną fotografię przechowuje IS PAN Warszawa. Wprawne oko rozpozna właściciela zakładu fotograficznego w Łomży Tyburcego Chodźko - u dołu z lewej, autora wszystkich portretów. Szkoda, że moda na Grupy Rekonstrukcyjne nie objęła historii teatru nad Narwią - bez echa przeszła okrągła rocznica 150 lat od założenia Teatru Amatorskiego w Łomży.

Bolesław Deptuła
pon, 24 września 2012 18:28

Święto Morza

Za 6 lat będziemy mogli obchodzić setną rocznicę powstania Ligi Morskiej i Rzecznej - a już w listopadzie 2012 r setną rocznicę istnienia Marynarki Wojennej. Jak to się stało, że huczne niegdyś doroczne święta już nie budzą namiętności mediów i dumy patriotycznej u zwyklych obywateli? To okazja, by przypomnieć, jak daleko odsunęliśmy się od spraw morskich i rzecznych, jak trudno powrócić do zainteresowania światem morskim - ludzi z gruntu lądowych. Wprowadzenie Święta Morza do zbiorowego życia Polski - było zasługą wspomnianej Ligi, nazywanej wtedy Kolonialną. Należał do Ligi Morskiej także Adam Chętnik, stąd w zbiorach Muzeum łomżyńskiego ciekawe świadectwo z 1934 roku: fotografia z Chętnikiem na czele delegacji w Białymstoku, oraz wycinek prasowy z tejże uroczystości, gdzie słynny ogólnopolski „Ilustrowany Kurier Codzienny” z 1 lipca 1934 r - pisał: „z wielkim entuzjazmem” obchodzono Święto Morza, a „w pochodzie po ulicach miasta wzięła udział również kapela złożona z Kurpiów, przybranych w tradycyjne stroje regionalne”. Z kolei w organie Ligi pt. „Morze”- pisano w czerwcu 1934 r:, że szeregi stowarzyszenia: „rosną stale, mimo kryzysu, zniechęcenia i bierności” i dalej: musimy „młode pokolenie Polaków związać ze sprawami morza, rozbudzić w nim wielkie ambicje obywateli państwa morskiego, przed którym cały świat stoi otworem”.

Bolesław Deptuła
śr, 12 września 2012 22:17

Żarna

Wśród 4 żaren neolitycznych w zbiorach Muzeum Północno - Mazowieckiego (na 2 górnych fotografiach - przed konserwacją) jedno odnotowano jako pochodzące z kolekcji Zygmunta Glogera (na fotografii - w ramce). Brak ok.1/3 pierwotnej wielkości tego okazu, który został wykonany z narzutowego głazu granitowego. Zachowana część jest długa na 55 cm, szeroka na 45 cm. Wysokość zagłębienia, w którym rozcierano ziarno - 6 cm świadczy o skali zużycia powierzchni pracującej, jak się można domyślać mniejszym kamieniem - otoczakiem. Gloger odnotował w Encyklopedii staropolskiej, że po 30 latach poszukiwań „podobnych kamieni w rodzinnej okolicy tykocińskiej” od r. 1869 zgromadził ok. 60  okazów, co przekonało go, że mieszkali tu rolnicy „już w czasach przedhistorycznych …a ludność mieszkała w sadybach pojedynczych, jednakże dość gęsto wśród lasów - ponieważ kamieni żarnowych nie znajdywano nigdzie w większym skupieniu". Poczynił ciekawe spostrzeżenie:..."częściej nad brzegami rzek”. Gloger nie miał złudzeń co do „głębszej kultury naukowej na prowincji” ale zanotował pomysł, aby „za pomocą wyszukiwania” dalszych żaren, póki jeszcze nie potłuczono ich na podkłady szos, fundamentów i murów - „oznaczyć w całym kraju ślady” najdawniejszego rolnictwa i jego granice, przed wkroczeniem „żarem młynowych”.

Bolesław Deptuła
śr, 22 sierpnia 2012 21:12

Wehikuł czasu

Wśród pamiątek sprzed ok. 100 lat po Leonii Górskiej, znajduje się w zbiorach Muzeum tajemniczy, nieznany rysunek: „Kościół Św. Wawrzyńca w Starej Łomży -1385 r.” Nigdy nie publikowany, bo… trudno traktować jako dowód historyczny coś, co powstało podczas seansu spirytystycznego.  Dziś taki rysunek ubarwia legendę o poszukiwaniu pierwszego kościoła w tej części Mazowsza. Już możemy połączyć wizję świątyni z fotografią odsłoniętego przez archeologów Wzgórza. Z realnym widokiem terenu wykopalisk w 2003 r. podczas których Antoni Smoliński odkrył domniemane ślady najstarszej świątyni - rotundy z czasów św. Brunona. Rysunek jest ciekawym świadectwem obyczajów w mieszczańskich salonach. Taka była kiedyś moda. Sposób na towarzyskie urozmaicenie wolnego czasu. Rozmowy z duchami  w obecności medium - od fanatyków spirytyzmu w XIX wieku - po międzywojenne próby naukowego traktowania jasnowidzów, ze słynnym Ossowieckim na czele. Takie seanse cieszyły  się wielką popularnością, np. Stefan Ossowiecki zadziwił swoimi umiejętnościami samego marszałka Józefa Piłsudskiego, także Ignacego Paderewskiego. Uznawano, że nie wszystko w takich spotkaniach było niedorzeczne, że naprawdę istnieją możliwości uzyskania ważnych informacji w sposób niepojęty dla zwykłych ludzi. W tym kontekście tajemnicza wizja dotycząca Starej Łomży dobrze się przysłużyła podtrzymaniu zainteresowania Wzgórzem św.Wawrzyńca. Nam pozostał nieustający obowiązek obejmowania ochroną  jak najszerszego krajobrazu kulturowego w tym miejscu: pozostałości piastowskiego grodu i tajemniczego Wzgórza, gdzie czekają jeszcze na badaczy ślady po trzech kolejnych kościołach -od XI po XVIII wiek. Jedno jest pewne: skoro nasze pokolenie ma okazję żyć w długim okresie bez wojen, to zapewne znajdzie sposób na wykorzystanie umysłu ludzkiego - swoistego wehikułu czasu. Skoro zakodowane są w nim klucze do wielu tajemnic naszej egzystencji, to nowe precyzyjne maszyny obliczeniowe pomogą kiedyś wąsko ukierunkowanym umysłom ogarnąć ogromne ilości informacji i zrozumieć zagadki Wszechświata. Dotąd zgłębialiśmy ślady upływającego czasu w źródłach pisanych i te dawniejsze, znalezione przez archeologów. Być może nadchodzi czas badań mikro znaków z nieznanej przestrzeni, którą przechowały wyjątkowe umysły. Już łatwiej takie odnaleźć w warunkach Globalnej Wioski. Skoro jesteśmy ciągłością dziejów i nic nie ginie tylko zmienia miejsce, pojawią sie nowe metody badań i potwierdzania hipotez w różnych źródłach. Już w naszym pokoleniu pojawiły się niesłychane możliwości poznawcze, przecież niedawno otwarto szerzej Archiwa Watykanu - ileż odkryć archeologicznych będzie można zweryfikować ! Także legendę o św. Brunonie i pierwszym kościele nad Narwią. Bądźmy cierpliwi, pojawią się dociekliwi naukowcy ( może związani także z Ziemią Łomżyńską).

Bolesław Deptuła
pon, 28 maja 2012 08:36

Woziwoda

Ulica Woziwodzka w Łomży jest jedną z najstarszych, z racji profesji od której wzięła nazwę. Rozwożenie życiodajnego płynu było głównym zajęciem dla niejednego woźnicy - właściwie przez kilkaset lat na ich barkach spoczywała pomyślność wielu rodzin zamieszkujących wyniosłą skarpę Narwi. Tak wspominał  łomżyńskiego woziwodę Jerzy Smurzyński: „napełniał swoją beczkę doskonałą -kryształowo czystą wodą źródlaną i przez cały dzień rozwoził ją po mieście, własnoręcznie dostarczając wiadrami do mieszkań”. A Hanka Bielicka z rozrzewnieniem wspominała „ rytuał wieczornego mycia” w kamienicy babci Czerwonkowej, u której rodzina zamieszkała po 1917 roku: „Nie do pomyślenia było, żeby każdy miał własną kąpiel. Na kąpiele chodziło się do Łaźni Miejskiej. Myliśmy się po kolei wg ustalonego porządku. Rodzice mieli w sypialni własną miednicę i dzbanek, a nas w kuchni myła gosposia…w Łomży nie było wodociągów, więc wodę należało szanować.” Do I Wojny Światowej - odnotował historyk Leszek Taborski - funkcjonowało, zbudowane przy ul.Rybaki, murowane ujęcie wody z Narwi, zwane „wodokaczką”- tam beczkowozy napełniano wodą z komory, do której spływała ona grawitacyjnie, a pobierana była pompami ręcznymi”. Dopiero w 1924 r. zbudowano Łaźnię Miejską przy ul. Zjazd, gdzie wreszcie można było pomoczyć się dłużej - co było niemożliwe dla wielu obywateli, gdy Narew stawała się zbyt zimna. Zazwyczaj przyjmowano woziwodę raz w tygodniu i to co przywiózł  zlewano w domach do oddzielnych, stojących beczek. M.in.nieżyjący już mecenas Antosiewicz odwiedzając  Muzeum w d. Domku Pastora przy ul. Krzywe Koło, powiedział piszącemu te słowa, że pamięta dużą beczkę z wodą pitną na szczycie schodów, na piętrze. Istniało oczywiście w mieście kilka studni kopanych (czynnych nie zawsze) np. przed ratuszem i na posesjach prywatnych -a po roku 1925 pojawiły się studnie wiercone. Władysław Świderski pisał w swojej monografii Łomży: o wodzie wydobywanej „ze studni w ogrodzie spacerowym pompą ręczną, a przy elektrowni motorem elektrycznym,rozwożonej w beczkowozach przez woziwodów”. Wreszcie w 1931 r. na rogu ulic Radziecka - Krzywe Koło wykonano „zdrój uliczny z kioskiem” skąd odpłatnie napełniano także beczkowozy. Na większą skalę sieć wodociągów i kanalizacji zaczęto budować po roku 1934. W załączeniu - najstarszy fotograficzny wizerunek jadącego woziwody, w ujęciu reporterskim, w ogrodach przy ul. Zjazd -to fragment pocztówki wydanej nakładem księgarni Piotra Iwanickiego, sprzed 1915 r: na wozie widzimy pękatą beczkę. Jak się okazuje, następne beczki miały kształt walca - co pokazują kolejne fotografie, które autor tych słów wykonał  dla Muzeum w roku 1975. Oryginalna beczka woziwody cudem przetrwała we wsi pod Łomżą, w gospodarstwie Pawła Borawskiego, zanim ostatecznie trafiła do zbiorów Muzeum. Mieszkańcy miasta mogli zobaczyć ją z wozem drewnianym - w 1994 r. na wystawie interdyscyplinarnej wg pomysłu i scenariusza kustosz Jolanty Deptuła pt. „Nad rzeką Narwią…”

Bolesław Deptuła
pon, 30 kwietnia 2012 06:00

Żurowski

Człowiek renesansu: archeolog, konserwator zabytków, architekt, utalentowany grafik - twórca tysiąca exlibrisów, które rozsławiły  jego nazwisko na wystawach w Polsce i za granicą. Z wykształcenia inżynier w latach 1945-49 brał udział w odbudowie Warszawy. Tadeusz Roman Żurowski lubił podkreślać, że jest dumny z herbu Leliwa - potrafił wywieść powiązania rodzinne do kilkuset lat wstecz, stąd herbem - półksiężyc i gwiazda - sygnował  wszystkie wykonywane przez siebie exlibrisy. Przez wiele lat działał w Zarządzie Muzeów i Ochrony Zabytków przy Ministerstwie Kultury i Sztuki. Zapisał się w historii archeologii jako badacz i konserwator neolitycznych kopalni w Krzemionkach Opatowskich, wyjątkowego stanowiska w skali Europy. Dzięki przyjaźni z Adamem Chętnikiem  zainteresował się stanowiskami archeologicznymi na Ziemi Łomżyńskiej i jako pierwszy przeprowadził badania wykopaliskowe m.in. grodziska w Starej Łomży i strażnicy w Górkach, a w Nowogrodzie - założeń średniowiecznego miasta z zamkiem i ratuszem. Zmarł  w 1985 r. mając 77 lat. Pokaźna kolekcja jego prac trafiła do zbiorów Muzeum w Łomży. Warto podkreślić, że dedykowane rysunki na exlibrisach: łodzie Wikingów, zwierzęta i sceny wojenne  z rytów naskalnych - odzwierciedlały zainteresowania obdarowywanych przyjaciół ze świata nauki i kultury. Żurowski wpisał się na trwałe w naszą pamięć, zwłaszcza  że wśród projektowanych i własnoręcznie wykonanych ekslibrysów - obok tematów archeologii zagranicznej i ogólnopolskiej umieszczał chętnie motywy nadnarwiańskie.

Bolesław Deptuła
śr, 18 kwietnia 2012 10:34

Agnusek

Samowystarczalni mieszkańcy Puszczy Kurpiowskiej na wielkanocny stół stawiali zwyczajnego Baranka, ale w niezwykłej formie i zrobionego w zgodzie ze staropolską tradycją. Jak pisał Gloger w swojej „Encyklopedii”: Agnus Dei (z łac.)-Baranek Boży zaistniał już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa”- agnuski wyrabiano w postaci medalioników z wosku białego. Były później „agnuski alabastrowe, złote i kamieniami wysadzane, przez niewiasty polskie noszone w wieku XVII jako ozdoby - co wypominali ówczesnych satyrycy - a w rzeczywistości „raczej medale i klejnoty formy agnusków, wyrabiane wszędzie.Prawdziwe agnuski pochodzące z Rzymu, przechowywano w domach polskich jak świętość… Z tego samego źródła symboliki religijnej pochodził zwykły Baranek wielkanocny robiony powszechnie z masła, zielonej rzeżuchy itd.” - dodawał Gloger.Na Kurpiach do ich przystrojenia używano m.in. borowiny i widłaka - dziś objętego ścisłą ochroną. Wykonawcy uchylają rąbka tajemnicy opowiadając, że do uzyskania efektu runa na Baranku, należy przeciskać masło przez firankę. W jakiej formie ten zwyczaj przetrwał, w jak różnych technikach wykonywano te delikatne nietrwałe dzieła sztuki ludowej trudno byłoby opisać, gdyby nie wynalazek fotografii. Teraz wizerunki „rodzeństwa agnuskopodobnego” przechowuje archiwum fotograficzne Muzeum Północno-Mazowieckiego. Dowodzą one, jak niewyczerpalnym źródłem natchnienia jest religia. Oto wzory z 1973 r.: Baranki Stefanii Nosek, Zofii Bastek i Weroniki Chilińskiej - z wystawy towarzyszącej  konkursowi na najpiękniejszą palmę wielkanocną we wsi Łyse.

Bolesław Deptuła
so, 07 kwietnia 2012 15:45

Łyse

Powstaje album o początkach konkursu na najpiękniejszą palmę - w miejscu szczególnym - które Adam Chętnik wybrał na odrodzenie i rozpowszechnienie tego zwyczaju: we wsi Łyse. To muzeum łomżyńskie rozpoczęło i zorganizowało od 1969 roku pierwsze konkursy (później Muzeum w Ostrołęce) łącząc je co roku z inną dziedziną sztuki kurpiowskiej: wycinanki, pisanki, pieczywo obrzędowe itd. Znajdą się w książce zdjęcia z bogatego archiwum Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży: np. sprzed 40 lat Kurpie w sukmanach oraz  msza święta z 1980 roku z palmami w miejscowym drewnianym kościele, a także Marianna Szablak z nagrodzoną palmą. Jako autor tych fotografii miałem przyjemność uczestniczenia od początku w szukaniu chętnych do udziału w konkursie. Wędrowaliśmy przez Kurpie często pieszo, po śniegu, gdzie autobusy nie docierały. Pamiętam pierwszą wizytę u przesympatycznego proboszcza w Łysych ks. Adolfa Pogorzelskiego (1920-84), który otoczył wszystkich swoją opieką i Komisję - z udziałem przedstawicieli Ministerstwa Kultury i Sztuki -czuwającą nad zachowaniem tradycyjnych technik wicia palm. Praca muzeów okazała się potrzebnym wsparciem do przetrwania trudnych czasów. Dziś już tysiące chętnych wybiera się do serca dawnej Puszczy Kurpiowskiej, żeby zaznać prawdziwej gościnności. Słynna wieś zmieniła się, ma także nowy kościół murowany - ale niezmiennie trwa dbałość o zachowanie kurpiowskiej tradycji.

Bolesław Deptuła
so, 31 marca 2012 22:14

Ptaszek

Glinianego ptaszka - świstawkę (z uszkodzonym łebkiem) znaleziono podczas wykopalisk w 2000 roku na ul. Rybaki, w pobliżu obecnej budowy Bulwarów. To najstarsza zabawka w zbiorach Muzeum, wydobyta przez archeologów  z warstwy XVII-wiecznej. Figurka o wysokości  6 cm, ma na wierzchu 4 otworki - przez  zatykanie ich palcami uzyskiwano różną wysokość  dźwięku. Przed użyciem należało wlać do środka wodę - wprawny grajek potrafił wydobyć głos naśladujący słowika, stąd w pewnych rejonach Polski pod taką właśnie nazwą były znane. Świstawki ulepione z gliny zalicza są do aerofonów piszczałkowatych. Rozpowszechnione były wśród wszystkich Słowian jako zabawki dla dzieci - pisze Moszyński w „Kulturze ludowej Słowian”. Noszą postać figurek zoomorficznych lub antropomorficznych. W tej formie przyjęły się w Europie stosunkowo późno, bo dopiero za sprawą starożytnych Rzymian.

Bolesław Deptuła
wt, 27 marca 2012 18:41
Data ostatniej edycji: 2012-03-27 20:41:12

Art deco

Przedmioty użytkowe nawiązujące stylem do art deco, są nadal projektowane i czujemy się wśród nich swojsko - to przecież świat naszych dziadków. Ten styl projektowania i dekorowania wnętrz rozwijający się w latach 1919 -39 przypadł na okres ważny dla odrodzonej Polski. Po latach wykreślenia z mapy Europy, nasi artyści uzmysłowili światu odrębność i żywotność sztuki polskiej - a w 1925 roku zadziwili oryginalnością projektów polskich na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu. Jak wiadomo, art deco był silnie związany z secesją, ale powstał  z chęci zerwania z jej rozbuchaną swobodą. Artyści postanowili odświeżyć otoczenie uporządkowaną formą, klasycyzującą i zgeometryzowaną. Nowy kierunek sztuki stał się widoczny wszędzie - w architekturze, rzeźbie, malarstwie, fotografii, rzemiośle artystycznym także w modzie, literaturze. Słynną kolekcję z tym związaną posiada Muzeum Mazowieckie w Płocku i część tej różnorodności  postanowiono pokazać mieszkańcom Łomży: od marca do końca czerwca 2012 - w nowej siedzibie Muzeum Północno-Mazowieckiego przy ul. Dwornej. Na dużej wystawie znalazło się kilka eksponatów z łomżyńskiej kolekcji, m.in. prezentowany na fotografii bufet z nadstawką,którą można zawieszać oddzielnie - z lat 30. fornirowany czeczotą. (To zaskakujący układ słojów drewna  o powikłanym rysunku - wynik działania bakterii, grzybów lub uszkodzeń mechanicznych. Jak ładnie podaje „Encyklopedia lasu” tak ozdobny wzór powstaje w np.w brzozie czeczotowatej - jako przerosty tkanki drzewnej w pniu zniekształconym przez liczne pączki śpiące.)

Bolesław Deptuła
wt, 13 marca 2012 17:22

Propaganda

Zbyt rzadko pokazywane są oryginalne dokumenty przedstawiające Polskę powojenną i punkt widzenia tych, którzy ścigali „Żołnierzy Wyklętych”. Oto pamiątkowe zdjęcia z czasów „utrwalania władzy ludowej" przekazane do Muzeum w 1975 roku przez zasłużonych weteranów PRL. Opisy na odwrocie zdjęć:  „1947 rok. Grupa operacyjna do walki z bandami na pow. Wysokie Mazowieckie”  niżej:  „1948 rok. RKM w zasadzce, patrol MO”. W uzupełnieniu rysunek propagandowy piętnujący kułaka czyli chłopa, który wzbogacił się na krzywdzie ludzkiej i wspierał „bandy AK”. To przykład z książeczki pt.”Dwa brzegi”, 1953 rok, nakład aż 12 tysięcy egz. Pseudonim autora: Jerzy Jar, wydawca: Woj. Zarząd Związku Samopomocy Chłopskiej w Białymstoku -75 stron. Ta książeczka trafiła do Antykwariatu w Łomży niedawno, więc od upadku „socjalizmu” musiało minąć 22 lata, żeby właściciel zwątpił w jej moc propagandową. Kilka cytatów z tej publikacji:  ...zbójeckie bandy..rozdzielone na tzw. patrole grasowały do jesieni 1952 r... Znamienna jest wypowiedz samego herszta, który na rozprawie sądowej oświadczył:  -„Liczyliśmy na nową III wojnę światową - i przeliczyliśmy się...Tak jest - przeliczyli się. Masy pracującego chłopstwa, władza ludowa daje twardą odpowiedź zarówno bandytom z pod znaku NSZetowskiej zgrai jak też wszystkim ich poplecznikom, kułakom, spekulantom, reakcyjnej części kleru i wszystkim tym, którzy w swej ślepej nienawiści do Polski Ludowej gotowi są sprzedać w imię egoistycznych niskich interesów, własną ojczyznę… Ojciec tego, wyzutego ze wszelkich cech ludzkości bandyty, był gorliwym sługusem sanacji. Piastował stanowisko wójta. Osobiście i bezpośrednio gnębił ludność, wzbogacał się kosztem wyzysku biedoty…Władza ludowa bez przerwy zacieśniała pętlę na szyjach zwyrodniałych bandytów.. Resztki zbójów stanęły przed obliczem wymiaru sprawiedliwości. Jakże płaskie, niskie i odrażające zgniłe są te postacie faszystowsko kułackich gadów… Nasze państwo ludowe zwraca szczególną uwagę na to, by każdy wierzący..był spokojny i pewny, że nikt mu nie przeszkodzi modlić się i w pełni zaspokajać potrzeby religijne.. Niestety znaleźli się księża, którzy poszli po drodze zdrady i kumania się z krwawymi mordercami..oto jak zeznaje przed Sądem (jeden z nich) -Zdecydowaną winę ponoszą władze wyższe..zwłaszcza uważam Kuria łomżyńska i ordynariusz łomżyński..sądzę, że księża nie współpracowaliby z bandami, gdyby ordynariusz wydał jakiś list potępiający bandy..ponieważ wypadki te rozgrywały się na tym terenie największą krzywdę  wyrządziła łomżyńska Kuria.. po pierwszym mordzie powinien biskup w zdecydowany sposób potępić te zbrodnie… Bity na każdym kroku wróg kąsa jeszcze ukrycie jadem wrogiej propagandy, usiłuje powstrzymać nasz zwycięski pochód… marsz do szczęśliwego jutra, w którym nie będzie już wyzysku człowieka przez człowieka… ale  chłop białostocki potrafi jasno odróżnić wroga od przyjaciela… widzi wyraźnie silną ojczyznę żelaza i stali, twarde ogniwo światowego Obozu Pokoju, któremu przewodzi wielki Związek Radziecki.”

Bolesław Deptuła
pon, 05 marca 2012 17:14

Wandalli

W 1976 r. do Muzeum trafił bezcenny dar rodzinny z Warszawy: fotografie przedstawiające Mamerta Wandallego, powstańca 1863 roku. W powiększeniu fragmenty zdjęć ujawniają ogromny ładunek emocji: możemy zobaczyć niezwykły szacunek otaczający ówczesnych weteranów... Ponad 3.500 uczestników Powstania Styczniowego dożyło odzyskania przez Polskę niepodległości po 123 latach zaborów. Rozkazem Marszałka Józefa Piłsudskiego otrzymali w 1919 r. przywilej noszenia specjalnego, granatowego munduru (na reprodukcji z prawej: orzełek z datą 1863 z czapki weterana). Zrównano ich z honorami żołnierzy Wojska Polskiego ale warto wiedzieć, że salutowali im policjanci, żołnierze, generałowie i sam Marszałek. Weterani otrzymali dożywotnie pensje, zamieszkali na Osiedlu Zasłużonych - Wandalli dostał klucze do własnego domku z rak Melchiora Wańkowicza. Byli niezwykle aktywni - zapraszano ich na uroczystości państwowe, do szkół, jednostek wojskowych  - umacniali miłość do Rzeczpospolitej, kształtowali postawy patriotyczne (jedna z fot. ukazuje Mamerta niedaleko Adama Chętnika, przemawiającego podczas obchodów rocznicy Bitwy pod Ostrołęką.) Wandalli był wśród kilkuset odznaczonych Krzyżem Walecznych i Virtuti Militari. To najdłużej żyjący weteran - zmarł  mając prawie 100 lat, w 1942 roku w Warszawie. Człowiek legenda - literat, malarz, urzędnik - z rodziny pochodzenia włoskiego, symbol zdumiewającej sztafety pokoleniowej wyzwolicieli: jego Ojciec Konstanty przybył na ziemie polskie w 1831 roku i walczył w Powstaniu Listopadowym ! Na fotografiach od lewej: Wandalli z uczestnikami wycieczki „Drużyny z Łomży w Nowogrodzie 1931 rok”, obok: z towarzyszem broni (Wandalli przy dziewczynie) na polu bitwy pod Ostrołęką z okazji poświęcenia pomnika gen. Józefa Bema, niżej: „fragment obiadu żołnierskiego” Dębniki na Kurpiach, ok.1930 r. oraz portret Mamerta Wandalli z autografem „Na pamiątkę” z pracowni „E. Zajączkowski, Łomża, ul. Dworna” ok. 1910 roku.

Bolesław Deptuła
wt, 28 lutego 2012 15:09

Na sztorc

To najnowszy nabytek. Całostronicowa rycina ok. 30 x 40 cm z „Le Monde Illustre" to jakby montaż szeregu dynamicznych, zindywidualizowanych fotografii : śpią lub grzeją się przy ogniu rekruci, wiwatują chłopi oczekujący na przydział broni,  trzaska szablami szlachta, kosynierzy formują szereg, a z głębi - nadciągają regularne oddziały wojsk Powstania Styczniowego. Dla czytelników w Paryżu (i szczęśliwie dla polskich historyków) reporter dokładnie opisuje  ilustrację: „Celebra mszy świętej w obozie, na pograniczu dystryktu łomżyńskiego i ostrołęckiego”. W krótkiej notce pt.”Wydarzenia w Polsce” informowano: - „Rząd rosyjski stara się utrudnić rekrutację polskich patriotów do oddziałów powstańczych, ale dzielni młodzi Polacy pragnący niezależności, potrafią wymknąć się spod stałej obserwacji i kontroli władz z Moskwy. Grupy młodych jednoczą się wokół kogoś zaufanego w okolicy, uczestniczą w konspiracyjnych spotkaniach, potem o ustalonym czasie uciekają nocą z rodzinnych stron na miejsce zbiórki w lesie. Gdy zaciągną się do zbrojnych, gromadzą się wokół zaimprowizowanego ołtarza polowego, przy którym kapłan odprawia Mszę świętą i błogosławi nowych bojowników”… Rycina autorstwa Gustave Janet  sugestywnie odtwarza charakterystyczne stroje a całość mrozi serca niezmiennie po latach - oto na jaką poniewierkę w mróz lub deszcz, o głodzie - skazywali Rodaków, zwykłych obywateli, nieudolni przywódcy. Jednoczył się naród, a gdy brakło uzbrojenia chłopi przekuwali kosy i mocowali je na sztorc. Jak wyglądała oryginalna kosa powstańcza? Jest w zbiorach Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży, fotografia w załączeniu, zauważmy otwór po kuli: ta broń uczestniczyła w walkach.

Bolesław Deptuła
wt, 14 lutego 2012 17:17

Półgrosz litewski

W XV wieku zwyczajową karą za fałszowanie monet było spalenie na stosie. Ryzykantów  jednak nie brakowało (źródło: „Tysiąc lat monety polskiej„ T. Kałkowski). Pewien osobnik nie tylko sam kuł fałszywe pieniądze, także wspierał  innych wytwórców - biorąc od fałszerzy za 1 dukata 150 „klepaczy” (tak nazywano podrobione półgrosze). Rozprowadzał je potem, zarabiając na czysto 90 półgroszy na każdym dukacie - przy oficjalnym kursie: za dukata 60 półgroszy, wyznaczonym przez króla Polski Jana Olbrachta. Następny król, Aleksander Jagiellończyk usiłował wprowadzić reformy mennicze ale uchwałom sejmowym sprzeciwiła się szlachta. Aleksander zbyt krótko panował, od 1501 r. do śmierci w 1506 r. Jeszcze zdążył założyć w Wilnie mennicę, gdy w 1492 r. został Wielkim Księciem Litwy. Jego srebrne półgrosze litewskie choć są pospolitą monetą - urzekają niepospolitym, imponującym artystycznie wizerunkiem rycerza. Półgroszy „wybito ponad 46 milionów (?)” - odnotował Szwagrzyk, autor solidnego katalogu „Pieniądz na ziemiach polskich X-XX w.” Ciekawy temat  kolekcjonerski: powstało wiele odmian, są np. na jednej stronie monety napisy gotyckie a na drugiej renesansowe. Oto jeden z egzemplarzy o średnicy 20 mm, w zb. Muzeum w Łomży - na awersie Pogoń, a w otoku napis: „Mon(eta) Alexandri”, na rewersie wokół Orła: „Wielki Książę Litwy” (gotyckim krojem liter - Magni Duci Lituanie). Aby szczegóły rynsztunku stały się bardziej czytelne, rycerz został wycięty z tła - jak w załączeniu.

Bolesław Deptuła
pon, 30 stycznia 2012 07:49

Brąz

Do zbiorów muzealnych trafiła w ub.r. siekierka z epoki brązu. To zaledwie drugie takie przypadkowe znalezisko w okolicach Łomży. Dlaczego tylko tyle w tej części kraju? To efekt braku funduszy na systematyczne wykopaliska, a więc „wypełnianie białych plam” na mapie archeologicznej. Podobny kształt ma jeszcze znalezisko z olsztyńskiego - dokładne badania mogłyby uściślić, czy te 3 egzemplarze są jednego typu. Jan Dąbrowski - autor monografii ”Epoka brązu w północno-wschodniej Polsce” Białystok, 1997, który przez  wiele lat porównywał zbiory polskie, niemieckie i rosyjskie - pierwsze wspomniane siekierki (z terenu łomżyńskiego i olsztyńskiego) zaliczył do typu Węgorza, z okresu II i III epoki brązu - najprawdopodobniej jako import z Pomorza. Niestety przy pierwszej siekierce  pojawiła się trudność z jednoznacznym określeniem chronologii, bo łomżyński wieśniak używał zabytku jako klina, stłukując pierwotny kształt obucha. Nasza „nowa” siekierka sprzed ok. 3 tys. lat, jest również uszkodzona ale niewykluczone, że dawniej. (Fantazja na razie rodem z filmu CSI: może ktoś kiedyś zbada taki rodzaj uszkodzeń komputerowo i porównując skład i rodzaj wgnieceń pomoże określić, czy obuch zetknął się np. z materiałem w dawnym rynsztunku wojennym?) Brąz to mieszanina miedzi z innymi metalami. Ilość tych składników, ich udział procentowy są ważnymi wskazówkami dla archeologów m.in. przy ustalaniu daty i miejsca powstania - to już nie fantazja, a praktyka w rozwiniętych ośrodkach badawczych. Czy podniesienie brzegów służyło wzmocnieniu zdolności bojowej ? Mogły wzbudzał strach u przeciwników jako broń nieznana, mogły służyć bardziej do reprezentacji, np. do podniesienia godności wodza, zwłaszcza z powodu kosztownego wykonania. Jako dość miękkie materiały ( po jednej bitwie mogły być niezdatne do dalszego użytku) wyroby z brązu współistniały z bronią z epoki kamienia. Na zdjęciach - prezentowana z trzech stron siekierka ma wymiary: dł. 9,5 cm.  łukowate ostrze:  dł.7,5 cm. grubość: 0,5 – 1,5 cm.

Czas posumowania 2011 roku:  powstało 30 nowych odcinków prezentujących zbiory Muzeum w Łomży. Całość - 120 odcinków  to wg licznika: ponad 100 tysięcy wizyt. Miła zachęta do dalszej pracy nad odkrywaniem tajemnic historii i różnorodności kultury tej części Mazowsza, a więc do następnego spotkania !


Bolesław Deptuła
so, 14 stycznia 2012 14:53

Z Nowym Rokiem !

Moda nie odchodzi całkowicie w zapomnienie - kto wie może znowu nowatorskie okażą się kreacje sylwestrowe sprzed 100 lat, jak na załączonym obrazku? Natomiast „opakowania na płyny” są poszukiwane bez względu na wiek i modę. Niezmiennie zanim wystrzeli szampan - będą przykuwać uwagę rozbawionego towarzystwa różne kolekcjonerskie szkła. Gaszące pragnienie - z dowcipnym rysunkiem etykiety, z budzącą szacunek firmą lub - uderzające do głowy. Jeśli zbyt mocno, potrzebne będą specyfiki apteczne - jak kiedyś w dużo mniejszych buteleczkach (patrz zdjęcia) i pojemnikach np. z gencjaną (ultrafiolet do odkażania ran) po ułańskiej fantazji tych co nie doczekali nocy sylwestrowej. Po latach stać się mogą niespodziewanie cennym muzealnym eksponatem - jak prezentowane tutaj: z nieznanej, tajemniczej „Fabryki wód gazowych „Szampanja”w Łomży, także z echem polskiego Lwowa - po piwie oraz nalewce Baczewskiego lub z dawnej Warszawy, firmowane przez „Towarzystwo Szustow”. Jeśli są gdzieś w piwniczkach takie zbiory z różnych epok, to można być pewnym, że praktyczni rodacy niejednego przedwojennego szkła używają  do współczesnych przetworów. Nowy Rok będzie lepszy - wierzymy z taką samą nadzieją, jaką ludzie mieli 100 lat temu. Np. na początku XX w. tygodniku łomżyńskim „Wspólna Praca” redaktor oburzał się noworocznie: -„Zdawałoby się, że chyba gdzieś na Saharze lub na dzikich odludnych wyspach ludzie mogą umierać z głodu. A jednak w naszej „humanitarnej i kulturalnej” Europie zdarzają się takie przypadki” Po opisie znalezienia w wagonie towarowym nieboszczyka zagłodzonego na śmierć, pismo puentuje: -„Zaiste nieraz ludzie o swe bydlęta więcej dbają.” Obok opis prawa bezpłatnego przejazdu i możliwości otrzymania ziemi rządowej w Paranie na 5-letnią spłatę, które mają tylko rzemieślnicy i żonaci rolnicy - oraz sylwestrowa informacja, że dochód z przedstawienia teatralnego w Kinie „Miraż” w Łomży użyty będzie na zakup obuwia i ubranek dla najbiedniejszych dzieci. Artykuł wiodący nosi tytuł „Na przełęczy lat 1911 -1912”: -„Chłodna, ciemna noc sylwestrowa. Spadły na Łomżę mgły szare, ciężkie… Cmentarz klasztoru Ojców Kapucynów, w niszach okrągłego muru mrok dziwny, pełen tajemnic. W świetle lampy wieczystej dostojnie rysuje się postać Ojca Bronisława. Opodal sylwetka ucznia w zielonej czapce. –Smutno mi Ojcze i ciężko. Żmudną i ciężką wydaje mi się praca, do której nakłaniasz. Dusza rwie się do czegoś wielkiego, rozmachu, przestrzeni! Szczęśliwe czasy dawnych rycerzy… Minęło wszystko, skarlał, zmalał świat. Uciekłbym od tej nędzy, szarzyzny…- „I ty najdzielniejszy z uczni tak mówisz? Otwórz oczy - przemoc prawa dyktuje, ale już się tworzą hufce na walkę ze złem… Przyjdzie dzień zwycięstwa”… Co zostanie po naszym pokoleniu za 100 lat?

Bolesław Deptuła
pt, 30 grudnia 2011 07:19

Wesołych Świąt !


Doroczne jasełka to pielęgnowanie tradycji nie tylko wiejskiej. Także w Łomży popularne było staropolskie  misterium ruchomych „obrazów z przeszłości”, ludowy sposób na sztywną dydaktykę: głównie dobra zabawa a przy okazji oswajanie z odwiecznym strachem, wszędobylskim diabłem i śmiercią. Podczas  jednego z występów 100 lat temu, przed znanym łomżyńskim fotografem Tyburcjuszem Chodźko zastygli w dostojnych pozach aktorzy Teatru Amatorskiego (w załączeniu) - których potomkowie zapewne żyją: Śmiarowski oraz Górski, Śleszyński, NN -Śmierć, Piotrowska, Nieszkowski, Tuszowska, Mucharski, Galiński, Rogiński, Sokołowski, Zielińska. Zachowała się też fotografia z jasełek w łomżyńskiej Lutni 1906 r. z portretem Mietka Raabe w roli diabełka. Narzekano już wtedy w prasie na apatię społeczeństwa. Jednym bardziej dokuczał brak wolności pod rosyjską „opieką cara”- innym: wszechobecna nędza. Ilu łomżan drażniły luksusowe reklamy w lokalnej „Wspólnej pracy” z 1911 r: wina z całego świata, orzechy amerykańskie, masło syberyjskie, daktyle z Maroka, śliwki z Besarabii? Nie ulegały zniechęceniu jednostki, jak organizatorzy Jasełek Leonia Górska lub ks. Rostkowski „ludzie dobrej woli, którzy własną pracą chcą przysporzyć miłych chwil ogółowi oraz zasiłku na dobry cel” - pisała „Wspólna Praca”, w dziale Kronika przypominając, ze Jasełka będą wystawione w 2 i 3 dzień Świąt. Dano później sprawozdanie: „Pomimo skróceń, jakim uległ oryginał utworu Jasełka robiły nader miłe, miejscami silne wrażenie.” Sam reżyser pełen energii i nerwu scenicznego „ustrzegł się szarży w roli „Szatana”. Pan Wardzyński jako „Herod” stworzył doskonały typ władcy, a na wyróżnienie zasłużył p. Skiwski w roli „Żyda”. Mazur Krakowiaków pod wodzą p. Wejmera tak się podobał, że musiał być powtórzony. W czasie trzech przedstawień sala teatralna była „wypełniona, a drużyna zachęcona powodzeniem wybiera się na gościnny występ do Kolna”. W rezultacie udało się zasilić „nasze instytucje filantropijne”. Na afiszach z tamtego okresu „Program wieczoru” wymieniał odbiorców funduszy: ochronkę dla dzieci lub „miejscowy przytułek dla starców”. Do niezdecydowanych pomocną dłoń wyciągał Tadeusz Świda wydając w Warszawie w 1911 r. „Poradnik: Jak urządzać jasełka” („dla księży, nauczycieli wiejskich, ochroniarek”.) Szkoda, że po 100 latach zmalała dominacja teatrów i bliskość ludzi, rośnie za to pokolenie telewizyjnych samotników, których zaczynają przerażać pustki na ulicach, znikanie mieszkańców. Czy ulegniemy kolejnej apatii z piekła rodem? Co pozostało aktualne, z tego co pisał tygodnik „Wspólna praca”? -„Tęsknota dusz do dobra, prawdy i piękna odzywa się tego wieczora.. rozlewa się w sercach osamotnionych jednostek.. tyle nędzy i bólów, tyle się czai goryczy po zaułkach życia.” Czekamy na Gwiazdkę Nadziei, na największym Święcie Rodzinnym - tak bardzo „w narodzie polskim subtelną przędzą tradycji oplecionym. Opłatek i choinka stały się u nas symbolem zbawczej radości życia”.

 

Bolesław Deptuła
wt, 20 grudnia 2011 17:43

Targ na kwiaty

Niezwykły dokument z Muzeum Północno-Mazowieckiego: fotografia wykonana przez Zygmunta Dudo w roku 1959. Stary Rynek od strony ratusza, w głębi za arkadami zabudowa narożnika ulic Farnej i Długiej. Dokument wielowątkowy - oto w jednym miejscu i czasie jeszcze czytelny obraz dwóch grup społecznych: mieszczan i chłopów - handlarzy i producentów. Towar: sztuczne kwiaty, papierowe rękodzieło - dziś sztuka raczej zapomniana, zwłaszcza po latach obecności fabrycznych, plastikowych kwiatów idealnie udających świeże. Co ciekawe, to rękodzieło ma nad Narwią długą i bogatą historię - do dziś kontynuowaną, bardziej w środowisku wiejskim.Jeszcze żyją mistrzynie zwijania kolorowych bibułek w oszałamiające kształty jedno lub wielokwiatowe - symetryczne jak w wycinankach, ale wielkości naturalnych roślin. Dawniej takie zestawy dekoracyjne były obowiązkową oprawą pasyjek w narożniku każdej izby, pod świętymi obrazami. Przetrwało to zajęcie także dzięki odwiecznej tradycji wyrobu słynnych palm, po sąsiedzku na Kurpiowszczyźnie. Wydawałoby się, że wobec takich możliwości wystarczy odpowiednia zachęta, np. ulga podatkowa oraz darmowe miejsce pod opieka ratusza - pod Arkadami lub pod kolorowym parasolem czy wiatrołapem zależnie od pory roku. Kwiaciarki w Łomży niczym w Krakowie pod Sukiennicami, atrakcja nie tylko dla zakochanych - na co dzień i od święta? To się nie uda, tak jak przywrócenie choćby jednej dorożki. Nie uczynią gestu zachęty ci co przez dziesiątki lat z urzędu tępili inicjatywę prywatną, gdyż taka była odgórna „polityka” i to pozostało we krwi. Nieliczni desperaci choć mogliby - już nie chcą, bo widzą powrót tych samych „działaczy” pod zmienionym szyldem „europejskości”. Zaburzyć równowagę łatwo, przywrócić - to proces długotrwały w warunkach rozbuchanej biurokracji. Za to dla prowizorki i bałaganu nie ma barier. Zadanie dla odważnych, ale ci w większości wybrali emigrację. Zresztą przywrócenie tradycji bywa trudne: odszukać wzory, wytwórców, zaryzykować stratę czasu. Targi na kwiaty z łomżyńskiej Starówki  tylko w pamięci starszych łomżan?

Bolesław Deptuła
pon, 12 grudnia 2011 07:56

Biżuteria ludowa

Naszyjnik - unikat, w zbiorach Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży - pochodzi z bursztynowej  kolekcji doc. dr Adama Chętnika. Wg jego notatek: to bursztyn „miodowy” nabyty w 1949 r. od rodziny Pardów z Nowogrodu, wyrób miejscowy obrabiany ręcznie, rżnięty i szlifowany w kanty. Pochodzi z lat 1750-1800. Ozdobiony zawieszką - złotą monetą z 1806 roku. To dukat  bity w Utrechcie (Holandia), z rycerzem, który trzyma wiązkę strzał - symbol Zjednoczonych Prowincji (Niderlandy Północne). W historii  Holandii  podbitej przez Napoleona - 1806 rok jest datą wprowadzenia na tron jego brata, Ludwika. Dlaczego lud polski decydował się na używanie  obok złotych lub srebrnych krzyżyków także monet do dekoracji naszyjników?  Elżbieta Piskorz- Branekova, autorka książki o polskiej biżuterii ludowej ( oraz wystawy na ten temat w łomżyńskim Muzeum - czynnej od listopada 2011 do lutego 2012) twierdzi, że jednym z powodów „była głęboka wiara ludu polskiego, że metale używane do bicia  pieniędzy zawsze są z kruszców wysokiej próby”. Na południu Polski, przy strojach łańcuckich, podhalańskich, rzeszowskich chętnie  wieszano monety węgierskie - nawet  złote, z kolei w okolicach Biłgoraja monety carskiej Rosji. Naszyjnik kurpiowski ze złotym dukatem niderlandzkim można dołączyć do tego typu biżuterii ludowej w Polsce.

Bolesław Deptuła
so, 26 listopada 2011 21:06

Parawan

Nieco zapomniany mebel - luksusowa ozdoba mieszkania, której popularność przyszła z Dalekiego Wschodu. W Europie parawan rozpowszechniony w XVIII-XIX w. stał się z czasem tylko dekoracją. Rzadkość na rynku antykwarycznym. Finezję wzorów w tej dziedzinie sztuki użytkowej uzmysławia ubiegłoroczny nabytek Muzeum w Łomży: elegancki francuski parawan z lat ok. 1859 - 90, zawierający 3 gobeliny oprawione drewnem orzecha, zabarwionego na ciemny mahoń. Scenki  w ogrodzie z udziałem trzech osób w rokokowych strojach są ilustracją nauki tańca, zaręczyn(?) oraz łowienia ryb. Kompozycję pejzażową uzupełnia ornament w formie zwojów akantu. Szerokość trzech skrzydeł: 1,50 m. wysokość 1,40 m. Ciekawe kiedy człowiek znowu doceni  parawany? Czy nie za bardzo nasze pośpieszne czasy usuwają z codzienności wyobraźnię?  Zwłaszcza, gdy ograniczamy inspirujący wpływ książek pełnych niedopowiedzeń - na rzecz dosłownych i zubożonych skrótów filmowych. Dziś pozwalamy, by dominował brak zahamowań, który niszczy współczesne życie. Tracimy bogatą sferę cennych, nieuchwytnych doznań, których  symbolem był kiedyś m.in. także - parawan.

Bolesław Deptuła
śr, 16 listopada 2011 16:51

Kubek


Wydobyty z Narwi w 1972 roku. Niedaleko mostu w Łomży. Pamiątka z amerykańskiego browaru „Tivoli” w Denver (Kolorado). Czytelny znak firmowy umieszczono w połowie wysokości kubka - nazwę wewnątrz reliefu na fladze, a rozwinięcie: „Tivoli Brewing Company” w otoku utworzonym ze spiętego klamrą pasa. Relief wieńczy korona, nad którą jest data: „1898”. Brzegi pogrubione poprzez wywinięcie metalu, na denku napis: „Solid Copper WB” (lita miedź). Beczułkowaty kubek ma wysokość 9 cm, średnicę 7 cm. Być może jest zgubą jakiegoś łomżyniaka - pracownika Browaru w  Denver (USA)  a może to pamiątka z wizyty zagranicznych fabrykantów w browarze Lutosławskich w Drozdowie? Pamiętamy, że piwo spod Łomży znał cały świat, Ameryka również - m.in. wśród wielu nagród nasz bursztynowy napój odznaczony został wielkim medalem na wystawie przemysłowej w Filadelfii w 1876 r. Historia browarnictwa w Denver to lata 1859 -1969. Niewykluczone, że byli tam pracownicy o polskich korzeniach.  Przez kilka etapów rozwoju odnotowano różne nazwy handlowe, np. w 1900 roku: „John Good, Tivoli Brewery Denver”- czy nazywano go „Janem Dobrym”? Pozostałości browaru Tivoli przetrwały, istnieją dziś jako centrum kulturalno-handlowe. Podobno rozmach przedsięwzięcia ma utrwalony w nazwie związek firmy z jedną z największych atrakcji turystycznych Danii: z parkiem rozrywki „Ogrody Tivoli” w Kopenhadze, które miały stanowić źródło natchnienia także dla słynnego Walta Disney’a -twórcy Disneylandu. Na forum miasta Denver, np. z 2010 r. są wspomnienia internautów, opowieści ich rodziców oraz  opisy wypraw do tajemniczych ruin opustoszałego kompleksu - nazywanego klejnotem architektury Kampanii Piwowarskiej. Odnajdywane są w rodzinnych zbiorach filmy, archiwalne fotografie. Ktoś towarzyszył ojcu przy pracy, pamięta hałas i konserwację potężnych maszyn. Ktoś inny znalazł miedziany dzban z koroną, tworzy kolekcje pamiątek. Łomżyńskie znalezisko z Narwi - liczące sobie 113 lat, może być okazją do nawiązania kontaktu kolekcjonerskiego, próbą zrozumienia jak dbają o zabytki społeczeństwa odliczające  swoją historie nie w tysiącach, a w setkach lat.

 

Bolesław Deptuła
śr, 02 listopada 2011 21:49
Data ostatniej edycji: 2011-11-16 12:07:20

Słaba płeć

…a  jednak najmocniejsza - tak przynajmniej śpiewano w okresie międzywojennym. Dziś z tą opinią nie najlepiej skoro forsuje się na pokaz sztuczne „parytety". Jednego mężczyźni - gawędziarze nie zmienią: wszystko co najpiękniejsze w życiu, zawdzięczamy kobietom. Kto myśli inaczej ten zapomina o własnej Matce, nie szanuje innych. Czy dziś honor Łomży nie leży dziś bardziej niż kiedykolwiek w rękach naszych pań? Gdy kolejne emigracje zarobkowe osłabiają miasto? Być może panie zechcą zawstydzić mężczyzn także w szlachetnej rywalizacji wioślarskiej. Otwiera się właśnie szansa odrodzenia łomżyńskiego środowiska wodniackiego i bogatej, oszałamiającej  tradycji - wszystko przerwane wojną światową a potem krępowane biurokracją . Lepiej późno niż wcale: jesteśmy świadkami historycznego powrotu Łomży nad Narew! Dla myślącej, inteligentnej części miasta to wyzwanie, do którego przygotowujemy się od dawna,  a które stało się realne dzięki powstawaniu bulwarów nad Narwią. To miejsce musi tętnić życiem. Port rzeczny będzie bezpieczną przystanią dla łodzi szkoleniowych, potem wyścigowych - jak przed wojną. Łomża może być dumna z tradycji - bo tu właśnie ułatwiono kobietom dostęp do sportu wioślarskiego. To właśnie przedwojenne Łomżyńskie Towarzystwo Wioślarskie,  jako pierwsze  w Polsce przyjmowało kobiety w swoje szeregi! Zdobywały medale w dorocznych zawodach, co utrwaliły fotografie, chronione w dziale historii Muzeum Północno-Mazowieckiego: oto np. łodzie „hamburki” - migawki z przygotowań do regat czwórek ze sternikiem (fot.z lat 20). W sprawozdaniach miejscowego Towarzystwa Wioślarskiego ktoś odnotował:  udział kobiet w wyścigach dowodzi: -„iż wdzięk niewieści daje się doskonale pogodzić z poważnym ćwiczeniem fizycznym”… Czy dziś znajdą się chętne panie do pielęgnowania tradycji i szlachetnej rywalizacji w sztuce wioślarskiej ?

Bolesław Deptuła
wt, 18 października 2011 10:29

Paszport

Dopiero od niedawna głośniej mówi się  o rocznicy 17 września 1939 roku - nazywanej też „IV rozbiorem” lub „wbiciem Polsce noża w plecy”. Naprzeciw temu zainteresowaniu wyszło Muzeum w Łomży - w siedzibie przy ul. Dwornej 22 można obejrzeć wystawę o tym okresie sowieckiej niewoli. Muzealni historycy Marta Gosk i Leszek Taborski piszą m.in. -„W krótkim czasie okupant zastąpił polskie gazety własnymi, w języku polskim, rosyjskim i białoruskim (..) Nowa władza koncentrowała się na tym, aby jak najszybciej dotrzeć z propagandą sowiecką do mieszkańców podbitych ziem polskich. Było to szczególnie ważne w okresie kampanii wyborczej do Zgromadzenia Ludowego Białorusi Zachodniej, zaplanowanymi na 22 października 1939 r.”  Armia Czerwona wkroczyła, jak głoszono, celem objęcia ochroną obywateli Białorusi, więc z przyniesieniem „wolności” nad Narew pierwsze dwa lub trzy numery nowej gazety dla rejonu łomżyńskiego miały wyłącznie rosyjski tytuł: „Swobodnaja Łomża”. Wbrew propagandzie to nie wystarczyło, skoro następne wydania musiały ukazywać się także po polsku jako „Wolna Łomża”. Zgodnie z polityką „prawdy i bratniej miłości" - także w gazetach „Prawda” i „Wolna praca” (np. 1941 r) pisano o nowym życiu, normalnie odbywających się w Łomży zajęciach szkolnych, m.in. z języka białoruskiego: „W pierwszym dniu stawili się wszyscy uczniowie, dopuszczeni do egzaminów. Nie było ani jednego spóźnienia”. Wydawcą „Wolnej Łomży” była Komunistyczna Partia (bolszewików) Białorusi - redakcja mieściła się w tym samym budynku co drukarnia „Promień socjalizmu” przy ul. Nadieżdy Krupskiej w Łomży (ob. ul. Wiejska.) „Oswobodzeni z niewoli polskich panów” obywatele - już jako mieszkańcy Białoruskiej SSR - otrzymywali w latach 1939 -1941 paszporty (sowieckie dowody tożsamości) z NKWD (patrz: pieczęć w powiększeniu). Wydane w 1940 r. paszporty miały mieć ważność do… 1945 roku, o czym świadczą uzupełniające pieczęcie i odręczne adnotacje.

Bolesław Deptuła
so, 08 października 2011 20:50
Data ostatniej edycji: 2011-10-09 10:55:28

Sznury

„Nieodzowną i najpiękniejszą ozdobą w ubiorze Kurpianek są korale bursztynowe”- tak strój Puszczy Zielonej w 1961 r. A. Chętnik opisywał w „Polskiej sztuce ludowej”, dodając, że szczególnie dużo bursztynu wydobywano w I połowie XIX wieku, stąd: „każda Kurpianka miała wtedy po trzy różne sznury korali bursztynowych. Na szyi zakładały podwójny sznurek drobnych jak groch, drugi sznurek często podwójny z większych korali a trzeci - z dużym bursztynowym medalionem, krzyżykiem lub bursztynowym sercem. Takie bursztyny najlepiej odbijały się na tle czerwonych gorsetów.. Dawnymi laty modne były bursztyny o kolorze miodowym, ostatnio (tak pisał Chętnik równo 50 lat temu) przyszła moda na bursztyny różnobarwne, przejrzyste i matowe, których jeden przeważnie sznur zdobi szyje współczesnych Kurpianek. Obok tych nosi się tu obecnie szklane a nawet drewniane korale, pomalowane na żółty lub inny kolor.” Oby jak najdłużej utrzymywał się na Mazowszu Kurpiowskim zwyczaj noszenia prawdziwych bursztynów, a wzorcem do porównań - kształtów, zestawień barw i tajemniczych struktur wnętrza - są unikaty z kolekcji Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży, uratowane od zapomnienia przez znawcę tematu doc.dr Adama Chętnika, który szczęśliwie także w Muzeum Ziemi w Warszawie zdążył zainicjować dział bursztynu. Chętnik przestrzegał, że nie każda ilustracja stroju kurpiowskiego jest wartościowa (z dość licznych w XIX wieku -najlepsze ryciny wykonał W.Gerson) bywają i takie: „odtworzone przez rysownika, który raczej na Kurpiach nie był”. Wśród artystów, którzy na zlecenie Chętnika czytelnie przedstawiali szczegóły stroju była Janina Dąmbska: oto jedna z takich prac (1952 r.): Kurpianka z Myszyńca, w stroju odświętnym, z nieodłącznymi bursztynami. Za nią: fotografia pięciu sznurów bursztynowych zwanych też naszyjnikami - najstarsze sprzed 100 lat, ze zbioru Chętnika - pochodzące ze wsi:  Tatary, Kadzidło, Zalesie, Surowe i Wach.

Bolesław Deptuła
so, 01 października 2011 22:37

Poza Imperium

Ponad 1000 lat istnienia Imperium Romanum odcisnęło trwały ślad w dziejach Europy. Pasjonujące jest poznawanie tej energii cywilizacyjnej, która objęła swym zasięgiem ogromny obszar kontynentu, wpływając twórczo na życie sąsiadujących społeczeństw - niestety tez skutecznie i na długo utrwalając stereotyp o niższym statusie tych, którzy oparli się dominacji rzymskiej. Mianem „barbarzyńców” napiętnowano niezależne plemiona znad Bałtyku - także te nad Narwią, po których pamiątki trafiły obecnie do zbiorów Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży, m.in. z własnych prac wykopaliskowych. Ze zdumieniem odkrywamy wysoki poziom życia ludów Północy, do których ciągnęły karawany kupieckie: po miód, wosk, skóry zwierząt futerkowych, przypuszczalnie żelazo, a przede wszystkim bursztyn. Jak wiadomo, Pliniusz Starszy w swojej relacji mówił o wyprawie ekwity po bałtycki bursztyn, a na starożytnych mapach widnieje nasza główna rzeka: Vistula. Istniał też związek plemion, zwanych strażnikami szlaku bursztynowego. Na szczęście dziś coraz lepiej archeologia uzupełnia naszą wiedzę wszędzie tam gdzie brak lub mało źródeł pisanych. Dzięki temu wiemy, że ok. 2 tys. lat temu na co dzień nad Narwią używano ozdobnych przedmiotów świadczących o wysokiej kulturze, np. ułatwiających życie i utrzymanie higieny. Na ilustracji część wyposażenia kobiecego ze zbiorów muzeum: 3 szpile do włosów, 3 zapinki - fibule do sukni, z naszyjnika: paciorek szklany i 4 wisiorki wiaderkowate, w których mogły być pachnidła oraz 3 kościane grzebienie łączone nitami z brązu. W sumie ponad 200 eksponatów można obejrzeć na wystawie „Barbarzyńcy?” w siedzibie Muzeum do połowy listopada 2011 r.

Bolesław Deptuła
śr, 14 września 2011 11:34
Data ostatniej edycji: 2011-09-27 07:39:09

Prusacy

Lata mijają a wciąż słyszymy określenia typu  „Polska to nienormalność”-„ skłonność do powstań i  klęsk”. Komu potrzebne jest naigrawanie się z polskich marzeń o wolności i suwerenności? Od niepamiętnych czasów wiele trudu dalsi lub bliżsi sąsiedzi wkładali w „cywilizowanie Polaków” na swoją modłę - oczywiście wyznaczając sobie i pobierając za to sowite „wynagrodzenie” w surowcach naturalnych ale niewdzięczni Polacy nie potrafili docenić świętego spokoju sugerowanego im w ramach „normalności” austriackiej, rosyjskiej lub pruskiej. W zbiorach Muzeum zawarta jest pamięć o milionowych ofiarach I wojny światowej - która wg zapewnień polityków miała być ostatnią: oto idylliczna wizyta Prusaków na targu przed Ratuszem w Łomży - zwyczajny dzień zakupów czyli propagandowy obrazek dla czytelnika w Berlinie (niemiecka gazeta wojskowa z 1914 r). Kolejna fotografia wojenna  nosi podpis: „Msza polowa dla żołnierzy niemieckich, katolików w Kolnie” (z książki A. Chętnika „Mazurskim szlakiem”). Rynsztunek musiał budzić respekt - oto niektóre fragmenty zaopatrzenia pruskiego: hak mundurowy do pasa z okresu I Wojny Światowej zdobiony koroną  oraz klamra zwieńczona hasłem: „Gott mit uns” czyli „Bóg z nami”. Mawiano o takich nad Narwią, że: „gdyby nie Kościół - byliby jeszcze gorsi”. Interesująco pisze Chętnik: okupanci rosyjscy mieli wówczas Niemców na dobrych stanowiskach urzędniczych. Więc: „w Łomży gubernatorem był baron Korff, policmajstrem von Frankensztein itd.- Niemcy z pochodzenia i przekonania. Tak samo w dalszych miastach. „Ciągle pod różnymi pretekstami Niemcy szwendali się nad granicą, sporządzali mapy, opisy -ale wszyscy w chwili wybuchu wojny uciekli. Bez walki nowa władza zajęła przygraniczne osady, np. w Nowogrodzie most przekroczył oddziałek  Prusaków  (4o km od granicy Prus Wschodnich) dał salwę do policjanta i spokojnie  zawrócił. Rozpoczęły się rekwizycje, rewizje, kartki żywnościowe. Kłopoty z językiem: zamiast „Pochwalonka” i „Witajcie” trzeba mówić: „Gut morgen”. Gdy chłopiec „jadącemu konno „Gut” nie powiedział, ten go dopędził i zbił szpicrutą”- wspominał Chętnik. Pod koniec 1918 roku Niemcy mieli dość wojny i chętniej służyli na tyłach, robiąc interesy - pełno ich było na różnych stanowiskach a „wielu nauczyło się brać łapówki w pieniądzach czy produktach. Tej spuścizny po Moskalach Niemcy nauczyli się bardzo prędko” - pisze Chętnik.  Po latach doświadczeń okazało się, że pożądaną „normalność” można osiągnąć niekoniecznie z pozycji siły, wystarczy np. łudzić - partnerstwem.

Bolesław Deptuła
so, 03 września 2011 20:02
Data ostatniej edycji: 2011-09-06 13:30:15

Góra krzyży

Sercem polskiego prawosławia jest Święta Góra Grabarka, w pobliżu Siemiatycz - co szczególnie odczuwalne jest podczas uroczyście obchodzonego Święta Przemienienia Pańskiego. Pracownicy Muzeum w Łomży również mieli okazję poznać wyjątkowość tego miejsca: równo 30 lat temu, 18 sierpnia 1981 r. byli w Grabarce, a nastrój Święta utrwalił w formacie 6 x 6 autor tych słów - w załączeniu jedna z fotografii, jeszcze z pierwotną cerkwią Przemienienia Pańskiego, zanim spłonęła z ręki miejscowego szaleńca w 1990 r. Z ikon ocalały wtedy jedynie dwie : Zbawiciela i św. Mikołaja. Szczęśliwym trafem Muzeum łomżyńskie posiada w swoich zbiorach ikon także wizerunek św. Mikołaja - który tu przedstawiamy dla przybliżenia niezwykłości sztuki prawosławia - zachwycające arcydzieło nieznanego mistrza, przykład jak pięknie się można różnić w kręgu wiary i jak wiele ludzi łączy, choćby postacie świętych. Kanon sztuki bizantyjskiej to wizerunki w półmroku tajemnicy, przepych wielkości godnej wyniesienia i naśladowania - przecież nie dla złota a dla podkreślenia lepszej strony istnienia. Świątynię w tym miejscu odnotowują źródła pisane z początku XVIII wieku. Miejsce przepełnione świeżością natury, odsunięte od zgiełku cywilizacji przyciąga wielu twórców m.in. nieżyjący Duda-Gracz poświęcił Grabarce wiele obrazów, a Paulo Coelho, w 2002 zdecydował się na podróż, uznając to miejsce za kolejny ważny znak, który prowadzi go w życiu (wg białostockiego „Kuriera Porannego”):  - „Wszystko jest takie, jakby wyszło spod pędzla Boga - czujemy jego obecność bardzo namacalnie, jak gdyby tu siedział i rozmawiał z nami. Spokój i ukojenie. Chciałbym to przeżywać wielokrotnie”…

Bolesław Deptuła
pon, 22 sierpnia 2011 13:48

Szaszka

Długości prawie 1m. najbardziej znana rosyjska odmiana szabli, rodem z Kaukazu. Znana od poł. XIX w. po II wojnę światową (przyjęta także w wojsku polskim) szczególnie kojarzona z oddziałami kozackimi. Jak wyglądał taki Kozak - komandir z szaszką na plecach i knutem w dłoni ? Przyjrzyjmy się mało znanej, złowrogiej dla Polaków fotografii wykonanej w 1920 roku, w Łomży! Reporter niemieckiego pisma „Berliner Illustrirte Zeitung” wykonał do nr. 36 serię zdjęć Łomży pod okupacją sowiecką, m.in. nowych władz z udziałem tej części mieszkańców, która witała bolszewików kwiatami. Spróbujmy spojrzeć przez chwilę oczami Kozaka na opustoszałą łomżyńską ulicę: oto poczucie pełni władzy kogoś,kto przybył zaprowadzić „porządek”, zabawić się z Lachami i nadzorować zsyłki na Sybir. Dla porównania 2 szaszki nowsze, już z wybitą na rękojeści gwiazdą i obustronnymi literami: CCCP - ale nadal zakończone kształtem drapieżnego ptaka. Szaszki - przykre pamiątki po tych „władcach ulicy”, nie zostały znalezione w ziemi. Zanim trafiły do zbiorów muzeum, były przechowane w schowkach oraz w piecu rozebranym pod Łomżą - daje to do myślenia. Minęło 90 lat od zatrzymania nad Narwią a potem nad Wisłą nawały bolszewików, a wciąż nie można rozliczyć w pełni pozostałości okupacyjnych, także z powodu niełatwego dostępu do źródeł, dokumentów. Nadal łatwiej podsycać anonimowo choćby w Internecie wrogość, przeinaczać fakty poprzez wulgaryzmy niż bronić dobrego imienia Ojczyzny i uczyć patriotyzmu. Młodzież ma coraz mniejszą świadomość, że niepodległość nie została Polakom dana raz na zawsze, a spokojnie możemy chodzić po polskiej ziemi tylko dzięki ogromnej ofierze krwi naszych Ojców. Zwróćmy uwagę na to, jak spogląda na nas najeźdźca z knutem i szaszką, pozujący do  unikalnej fotografii - odbiorca na zachód od Wisły nie mógł zrozumieć w pełni grozy tego widoku, bo nie doświadczył nieporównywalnego fałszu i okrucieństwa.

Bolesław Deptuła
so, 13 sierpnia 2011 21:35

Ułan

Z języka polskich Tatarów pochodzi określenie żołnierza uzbrojonego w lancę, broń palną i szablę - charakterystyczne atrybuty kawalerii polskiej. Z kolei z języka polskiego, zawołanie tej formacji a także nazwy elementów ułańskiego uzbrojenia, po rozbiorach Polski rozprzestrzeniło się w  zachodniej Europie, funkcjonując  nadal w językach sąsiadów. W oczach zwyczajnych ludzi patriotyzm przybierał różnorodne kształty: choćby rzeźbą na niewielkim pudełku, utrwaleniem wspomnienia o przelewaniu krwi za Ojczyznę. W 1948 r. do zbiorów Muzeum w Łomży trafiła papierośnica -  z informacją, że została wykonana w 1925 roku - unikalna, bo ręcznej roboty, o wym. 7 x 11 cm z drewna klonowego, od Konstantego Chrostka (ur.1910 r.) rzeźbiarza z Jazgarki na Kurpiach. Autor czytał dużo książek historycznych - mógł wykonać wizerunek ułana na zamówienie. Na wieczku, za jeźdźcem w rogatywce - umieścił  wbite w ziemię przynależne chorążemu insygnia legionu z figurką orła na wzór rzymski, a na proporcu napis: Zwycięstwo. Na wewnętrznej stronie wyrzeźbił alegorię potężnego Orła zwalczającego mniejszego, czarnego wroga - uniwersalne przesłanie? Może nie warto było dosłownie określać przeciwnika, by nie narażać drogiej pamiątki na zniszczenie? Trzeba podkreślać, że po odzyskania wolności próbowano nam obrzydzić piękno patriotyzmu, pomniejszyć ofiarę krwi, wbijając w pamięć obraz bezmyślnej szarży „z szabelką na czołgi”. Tymczasem pielęgnowanie ciągłości, bogactwa chwały „jazdy polskiej”, także ułańskiej - to nie tylko wzmacnianie naszej dumy narodowej, łączącej pokolenia. Dziś niezawodna młodzież dostrzega szansę połączenia bogatej tradycji z możliwością ćwiczeń fizycznych i…przedsiębiorczością: widowiskowe pokazy rekonstrukcji historycznych są coraz bardziej profesjonalne. Tylko patrzeć, jak ktoś spróbuje małej formy objazdowej, może całorocznej - przecież na zimę wojsko nie rozchodziło się pod pierzyny. Zimowe, nie mniej widowiskowe pokazy ćwiczeń sprawnościowych także przyciągnęłyby tłumy, dla młodych z pożytkiem dla wiarusów z podziękowaniem za trud obrony Ojczyzny, z szablą w ręku.

Bolesław Deptuła
wt, 02 sierpnia 2011 12:17

Kozy

„Kozy prostyńskie” - to figurki z ciasta, wyrabiane na lipcowy odpust w Prostyni, na pograniczu Mazowsza i Podlasia. Na trwałe wpisały się w krajobraz kulturowy, więc nie mogło ich zabraknąć w zbiorach Muzeum w Łomży - do badań naukowych. Nieco  w formie podobne do noworocznych „byśków” - wypieków kurpiowskich, o których pisał Jacek Olędzki, że wykonywane były „w ramach archaicznych praktyk magicznego oddziaływania na pomyślną hodowlę żywego inwentarza”. Kozy z Prostyni mają inną ciekawą historię. Są pamiątką wydarzeń historycznych. W miejscowych kronikach opisano 500 lat temu objawienia Św. Anny, a z powodu wianków jakie wówczas wykonała dla ozdobienia Św. Trójcy - utrwalił się pielęgnowany do dzisiaj zwyczaj, by jej imieniem nazywane „korony” służyły do ozdabiania głów pielgrzymów. Założone tu Sanktuarium Trójcy Przenajświętszej jest jedynym w Polsce na prawach diecezjalnych, a  w Europie jednym z nielicznych sanktuariów trynitarnych. W prowadzonej od 1511 r. Księdze Cudów już w I półroczu odnotowano obecność  pielgrzymów aż z 15 województw. W 1547 r. kroniki uwieczniły przybycie do tej nadbużańskiej wioski królowej Bony, żony Zygmunta Starego. Na pocz. XVI w. do Prostyni przywieziono drogą wodną statuę Trójcy Świętej (rzeźbę wykonał  Wit Stwosz lub jego uczniowie). Wg podania ludowego - to właśnie kozy pasące się nad rzeką miały pierwsze zawiadomić ludzi o płynącej rzeźbie. Najbardziej uzasadnione jest powiązanie „kóz prostyńskich” z podlaskim Unitami. Choć wśród Polaków spotkali się z tolerancją religijną byli w XIX w. prześladowani przez carat  i mieli zakaz przystępowania do sakramentów  świętych w kościele. Dla niepoznaki przybywali tłumnie do Prostyni  na odpust  niby prowadząc na targ kozy, a po przywiązaniu ich do drzew, mieszali się z tłumem pielgrzymów i wchodzili do świątyni. Dziś „kozy prostyńskie” są miłą pamiątką dla pielgrzymów (trafiły także do prywatnych apartamentów Polskiego Papieża Jana Pawła II ). Pamiątką tym ważniejszą, że przypominającą o Zuzeli, rodzinnej wiosce Prymasa Tysiąclecia i niedalekim kościele prostyńskim, gdzie Rodzice jego zawarli związek małżeński. Tak oto Łomża poprzez serdeczne związki ze Stefanem Wyszyńskim ma szczególny powód do bliższego przyjrzenia się Prostyni i malowniczym figurkom z ciasta.

Bolesław Deptuła
śr, 20 lipca 2011 14:44
Data ostatniej edycji: 2011-07-20 15:27:21

W Parku Ludowym

W zbiorach Muzeum w Łomży znaleźć można pocztówkę z okresu międzywojennego, wydana przez „Ruch” oraz afisz z 1922 r - pamiątki wiele mówiące o Parku Ludowym przy Alei Legionów. Parku kiedyś chętnie odwiedzanego w celach towarzyskich, rekreacyjnych i sportowych. Na pocztówce widzimy altanę pożyteczną w razie deszczu, obok: zawodników na korcie tenisowym. Od czasu założenia w r.1919 drzewa parkowe rozrosły się, więc stały się niebezpieczne ? Jeśli dziś wobec przydrożnych drzew - kierowcy mają prosta receptę: „są powodem wypadków, więc wyciąć” - pewnie zmienia się nastawienie wobec parkowych drzew: „nowa polityka:  zapomnieć o nich”. Co powoduje dzisiejszy zastój - brak pomysłów ? Chyba branie pensji nie idzie w parze z chęcią do przywrócenia przynajmniej tego poziomu życia sportowego w Parku Ludowym, którego istnienie dokumentuje prezentowany afisz PSS (Powszechnej Spółdzielni Spożywców w Łomży) ogłaszający program 16 ćwiczeń w Kole gimnastyczno - sportowym. Oprócz piłki nożnej i palanta amerykańskiego mamy: obronę własną, zapasy, box angielski i francuski, gry ruchowe, tańce gimnastyczne itd. Po wojnie mieszkańcy miasta pod zarządem „robotników i chłopów” przyzwyczaili się, że tu musi być tylko podmokłe królestwo wron bombardujących odchodami błotniste alejki oraz okalające ulice. Co jeszcze istniało w czasach wstrętnych kapitalistów, wynika z tego afisza: dzieci do lat 14 miały zapewniony Plac gier i zabaw - wstęp bezpłatny. Działała również Y.M.C.A. - międzynarodowa organizacja, której przedstawiciel  - instruktor (wg afisza: p. Stankiewicz) przyjmował zapisy do kompletów sportowych w Parku Ludowym. Związek Młodzieży Chrześcijańskiej, w skrócie Y.M.C.A. - organizacja założona w 1844 r stała się w Łomży niemodna? Dziwne, bo organizacja zrzesza prawie 55 mln osób i funkcjonuje nadal w 154 krajach, a  w Polsce jest zadomowiona od r. 1918. Z powodzeniem propaguje w oparciu o wartości chrześcijańskie program harmonijnego rozwoju fizycznego, umysłowego i duchowego.

Bolesław Deptuła
so, 02 lipca 2011 12:45

Fajki

Żartobliwie można powiedzieć, że dawniej bardziej szkodliwe było odmawianie wypalenia „fajki pokoju” niż zaciąganie się dymkiem. Są zawody wręcz nierozerwalnie związane z fajkami, są typy fajek ulubione przez rybaków, detektywów, pisarzy. Fajki figuratywne mają nierzadko misternie zdobione motywy myśliwskie, wojskowe itp. W której rodzinie nie trafił się dziadek rozsiewający aromaty tytoniowe i przekonujący, że fajka mniej szkodzi? Różnorodność materiałów i stylów widać na przykładzie zbiorów Muzeum w Łomży: choćby od ręcznie rzeźbionej fajki z drewna z XIX w. po starsze, gliniane z wykopalisk z XVIII po XVII wiek. Kto mógł używać fajki z wizerunkiem satyra? To zakup wyrobu niewiadomego pochodzenia, wielkości 20,5 x 3 cm, oryginalna, ręczna robota. Równie ciekawe są dwie pozostałości ceramicznych fajek, tym cenniejsze, że znalezione w Łomży przez archeologów: jajowata główka z białej glinki (4, 5 x 1, 7 cm), z krawędzią zdobioną pionowymi nacięciami, to być może wyrób holenderski,  z wykopalisk poprzedzających położenie wodociągów na ul. Rybaki - z pozostałości warsztatu szewskiego, w sąsiedztwie przypuszczalnej komory celnej  w pobliżu Narwi. Czarna główka fajki (4,1 x 2,5 cm), to wyrób warszawski (widok z boku i od dołu), najstarsza w tej kolekcji, wykopana w pozostałościach dawnego ratusza - w miejscu zaznaczonego zarysu fundamentów przed Halą Targową na Starym Rynku.

Bolesław Deptuła
śr, 22 czerwca 2011 15:10

Potrawka z tura

Ceramika i kości zwierzęce należą do najliczniejszej kategorii znalezisk archeologicznych w Polsce. Nie inaczej było podczas wykopalisk z ul. Długiej w Łomży, skąd pochodzi prezentowany możdżeń samicy tura ze śladami obróbki - nie jedyny okaz wskazujący na istnienie w tym miejscu Łomży warsztatu średniowiecznego rogownika. W pierwszej chwili taki zbiór może wyglądać  jak tajemniczy skarb. I tak powinien być traktowany. To źródło cennych informacji, wzbogacanych przez współpracę archeologów z archeozoologami. Znalezienie zabytku w unikalnym pierwotnym położeniu - to szczególna gratka dla muzealników,  ale niektórzy przypadkowi odkrywcy zapominają, że każde badanie tego co „zapisane w ziemi” jest jednorazowe. Ważne jest powstrzymanie się od egoistycznych „badań” na własną rękę - ciekawość odkrywcy będzie zaspokojona dzięki wiedzy archeologa, który wykona dokumentację: dla nas wszystkich. Fachowiec odnajdzie kontekst  i szczegóły dla innych nieczytelne. To ważne dla oceny czy odkryto ślady rzemieślników, hodowców czy np. myśliwych. Niepozorne szczątki zwierząt pomagają  zrozumieć naszą historię - wśród nich losy dzikich, potężnych turów, które gdzie indziej w Europie wytępione, najdłużej przetrwały właśnie na Mazowszu. To zasługuje na przypominanie chociażby w powieści przygodowej, w tak lubianych komiksach historycznych. Dlaczego jesteśmy karmieni nadmiarem opowieści obcych nam kulturowo, mając niewykorzystany temat przygód np. Stacha Konwy - tego z pomnika w Lesie Jednaczewskim i Łomży - z twardego rodu wolnych strzelców, Kurpiów którzy dawniej byli strażnikami leśnymi i chronili tury. Zapewne skosztowali na polowaniach smaku turzego mięsa, które wg kronikarzy - miało być słodkie. Jak zanotował Miechowita: „niektóre wsie na Mazowszu jako powinność xiążęcą, straż aby zwierząt tych nie niszczono, odbywały”. Jeszcze w przywileju na wieś Zator z 1436 roku książę Mazowiecki  wyraźnie zaznacza, że „polowanie na tury i rysie - dla siebie wyłącza”.

Bolesław Deptuła
so, 04 czerwca 2011 10:11

Studnia

44 lata temu, podczas zakładania sieci kanalizacyjnej na ul. Giełczyńskiej, w sąsiedztwie absydy Katedry koparka odsłoniła w ścianie wykopu konstrukcje drewniane. Natychmiast powiadomiono o tym fakcie Muzeum w Łomży. Archeolog Jolanta Deptuła  z 4 pomocnikami  przeprowadziła wykopaliska ratownicze, wzbudzając ogromne zdumienie i zainteresowanie przechodniów, komentujących fachowo ze szczytu wyrzuconej ziemi z wykopu każde odkrycie. W dzienniku badań odnotowano znalezienie fragmentów cegieł tzw. „palcówek” i duże ilości ceramiki, z których częściowo udało się zrekonstruować całe naczynia, po uzupełnieniu gipsem brakujących fragmentów (kilka dzbanów prezentuje załączona fotografia). Na wykonanym wówczas zdjęciu (w załączeniu u góry) archeolog zarejestrował początek konstrukcji z dębowych desek tzw. „dartych” o wym. 130 x 30 cm. Dokumentacja rysunkowa (fragm. w załączeniu - kolor zielony: warstwa przemieszana) ukazuje pierwszy z 7 poziomów desek układanych na zrąb, z głębokości 1 m. Nienaruszoną warstwę jasnej gliny stwierdzono na głębokości 3.20 m. Oprócz naczyń jedno i dwustronnie polewanych, fragmentów pokrywek oraz siwaków polerowanych, wydobyto także m.in: kafle tzw. garnkowe, dachówki, fragmenty ludzkiej czaszki, kawałki przepalonego drewna, szable dzika, nóż żelazny w drewnianej oprawce, drewniane narzędzie do formowania wielkości oczek przy wiązaniu sieci rybackich oraz b. zniszczony but skórzany (co tam się nie działo przy tej studni ?)  Efekty badań pozwoliły przypuszczać, że studnia mogła służyć budowniczym Katedry ponad 400 lat temu, a jej pozostałości z czasem  - po wypełnieniu wylotu 4 dużymi głazami - znalazły się pod ulicą w wyniku poszerzenia traktu wiodącego  do wsi Giełczyn.

Bolesław Deptuła
wt, 17 maja 2011 19:19

Wolność

11 września 1939 roku Niemcy wkroczyli do Łomży - 29 września zastąpili ich Sowieci. Pojawiła się prasa polskojęzyczna zwana gadzinówką - pt: „Wolna Łomża” - „Organ Tymczasowego Zarządu Miasta Łomży i powiatu łomżyńskiego”. Oto nr 23, który ukazał się 9 grudnia 1939 r. z ojcowskim portretem Stalina. Zbyt mało się o tym mówi, jaką propagandową siłę stanowiła tamta forma gorliwego wychwalania budowy sowieckiego raju pod opieką jednej partii, jak fałszowano lub przemilczano niewygodne fakty. Oto fotograficzna migawka z podpisem „W miastach Białorusi Zachodniej”. Z radziecką „Prawdą” w dłoni pozuje: „była bezrobotna Łukasik - pracuje obecnie w ekspedycji białostockiego  centralnego urzędu pocztowego ”. Całostronicowe przemówienie, z którego wymowny fragment: -„Każdy członek związku zawodowego powinien demaskować różnych pańskich sługusów, którzy hurtem i detalicznie sprzedawali interesy mas pracujących w byłej Polsce.” 26 października w nr 7 wstępniak „Moje zobowiązania” Maria Strzelecka delegatka  do Ludowego Zebrania informuje i zapewnia: „…różni ludzie…proszą o żywność, lekarstwa, mieszkania i posady. Staram się im wszystkim pomóc…wypełnię wolę ludu - głosując za przyłączeniem Białorusi Zachodniej do wielkiej rodziny narodów Związku Sowieckiego, za nacjonalizacją banków i wielkiego przemysłu, za konfiskatą ziem obszarników i podziałem jej między małorolnych krestian, głosując za ustanowieniem na Białorusi Zachodniej władzy sowieckiej, władzy robotników, krestian i inteligencji pracującej.”…Piątnicki okręg wyborczy: przed 6 rano pierwszy wrzuca kartę do głosowania Hombierg Meier…„Teraz będziemy żyli wesoło” Okręg 261 Stacha Konwy: wchodzi pierwszy wyborca - Kożuchowicz Zelman - „Głosowałem za władzą sowiecką. Tylko towarzysz Stalin dał dam, jewrejom, prawdziwe szczęście - być ludźmi”. Wielki tłum dorosłych i dzieci okrąża patefon i chórem podchwytuje pieśni narodu sowieckiego. Organizuje się tańce. Po walcu następuje polka, potem polka-krakowiak. Wabiące dźwięki orkiestry przerywane są okrzykami „Niech żyje Armia Czerwona”.  Jest więc praca dla wybranych, możliwość pozbycia się nielubianych sąsiadów - o wywózkach na Syberię prasa nie napisze. Wyobraź siebie Czytelniku z  2011 roku, że znalazłeś się w Łomży 1939 roku, w granicach Białorusi Zachodniej - to zaledwie 70 lat temu - jak zachowałbyś się w tamtej sytuacji ?

Bolesław Deptuła
nie, 08 maja 2011 23:19

Konspiracyjny

Medal - plakieta (średnica 15 cm) projekt Wiesława Sielskiego, zrealizowany w czasach pierwszej „Solidarności” na cześć Papieża - Polaka, z dedykacją:  „Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi”. Oryginalny pomysł, najbardziej znanego Artysty z Łomży (1944 – 1982) medaliera ale także malarza, grafika, rzeźbiarza, animatora życia kulturalnego i społecznego. Było oczywiste, że w tamtych czasach cenzury i zakazów próba oficjalnej realizacji zakończyłaby się niepowodzeniem. Wykonano zaledwie 5 sztuk ze specjalnego stopu metali odlanych w Mennicy Państwowej w Warszawie, a pierwszy egzemplarz Lech Wałęsa zawiózł do Rzymu i wręczył Janowi Pawłowi II w 1981 roku.
Relief z wyobrażeniem  drzwi gnieźnieńskich w centrum, otaczają wypunktowane rysunki oraz daty szczególnych wydarzeń z dziejów Polski: 966, 1138, 1410 ,1772, 1791, 1914, 1939, 1980. Serdeczny i trwały znak z Łomży zaistniał dzięki niewielkiej grupie ludzi dobrej woli, obdarowanych na pamiątkę tego zdarzenia historycznego fotografią medalu z imiennym podziękowaniem i autografem Lecha Wałęsy. To informacja pewna, bo piszący te słowa (autor zdjęcia) również otrzymał takie podziękowanie. Później powstało jeszcze kilka sztuk medalu dla Papieża, odlanych w mosiądzu, w zakładzie artystycznym Romana Murawskiego w Ciechanowcu... (Ten odcinek - to 100 spotkanie ze skarbami Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży.)

Bolesław Deptuła
so, 30 kwietnia 2011 11:29
Data ostatniej edycji: 2011-05-02 08:49:35

Baba

Kształt współczesnej baby wielkanocnej, choć uległ modyfikacjom, wciąż przypomina staropolski wzór znany od setek lat. Tym razem obejrzyjmy apetyczną dynamikę ukośnych wgłębień, wykonanych ręcznie. To raczej pamiątka po pewnej gospodyni z ul. Dwornej w Łomży, która tłukąc glinianą formę do ciasta wyrzuciła ją w miejscu, gdzie ponad 200 lat później Muzeum Północno-Mazowieckie znalazło siedzibę. Znaleziona podczas wykopalisk skorupa (ok. 30 cm - na środkowym zdjęciu widok od wewnątrz) jest  na tyle czytelna, że można pokusić się o komputerową rekonstrukcję, a w przyszłości odtworzenie całej formy… A jak mogła wyglądać ówczesna łomżynianka - polska baba, które nad Narwią określa się powiedzonkiem: „krew z mlekiem”? Czy była w typie jejmość Wiśniewskiej z Łomży, której wizerunek zachował się w Instytucie Sztuki PAN w Warszawie ? Portret pani Wiśniewskiej, żony Stefana Lisa jest datowany na 1707 r. Czy dobrze odżywiona, pucołowata łomżynianka miała na stole wielkanocnym lukrowane baby podobne do wzoru przechowywanego dziś w Muzeum ? Nie była to raczej przysłowiowa Herod-Baba, skoro po opuszczeniu ziemskiego „padołu łez” została uwieczniona na pogodnym wizerunku, z różańcem w dłoniach. Portret był jedną  z wielu - jak wspominał Rzeczniowski w "Dawnej i teraźniejszej Łomży"- blach żelaznych sześciokątnych z popiersiami mężczyzn i kobiet, malowanych olejno, wiszących na filarach Katedry - zapewne „pamiątek pośmiertnych  szlachty okolicznej…” już tylko w cz- b. fotografii NN, sprzed II w.św.

Bolesław Deptuła
so, 23 kwietnia 2011 16:53

Palmy

Dlaczego Łyse ? Właśnie w tej miejscowości na Mazowszu Kurpiowskim doc. dr Adam Chętnik, założyciel Muzeów w Łomży i Nowogrodzie postanowił organizować konkursy na najpiękniejszą palmę wielkanocną. Był rok 1969 - dwa lata po śmierci dr Chętnika, gdy udało się zorganizować pierwszy konkurs w Szkole Podstawowej we wsi Łyse. Po latach trudno sobie wyobrazić jak nieprawdopodobne przeszkody, ile upokorzeń w ówczesnych realiach systemu politycznego miała do pokonania  kontynuatorka idei, żona Chętnika - Jadwiga. Tradycyjne zwyczaje od wieków w symbiozie kultury wiejskiej, dworskiej i kościelnej, mogły funkcjonować tylko szczątkowo, jako „kultura ludowa” pozbawiona kontekstu religijnego. Stąd konkurs na palmy wielkanocne mógł odbyć się tylko poza kościołem i tak układano terminy aby „konkursowe” palmy nie brały udziału w tradycyjnych obrzędach. Nagrody pieniężne z Ministerstwa Kultury i Sztuki przyczyniły się do wzbogacenia palm, ich liczby i różnorodności, ale też powodowały, że czasami konkurs gromadził na wystawie w szkole więcej palm niż w kościele - w ich naturalnym środowisku. Paradoksalnie, próby izolowania przyśpieszyły zwrot ku tradycyjnym zwyczajom. Pamiętano np. że na Kurpiach palmy pełniły jeszcze jedną rolę: po roku przechowywania palono je, a popiołem posypywano głowy wiernych w Środę Popielcową. Pracownicy Muzeum w Łomży - organizujący pierwsze konkursy, mieli poczucie działania „w ostatniej chwili”, łączenia zrywanej  tradycji i ratowania jej przed całkowitym zubożeniem. W archiwum muzealnym zachowała się dokumentacja fotograficzna tych działań. Dziś do Łysych jak do Mekki ciągną na Kwietną Niedzielę tłumy - nawet dostojnicy państwowi. Na fali popularności, coraz więcej palm można zobaczyć także w Myszyńcu, Lipnikach, Zbójnej. Także zatwardziały ateista nie oprze się urokowi barwnej procesji - właśnie wokół kościoła. Żeby poznać siłę tradycji choć raz w życiu trzeba doświadczyć zapachu świeżo uwitej palmy, w połączeniu z zapachem kadzidła z bursztynem - właśnie w połyskliwej  wędrówce słońca przez witraże, wśród lasu palm sięgających nieomal sklepienia świątyni.

Bolesław Deptuła
so, 16 kwietnia 2011 11:59

Ryngraf

To oczywisty dla wielu Polaków obraz z dzieciństwa: nad łóżkiem na dywaniku Rodzice zawieszają mały ryngraf - pamiątkę  z Częstochowy. Dla kogoś wychowanego w tym duchu, pielęgnowanie przy sobie takiego znaku jest naturalną częścią pamięci rodzinnej. Tak powinno być rozumiane kontynuowane tej łączności, poprzez znak przez następne pokolenia. Ryngraf - fenomen z czasów rycerskich, łącznik z tradycją staropolską, zakorzeniony w polskości symbol trwania, znany z wielu odmian. Przedstawiony na zdjęciu jest  najnowszym nabytkiem Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży. Przywędrował w ekwipunku żołnierza Andersa, walczącego pod Monte Cassino rodaka, który powrócił ze Stanów Zjednoczonych do rodzinnej Łomży. Na bliższą prezentację przyjdzie czas, zwróćmy tymczasem uwagę na ręczną robotę - wyjątkowość tego egzemplarza z czasów II Wojny Światowej. Srebrny orzeł na pozłacanym kartuszu nosi na piersiach wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej.  Ślady czasu wskazują na długą drogę powrotu do Polski.

Bolesław Deptuła
so, 09 kwietnia 2011 09:15

Żale


Czy zniknie pod Łomżą kolejny zabytek - imponujący rozmachem przestrzennym? Najdłużej utrzymała się  tradycyjna miejscowa nazwa „żale”. Ocalały mizerne szczątki, ale trwają dzięki temu, że w naszym kręgu kulturowym zazwyczaj otaczaliśmy szacunkiem cmentarze. W dodatku ten - sprzed ok. 2 tysięcy lat, z okresu wpływów rzymskich, co potwierdziły badania archeologiczne w latach 70. ub. wieku -  jest szczególnie efektowny. Czas bić na alarm, zatrzymać degradację, póki nie za późno. W cywilizacjach europejskich takie miejsca przyciągają turystów, co stanowi pewną ochronę  - nam przeszkadzają braki w wykształceniu, bieda, przemiany społeczne, co jeszcze?  Tam na straży świadomości stoi klasa średnia, a nasza gdzie jest? Gdyby nie szanowano przeszłości Wielkiej Brytanii, rozebraniu uległoby słynne Stonehenge - na materiały budowlane. U nas bez konsekwencji karnych rozbiera się kurhany, które przetrwały tysiące lat. Czy zdążymy wzmocnić edukację, kontrolę, narodową świadomość z unikalnego stanu posiadania? O tych właśnie „żalach” pisał przed stu laty Adam Chętnik, alarmując na próżno (!) w prasie łomżyńskiej i ogólnopolskiej, że zmienił się stosunek ludzi do tego cmentarzyska: -„gospodarze zaczęli rozsadzać prochem kamienie i zwozić do domu na budowę piwnic. W ten sposób zniszczono kilkanaście wielkich kręgów, ułożonych z głazów polnych… Odnaleziono nawet parę garnków z popiołem, lecz nie znaleziono w nich pieniędzy więc potłuczono je na kawałki. Chętnik zdążył  sporządzić rysunek ostatniego pierścienia kamieni na cmentarzysku (załączniki z archiwum Muzeum w Łomży) i zanotował: -”cała dekoracja (długa 66 m, szerokości 17 m) składa się ze 128 głazów, w tym paru kół mniejszych i jednego wielkiego koła 14 m średnicy”. Pisze dalej: -„Całe cmentarzysko wygląda bardzo ładnie i może być jakby „świątynią dumania” dla ludzi, którym pamięć na prochy przodków daje natchnienie i moc do walki o przyszłość”. Chętnik apelował o stałą umowę z gospodarzami, ogrodzenie cmentarzyska i zarządzenie poszukiwań na całym terenie ”żalów”. A.D. 2011 apel pozostaje niestety aktualny. Teoretycznie możliwe są fotografie z lotu ptaka, poszukiwanie zarysu wszystkich kręgów kamiennych i rekonstrukcja, ale jak zwykle kłopot z pieniędzmi - prędzej ktoś z milionerów mógłby zamiast wycieczki na Seszele sfinansować  badania. Takie nazwisko przeszłoby do historii. Ale czy decydenci rzucą hasło: do dzieła - stwórzmy tu rezerwat archeologiczny, który przyniesie Łomży sławę i ściągnie milion turystów …Próżne żale ?

 

Bolesław Deptuła
nie, 27 marca 2011 15:11

Mamut

Żwirownia w Pniewie była w 1971 r. miejscem niezwykłego zdarzenia. Ekipa Łomżyńskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego znalazła przy wybieraniu piasku, na głębokości ok. 10 m. fragment żuchwy mamuta, ważący 4 kg. Na szczęście doceniono wagę odkrycia i przekazano żuchwę do łomżyńskiego Muzeum, gdzie w zbiorach były już pojedyncze zęby wielkości 30 cm. Piszący te słowa na miejscu wykonał dokumentację fotograficzną, a potem aby uczulić kolejnych odkrywców na podobne przypadki, wykonał do publikacji w lokalnej prasie czytelny rysunek cennego znaleziska. 40 lat temu było to lepszym rozwiązaniem wobec fatalnej jakości drukowanych fotografii na gazetowym papierze. Niestety nie zgłosił się już nikt inny, więc pewnie nie dowiemy się, czy w tej miejscowości były inne części szkieletu mamuta. W Muzeum łomżyńskim pozostała tylko dokumentacja: w tym wspomniany rysunek żuchwy, fotografie zęba (zwróćmy uwagę na piękny kształt w zbliżeniu) oraz seria zdjęć „mamuciego wzgórza” - żwirowni. Z chwilą powstania Muzeum w Drozdowie - ówczesnego oddziału Muzeum w Łomży, znalezisko zostało tam przekazane wraz z innymi zbiorami przyrodniczymi m.in. Adama Chętnika. Dziś samodzielne Muzeum Przyrody powiększyło stan posiadania o kolejne wspaniałe pamiątki po mamutach: warto tam pojechać, zobaczyć pozostałości tych imponujących zwierząt - spróbować wyobrazić sobie świat, jaki istniał w tym miejscu pod koniec epoki lodowcowej.

Bolesław Deptuła
so, 12 marca 2011 18:36

Pasiasta

Siekierka neolityczna sprzed ok. 4 - 6 tysięcy lat, przypadkowo znaleziona pod Łomżą w trakcie prac polowych i przekazana przez właściciela ziemi do Muzeum. Długa na 12,5 cm, grubości 1,5 cm, ma niestety uszkodzony obuch - smutny przykład współczesnego testu przydatności, przypadek nierzadki w gospodarstwach gdzie rolnicy próbują używać nierozpoznanych początkowo znalezisk jako kliny, przecinaki itp. Gospodarz przyznał, że była druga siekierka - roztrzaskana całkowicie przy próbie uderzenia. Cieszmy się,  że jednak pamiętał o Muzeum… Naukowcy przypuszczają, że bajeczne wzory krzemienia pasiastego są pamiątką po wymarłych organizmach morza jurajskiego sprzed ok. 150 mln lat. Taki krzemień mamy w regionie świętokrzyskim, gdzie przetrwała do naszych czasów jedyna w Polsce i Europie Środkowej ogromna neolityczna kopalnia krzemienia pasiastego. Wyroby stąd rozprowadzano w promieniu tysiąca kilometrów - świadectwo prestiżu, zamożności, zapewne nie bez znaczenia religijnego, symbolicznego. Może bardziej magiczne niż użytkowe? Jak pożądane świadczy fakt działania kopalni przez okres ok. 2 tysięcy lat. Odkryta w 1922 r. i częściowo zrekonstruowana, dziś jest rezerwatem archeologicznym w Krzemionkach Opatowskich. Ten pomnik historii i unikalne dziedzictwo narodowe ma nowe zagrożenia: nastała moda na biżuterię z krzemienia pasiastego. Trzeba pogodzić konieczność ochrony zabytku z potrzebami przemysłu jubilerskiego. Uroda krzemienia pasiastego może przewrotnie stać się nadmiernym zagrożeniem. Uroda na pewno nie pomogła siekierce krzemiennej znalezionej pod Łomżą. To zdawałoby się solidne narzędzie, a wbrew pozorom - kruche piękno.

Bolesław Deptuła
so, 26 lutego 2011 08:25

Łuk i strzała

To nierozwiązana zagadka: wyryty na niewielkim, płaskim kamieniu, prawdopodobnie rycerski znak rodowy - rysunek łuku i strzały - znaleziony w Nowogrodzie na Wzgórzu Ziemowita, w pozostałościach średniowiecznego ratusza, dokładniej w jego piwniczce służącej za areszt. W podziemiach ratuszy takie areszty miała większość miast w średniowieczu. Można sobie wyobrazić wilgoć i półmrok. Światło docierało jedynie przez otwór w sklepieniu. Czy to możliwe, że delikwent zbyt długo przetrzymywany, np. dla okupu - nie mając innego znaku identyfikacyjnego, samodzielnie wyrył symbol tego co mogło przekonać rodzinę do ruszenia z pomocą; a jeśli stracił nadzieję na uwolnienie, to pozostawił znak rozpoznawczy swojej obecności w tym miejscu? Można przypuszczać, że w końcu stracono go na rynku - jak bywało najczęściej, gdy pilnowanie i karmienie skazańca stawało się nieopłacalne. Przed badaczem, który chciałby rozwikłać zagadkę jest poważne utrudnienie: odwrócenie kierunku ułożenia strzały wobec łuku, niespotykane w znanych herbach rycerskich - być może jednak charakterystyczna różnica naprowadzi na ślad tajemniczego skazańca ? Dla porównania na zdjęciu: tajemniczy ryt ze zbiorów Muzeum w Łomży, na tle miejsca akcji - czyli Wzgórza Ziemowita od strony Narwi nad Skansenem. Niżej rysunek tego samego miejsca wg rekonstrukcji T.R. Żurowskiego, który prowadził prace wykopaliskowe - tak mógł wygladać średniowieczny Nowogród: na pierwszym planie ratusz gotycki z XIV wieku, w głębi zamek.

Bolesław Deptuła
pon, 14 lutego 2011 15:08

Pędzący zając

Tajemniczy, maleńki rysunek zająca i litery „PHS”, a obok nr seryjny ( w tym przypadku: „187 ½”) ukazują się dociekliwym badaczom po uchyleniu blaszanego kółka na tylnej ściance zegara, we wnętrzu mechanizmu. Zapewne chodzi o grę słów, bo po niemiecku: zając to „hase”, co brzmi podobnie jak nazwisko założyciela. Skrót oznacza wytwórnię: Philipp Haas & Sohne, w St. Georgen, Schwarzwald (Niemcy) założoną w 1831 r. Prawdopodobnie manufaktura działała z przerwami, do roku 1920. Stąd wychodziły na cały świat słynne zegary z kukułkami i m.in. kominkowe, jak ten z łomżyńskiego Muzeum, z II poł. XIX w. Zwieńczona miniaturową amforą ażurowa konstrukcja o wym. 40 cm x 20 cm. dekorowana jest także po bokach - wicią akantu. Zegary kominkowe popularne od XVIII stulecia, w dużej ilości wzorów - od najczęstszych: figuralnych, po architektoniczne np. z kolumienkami - w ciągu XIX w. traciły szlachetną formę na rzecz dziwacznych kompilacji stylów z różnych epok, bo masowa produkcja wpłynęła na rodzaj i jakość wykończenia. Mimo to ich wyszukane kształty wciąż przyciągają oko i będą znajdować nabywców, chociażby jako namiastka luksusu, dostępnego dawniej tylko zamożnym warstwom społeczeństwa.

Bolesław Deptuła
so, 29 stycznia 2011 22:23

Patera

Wśród pater z kolekcji muzealnej zwraca uwagę egzemplarz z II poł. XIX w. zaopatrzony w duże, fantazyjne uchwyty zwieńczone  główkami dziecięcymi. Czy zdobienia - buzie dzieci widoczne są także w płaskorzeźbie po bokach -sugerują przeznaczenie patery: raczej cukierki, słodkości niż owoce ? Wysoka na 27 cm, z głębokim talerzem o średnicy 26 cm i brzegami w formie karbowanej kryzy. Szkło białe, matowione, lecz przeźroczyste w partii kołnierza. Cztery nóżki mają kształt lwich pazurów. Ozdoba dawnych wnętrz mieszczańskich - pewnie obiekt szczególnego zainteresowania najmłodszych. Bez wątpienia z tak zdobionego naczynia wszystko bardziej smakowało.

Bolesław Deptuła
so, 22 stycznia 2011 20:37

Gwiazdy, leluje

Bywa nadal, że „cudze chwalimy, swego nie  znamy”. Czy nie jest tak z fenomenem artystycznym: wycinanką  papierową?  Jej pojawienie się w Polsce XIX w. „to jedno z najbardziej niezwykłych zjawisk” - jak zachwycał się Jacek Olędzki w „Sztuce Kurpiów” - wcześniej: „nic równie imponującego nie było wycinane z papieru”. Na świecie oprócz polskiej znana jest jeszcze wycinanka chińska i żydowska. Olędzki nie wyklucza, że argumenty o przydatności kolorowego papieru do przystrajania izb mogły wyjść także od zapobiegliwych żydowskich handlarzy rozwożących papier „nawet do trudno dostępnych zakątków kraju”. Jednak wycinanka pojawiła się tylko w niektórych rejonach Polski, znanych z samodzielności - jak szczególnie Kurpie, gdzie nie było szerszego dostępu do usług rzemieślniczych, zwłaszcza dekoracji wnętrz. Kurpiowszczyzna wydźwignęła tę dziedzinę sztuki na szczyty mistrzostwa - najsłynniejsza wycinankarka  z Puszczy Zielonej Czesław Konopka z Kadzidła prezentowała swoje prace na świecie ( od Szwajcarii po Japonię ) stając się swoistym ambasadorem kultury. Wystrój puszczańskich chałup odświeżano z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy, bo nie wypadało świętować w starych dekoracjach.  Dwie najbardziej rozpowszechnione formy naklejano pod sufitem na ściany, tworząc różnobarwne ciągi rytmicznych kompozycji  - na przemian.: „gwiazdy” ( inaczej „koła”) oraz „leluje” ( motyw „drzewka życia”). Zobaczmy z bliska szopkę z wnętrza dużego koła (średnica 41 cm), autorstwa Jadwigi Niedźwiedzkiej oraz leluję ( 39 x 20 cm ) Wiesławy Bogdańskiej - obie wycinanki wykonano w Kadzidle w 2008 r. Trudno uwierzyć, że tak misterne  wzory są wycinane dużymi i topornymi nożycami do strzyżenia owiec… Olędzki zafascynowany zbiorowymi uzdolnieniami Kurpiów, manifestującymi się na wielu polach twórczości plastycznej - zachęcał: „widziałbym na tutejszych ziemiach większą liczbę Spółdzielni Rękodzieła i Sztuki Ludowej”… Przydałoby się więcej zatrudnionych chałupników i artystów, z pożytkiem dla sztuki ludowej i turystów. Apel zawsze aktualny !

Bolesław Deptuła
pon, 10 stycznia 2011 07:18

Poczta

Jeszcze w 1928 r. Urząd Pocztowo-Telekomunikacyjny w Łomży rozwoził przesyłki… konno - jak udowadnia fotografia z pamiątkowego tableau, zachowanego w zbiorach łomżyńskiego Muzeum. Wykonana przez zakład fotograficzny „Rembrandt” zbiorowa pamiątka z portretami wszystkich pracowników, powstała z okazji dziesięciolecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Czyż to nie piękna historia ? Pomysł na atrakcje turystyczną, kolekcjonerskie emisje, pokazy w dawnych strojach… Dla wielu z nas może zdumiewające - oto mimo  wynalazków technicznych, podstawą pracy poczty był posłaniec pieszy lub konny, jak blisko tysiąc lat wcześniej za króla Bolesława Chrobrego, który organizując Państwo Polskie wprowadził  regularne obowiązki pocztowe, tak aby dniem i nocą otrzymywać wiadomości - z kraju i zza granicy „wszelkie sprawy i wypadki świeżo wydarzone” - jak odnotował w swojej kronice Długosz… Czas podziękować za kolejny, wspólny rok wędrówek wirtualnych po zbiorach łomżyńskiego Muzeum Północno - Mazowieckiego w Łomży: wg licznika oglądalność Skarbów  wzrosła w ciągu roku o kolejne 30.ooo odsłon. W sumie prawie 100 odcinków odsłaniano ponad 74 tysiące razy, co dowodzi niesłabnącego zainteresowania przeszłością.

Bolesław Deptuła
pt, 24 grudnia 2010 22:53

Opłatki

Etnograf Tadeusz Seweryn w „Polskiej Sztuce Ludowej” określił je mianem arcydzieł. Wypiekane były w szczypcach żelaznych o formie nożyc, zwanych „żelazkami”, zakończonych tabliczkami z wyrytymi przedstawieniami symbolicznymi, figuralnymi i motywami ornamentalnymi. W zbiorach Muzeum w Łomży są szczypce długości 64,5 cm do wypieku opłatków wykopane w latach 70. przy koszarach w Alei Legionów. Zakończone wymienną okrągłą tabliczką z motywem ornamentalnym o średnicy 12,5 cm.

Opłatkami jako dziełami sztuki zainteresowano się w Polsce ok. 1905 r. Powstała niewielka kolekcja, która trafiła w formie depozytu do Muzeum Etnograficznego w Krakowie, co zachęciło założyciela muzeum Seweryna Udzielę do dalszych poszukiwań i tak zbiór urósł do pokaźnej ilości ponad 500 (dziś ok. 700) okazów - dzięki czemu uratowano przed zapomnieniem m.in. najstarszy w Polsce opłatek z 1654 r. Ziemię Łomżyńską w kolekcji krakowskiej reprezentują opłatki np. z Małego Płocka, Burzyna, Wizny, Stawisk i samej Łomży z klasztoru P.P. Benedyktynek. Oto kilka przykładów - fragmenty opłatków z Wizny (szopka oraz zwierzęta z szopki) i z Burzyna (Pokłon Trzech Króli). Tadeusz Seweryn te „arcydzieła żelazorytu ludowego” określał jako osobny dział grafiki ludowej - mało znany i niedoceniany, z nader wątłą literaturą. W Polsce opłatki początkowo wyrabiano w klasztorach, ale już od XV w. - jak pisał Seweryn: „przeważnie przez ludzi świeckich w gospodarstwach plebańskich”. W XI w. żelazne szczypce do pieczenia opłatków miały zakończenia prostokątne, na których rytowano dwa koła na kształt monety - umieszczając w nich różne emblematy np. krzyż, a od XII w. baranka. Dziś nie zdajemy sobie sprawy, że opłatki do celów świeckich używane były jedynie w Polsce. Barwione opłatki dawano bydłu, szczególnie krowom, aby się dobrze doiły; używano opłatków jako środka leczniczego; obchodzono dom z opłatkiem w ręku, aby zabezpieczyć go przed piorunem itd. Słowacki w „Horsztyńskim” pisał o zwyczaju lepienia w dzieciństwie kołyski z opłatków, różnokolorowych słońc wieszanych potem na choince. Rozwój sztuki rytowniczej miał oparcie w wysokich umiejętnościach lokalnych, pokrewnych zawodach rzemieślniczych. Jak dowodzi Seweryn „także wśród kowali i ślusarzy byli ludzie z żyłką artystyczną, którzy czasem imali się rytownictwa”, jednak najczęściej mogli to być rytownicy pieczęci, autorzy wielu wizerunków ludzkich i zwierzęcych wybijanych puncą w krążku żelaza. Pochodzenie rodzime rytów ujawnić mogą jedynie żmudne prace badawcze formy i treści opłatków. Właściwa ludowi prostota jest szczególnie ceniona wśród znawców, w dodatku na opłatkach można prześledzić etapy przedstawiania szopki - od lichej stajenki po pałac i jasełek - od kościelnego do świeckiego widowiska. Ta najstarsza forma specjalnego chleba ofiarnego, zaistniała szeroko w obrzędach, zabobonach i zwyczajach np. na Kurpiach wieszano je nad stołem, pod powałą. A dziś związane z polskim życiem rodzinnym dzielenie się wigilijnym „chlebem” - opłatkiem, to także wysyłanie kawałków w listach do nieszczęsnych rodaków zmuszonych szukać chleba na obczyźnie …

Bolesław Deptuła
so, 18 grudnia 2010 17:13
Data ostatniej edycji: 2013-12-24 09:58:54

Naszyjnik

Muzeum  łomżyńskie regularnie dokumentuje pracę współczesnych bursztyniarzy na Kurpiach. Po zakończonym remoncie nowej siedziby jest szansa na rozbudowanie ekspozycji bursztyniarskiej „przez wiele lat jedynej stałej wystawy” -jak mówi dyr. Muzeum w Łomży, dr Jerzy Jastrzębski: więc "najbardziej kojarzonej ze zbiorami naszego muzeum”. Od lat głównie z powodu kłopotów lokalowych bursztyny z Łomży wędrowały po świecie ( Niemcy, Włochy, Szwecja), w Polsce zawędrowały w 2006 r. do Gdańska, do tamtejszego Muzeum Bursztynu i tak się spodobały, że włączono je do ekspozycji stałej, prosząc o przedłużenie terminu wypożyczenia, ponieważ jak argumentowano: -„Wycofanie ich przez Państwa z wystawy znacznie by ją zubożyło”… Nadszedł czas spokojnej pracy w Łomży - nad powiększaniem, badaniem i prezentacją tego, jak wiadomo: unikalnego zbioru regionalnego w skali Polski. Będzie czas na śledzenie kierunków rozwoju bursztynowego wzornictwa, nowych pomysłów - i przypominania o konieczności uszanowania tradycji. Nikt przytomny nie chciałby, aby na Kurpiach turysta znajdował pamiątki góralskie a wśród wzorów lokalnych zubożone naśladownictwo. Trudne jest poszukiwanie indywidualności. Łatwo wpaść w masowość, zgubną dla artystycznej wartości wyrobu. Na Kurpiach szczęśliwie kontynuowane jest wydobycie wewnętrznego piękna i pozostawienie bursztynów bez oprawy, tak jak w najstarszych wyrobach. Tu artystę inspiruje naturalna forma surowca… Na etapie poszukiwań własnych rozwiązań wzorniczych jest Tadeusz Konopka z Kadzidła, który  w 1998 r. wykonał prezentowany naszyjnik - dając odważnie w miejsce tradycyjnego dużego płaskiego medalionu  mniejszą zawieszkę w postaci „liścia”. Użył łącznie 92 paciorki przezroczyste, z inkluzjami roślinnymi. Okrągłe, spłaszczone, niewyrównane, o średnicy od 3 do 26 mm, wytoczył ręcznie na kołowrotku.

Bolesław Deptuła
wt, 07 grudnia 2010 11:46

Listopadowe

Jest w muzealnej kolekcji banknotów wzruszający portret z serii „Wodzowie Polski”, który ozdabia 20 złotych z emisji11 listopada 1936 r. Rozpoznawalny bez opisu przez każdego wykształconego Polaka. Tę postać uwieczniło wielu artystów: m.in. Wojciech Kossak w obrazie „Emilia Plater w potyczce pod Szawlami”. To miała być pierwsza seria pieniędzy papierowych, z pięcioma portretami o wspólnej stylistyce: obok Piłsudskiego - Dąbrowski, Poniatowski, Kościuszko. Produkcję  przerwała II w.ś. Wzór powstał w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych S.A. które wsławiło się współpracą z tak wybitnymi twórcami, jak Stryjeńska, Mehoffer. Ciekawy przykład z okresu przejścia ze stylistyki młodopolskiej w kierunku art deco. Portret wykonał Włodzimierz Vacek wg projektu Wacława Borowskiego, który oparł się na portrecie z wyobraźni francuskiego malarza Achille Deveria - jak pisze w Biuletynie Numizmatycznym Marcin Markowski… Każdy maturzysta mógł spodziewać się pytania o wiersz „Śmierć pułkownika” Adama Mickiewicza. Legenda wytworzona  wokół tej postaci utrudnia dojście do prawdy historycznej. Domeyko opisywał ją w pamiętnikach jako „poważną, bardziej surową niż ujmującą w obejściu”, małomówną i spojrzeniem nakazującą dla siebie „należne względy i przyzwoitość”. Uważa się, że Emilia Plater zmarła przedzierając się do Polski, gdy odmówiła przekroczenia wraz z wojskim polskim granicy z Prusami, uważając to za upokorzenie. Najsławniejsza w szeregu kobiet walczących w Powstaniu Listopadowym, w oddziałach partyzanckich i w regularnym wojsku polskim, stała się symbolem miłości do Ojczyzny i wzorem odwagi kobiecej. Czy, jak sądzą  niektórzy badacze - powstanie zostało sprowokowane przez Rosję ? W celu zduszenia autonomii Królestwa Polskiego ? Godny podziwu wysiłek zbrojny trwał od listopada 1930 do października 1831. Czy nieudolność przywódców, nadmiar szpiegów i korupcja były większe niż pragnienie wolności ? W rok po zwycięstwie car Mikołaj I wydał manifest, w którym podziękował poddanym za przywrócenie „porządku i spokojności publicznej” oraz uwolnienie od „przemocy buntowników”. Wg cara „Bóg wyraźnie” mu pobłogosławił w tej wojnie „wznieconej przez zdradę” a tak „przykrej dla ojcowskiego serca”. Bez wątpienia efekt propagandowy został osiągnięty, gdy car zapewniał Rosjan, że „szczątki tych band, które do końca wytrwały w swym zaślepieniu” - zostały rozbrojone na terytorium państw ościennych… Pogarda wschodniego despotyzmu dla nieugiętych przeciwników zderzyła się z etosem romantycznego patriotyzmu powstańców, nie po raz pierwszy i ostatni…

Bolesław Deptuła
wt, 16 listopada 2010 10:54
Data ostatniej edycji: 2010-11-20 16:26:29

Atlant

Nazwa ma pochodzić od tytana Atlasa, który wg mitologii greckiej na swych barkach podtrzymywał sklepienie niebieskie. W architekturze starożytnej w miejsce kolumn stawiano posągi kobiet - kariatyd lub muskularnych mężczyzn - atlantów. Ten motyw dekoracyjny przeszedł do sztuki europejskiej i był popularny w wielu okresach. W XIX wieku atlanci podtrzymywali belki stropowe, okapy lub balkony w mieszczańskich kamienicach, ozdabiali także lampy naftowe w secesyjnych wnętrzach. Jaka to była rzadkość trudno osądzić bez dokładnych badań historycznych, ale w dostępnych źródłach nie pojawiają się za często. Mosiężna figura atlanta w podstawie lampy gabinetowej ze zbiorów Muzeum w Łomży jest przykładem wysokiej klasy rzemiosła artystycznego. Lampa ma wymiary 72 x 25 cm i mosiężny palnik z Francji.

Bolesław Deptuła
śr, 27 października 2010 16:45

Pedy

 

Nie raz słyszałem to słowo w dzieciństwie, ale nikt mi nie umiał wyjaśnić: skąd się ono wzięło ? Jeszcze w 1976 r. na jednym z podwórek przy ul. Kopernika w Łomży sfotografowałem pedy w użyciu (w załączeniu). Moszyński w „Kulturze ludowej Słowian” potwierdza: tej nazwy używano na Mazowszu Północnym. Nosidła  były dość powszechne w całej Słowiańszczyźnie, aż po Azję z Chinami i Japonią włącznie. Na ziemiach słowiańskich znane w dwóch typach: nieckowate - pracochłonne  i drążkowe - proste. Nieckowate: charakterystyczne dla północnego zachodu Europy (Niemcy, Szwecja itd.) - stamtąd zapewne jak sądzi Moszyński - przeszły do Polski oraz przez Litwę na Białoruś. Służyły do noszenia wody z rzeki lub studni, a gdzieniegdzie innych ciężarów np. koszy z bielizną. Zależnie od miejsca występowania nazywano je różnie i jest to zdumiewające bogactwo nazw. Np. u Serbów i Chorwatów: obramnica, u Bułgarów: kobilica, na Białorusi: nasiły a zwłaszcza: karomysło i ta nazwa jest popularna na Wielkorusi obok takich jak: vodonos, chłud. Na zachodnich krańcach Ukrainy spotyka się już: nosy, kulki, sajdy. Z kolei w północno-zachodniej Polsce i częściowo południowej: szońdy, na Śląsku: kluki, a w innych częściach kraju po prostu: nosidła. Ciekawy przykład nosideł wyprofilowanych do kształtu ramion, uwiecznił miedzioryt z Brauna Civitates Orbis Terrarum z 1575 r.- cykl „Widoki Gdańska” (w załączeniu). Nasi flisacy znad Narwi spławiający drewno i zboże tratwami do Gdańska pewnie takie widzieli i naśladowali w swoich gospodarstwach... Łomżyńskie muzeum przechowuje w swoich zbiorach pedy nieckowate: z wygodnym wcięciem na szyję, pracowicie  wystrugane w drewnie - dowód szacunku dla ciężkiej pracy.

Bolesław Deptuła
pon, 11 października 2010 07:45
Data ostatniej edycji: 2010-10-16 23:01:12

Sanitas

Muzea są nie tylko skarbnicą przeszłości - zabytki inspirują, pozwalają naszą przyszłość budować na doświadczeniach wczorajszych. Może ten temat zachęci kogoś z przedsiębiorców ?  Intrygujące, kolorowe  butelki wody mineralnej sygnowane obfitym tekstem: „Instytut wód mineralnych „Sanitas” Wł. Kozłowskiego w Łomży”- to niewykorzystana  tradycja. W 1903 r.„Echa płockie i łomżyńskie” głosiły: …”otwarcie zakładu spółkowego wód mineralnych gazowych… Zakład urządzony jest wg wszelkich wymagań higieny i przepisów policyjnych, spodziewać się więc należy, że zyska sobie szybko ogólne uznanie tak w mieście, jako i okolicy. Spółkę stanowią dwaj lekarze, dwaj aptekarze i dwaj inżynierowie. Już początkowe zapotrzebowanie na wody i napoje z nowego zakładu są znaczne”…. Zanim badania historyczne wyjaśnią  w pełni losy tego przedsięwzięcia, dodajmy, że siedem lat później „Wspólna praca -Tygodnik poświęcony sprawom Ziemi Łomżyńskiej" - zamieścił reklamę następującej treści: „Instytut wód mineralnych sztucznych i gazowych oraz limoniad i wód owocowych - otwarty został w Łomży pod Firmą „Sanitas”... Kontynuacja czy nowa inicjatywa ? Najważniejsze, że idea żyje, a firma  „Sanitas” proponuje szeroki wachlarz ofert w tym: „Wody mineralne stołowe, sztuczne: Bilin, Giesshuber, Narzan, Selcerska, Sodowa”… Pamiętamy jak mawiali starożytni ? „In  vino veritas, in Aqua sanitas” czyli:  W winie prawda, w wodzie zdrowie… Dziś, po latach lat starań o „rozwój zdrowego społeczeństwa”  uczeni twierdzą, że Polacy nie dbają o swoje zdrowie. Średnio wypijamy tylko ponad 40 litrów wody mineralnej rocznie. W dobie wspierania europejskich lokalnych inicjatyw, może ktoś przedsiębiorczy i odważny uświadomi sobie, że przerwana przez wojnę kariera piwa „Drozdowskiego” oparta była na rewelacyjnym smaku źródlanej wody spod Łomży. Na tym i na solidnej tradycji można oprzeć kontynuację nowego „instytutu wód mineralnych”, oby kolejnej wizytówki turystycznej miasta i Ziemi Łomżyńskiej.

Bolesław Deptuła
śr, 29 września 2010 15:37

Portret

W  schematycznych wizerunkach na monetach pierwszych Piastów, dopatrujemy się wyobrażeń polskich władców... W okresie Gotyku - jak pisze Szwagrzyk („Portrety na monetach i banknotach polskich" Ossolineum) - mennictwo polskie nie znało wizerunku panującego, wybijając „wyłącznie imię, tytulaturę w legendzie i wyobrażenie korony”. Dopiero w dobie Odrodzenia portret powraca. W nowym stylu, w duchu antycznym. Docenia się artystów, a ci starają się, aby wiernie skopiować rysy władcy. Pierwsze prawdziwe portrety pojawiły się w czasach Zygmunta I, który władał Polską przez 42 lata i był przedstawiany na monetach w różnych etapach starości. Bywało jednak przy kolejnych władcach,  że wizerunek królewski przedstawiano w jednym korzystnym portrecie przez cały okres opanowania, bywało też, że po opublikowaniu wizerunku króla w podeszłym wieku - już następne portrety królewskie retuszowano, odmładzano. Pięknym przykładem miniaturowych dzieł sztuki portretowej są wizerunki  króla Zygmunta III , którego artyści rytownicy sportretowali w ogromnej ilości odmian i w różnym wieku. Oto wysokiej klasy artystycznej renesansowy portret powiększony z awersu orta gdańskiego sprzed 400 lat, egzemplarz ze skarbu monet znalezionych pod Łomżą. Zdumiewa precyzja szczegółów na zaledwie 3 cm średnicy: indywidualne cechy, modny strój zakończony koronkowym kołnierzem, order Złotego Runa z ozdobnym łańcuchem i korona wysadzana szlachetnymi kamieniami…

Bolesław Deptuła
wt, 14 września 2010 21:54

Kufel

W muzealnym Dziale Sztuki, w zbiorze kufli, jest ciekawy wyrób niemiecki z kamionki, z końca XIX wieku. Egzemplarz wysokości 19 cm, poj. o,5 l. ozdobiono scenką z bawarskim tańcem ludowym, którego nazwę: Schuhplattler umieszczono u podstawy kufla. Całą scenkę rodzajową udało się metodą cyfrową ze ścianki naczynia rozwinąć na fotografii - w załączeniu. Za tancerzem umieszczono drzewo, z którego pnia wyrasta ucho kufla w kształcie poskręcanych gałęzi chmielu. Jeden z biesiadników siedzi za stołem paląc długą fajkę i przygrywając na cymbałkach - wg Glogera „powszechnie używanych niegdyś w całej środkowej Europie”. Nazwa słynnego tańca - z alpejskich regionów Austrii oraz Bawarii - wywodzi się od trzaskania obcasami. Ścigano się kto głośniej uderzy butami, kto wyżej podskoczy, trzaśnie w uda. Taniec znany od XVII  wieku praktykowano szczególnie zimą w górach przy wyrębie drzew, urozmaicając sobie wieczory w chatach dla rozgrzania się i rozrywki. Niektóre kroki taneczne miały naśladować tokujące głuszce… W Niemczech, gdzie szczególna celebracja spożywania złocistego napoju zaowocowała pojawieniem się różnorodnych kufli  o specjalnych nazwach i bogatym zdobieniu, wyposażonych także w przykrywki - ulubioną pamiątką np. kończących służbę wojskową było zamawianie kufli zdobionych herbami regimentów i scenkami z życia… Kolekcjonerzy mają w czym wybierać.

Bolesław Deptuła
śr, 01 września 2010 18:02

Przepiórka

Wędrując po Mazowszu Łomżyńskim można natknąć się na relikty, zdawałoby się, wymarłych obyczajów… Był upalny  dzień po żniwach - szykowałem się właśnie do sfotografowania snopków zboża, ciągnących się rzędami, niczym miniatury piramid, po horyzont. Mogłoby się zdawać, że ugięte pod własnym ciężarem złote kłosy w snopach, to odwieczny, więc niezmienny widok, tak oczywisty jak błękit nieba. Trudno było sobie wyobrazić, że jeszcze w tym pokoleniu mechanizacja odmieni charakterystyczny krajobraz i już w Polsce nie zobaczymy snopków zboża układanych w dziesiątki… Nagle ujrzałem wzruszającą konstrukcję. Nie do wiary - to co Gloger opisywał w 1900 r. w swojej Encyklopedii Staropolskiej pyszniło się żywotnością obyczaju, czynionego nie  dla atrakcji turystycznej ale przez pamięć Ojców … Przypadkowy, samotny wędrowiec zobaczy starannie ułożony krzyż z kłosów - duchową łączność żniwiarzy. „Przepiórką”- jak pisał Gloger -„ zowie lud ostatnią garść zboża niezżętego w końcu pola. Kępkę taką kłosów podczas wicia wieńca dożynkowego związują żniwiarki u góry, dołem zaś oczyszczają ziemię z chwastu i na płaskim kamyku kładą pośrodku kawałek chleba. Wszystko to robią jak każe odwieczny symboliczny zwyczaj, aby zboże było tak czyste w roku przyszłym i chleb z tegorocznego wystarczył do żniw następnych, a przepiórka miała ziarno dla siebie.” W Kalendarzu Polskim Józef Szczypka odnotowuje zabawy związane z tym mazowieckim „strojeniem  przepiórki”: otóż chwytano za ręce i nogi jakąś dziewczynę po raz pierwszy biorącą udział w żniwach i przeciągano po rżysku, wokół gotowej „przepiórki” - jak pisze: „symbolicznie tym zaznaczając, iż prawdziwe przepiórki – a znajdowano je nieraz w zbożu – to ptaki nietykalne.”

Bolesław Deptuła
pon, 16 sierpnia 2010 10:26

Młyn

Był groźną przeszkodą na Pisie, o czym boleśnie przekonał się słynny Melchior Wańkowicz, któremu właśnie ten młyn z Dobregolasu przerwał reporterski spływ Krutynią , podczas zbierania materiałów do książki „Na tropach Smętka”. Wędrówkę z córką Martą przez Prusy Wschodnie  (oboje w składanym kajaku na zdjęciu z I wydania książkowego w 1936 r.) zakończył w ten nieszczęsny dzień w ciągłym deszczu i sztormowym wietrze, 10 km przed ujściem Pisy do Narwi. Pisze Wańkowicz: -„..spostrzegam młyn. Nim się mogłem zastanowić, czy nie lepiej będzie obnieść kajak, wartka woda przynosi mnie tuż (…) Słychać trzask drewnianego szkieletu, na którym rozciągnięta jest guma. Kajak całą prawą burtą przechyla się pod prąd (…) We wnętrze wbuchają tony wody (…) Czuję, że przemożny żywioł mną włada i przejmuje mnie strach o dziecko. Zamiast wypływać, szukam ślepymi  rękami w wodzie. To mnie gubi. Pozostaję w wirze (…) dzieciak nie stracił ułamka sekundy (…) wyszedł z wiru łatwo (…) zaginęły lub wypowiedziały posłuszeństwo jedynie trzy przedmioty, które pochodziły z Niemiec: motorek Sachs, wieczne pióro Pelikan i aparat Rolleiflex”. Wrócili koleją , a wyprawa miała się zakończyć uroczyście na przystani klubu wodnego w Warszawie... Młyn z Dobregolasu to dziś wartościowy przykład dawnego budownictwa  przemysłowego, kiedyś bardzo licznego w polskim krajobrazie. Np. wg lustracji z XVI w. aż 17 młynów pracowało w okolicach Nowogrodu, głównie tzw. pływaków...Ten młyn z ogromnym kołem podsiębiernym o średnicy 6 m i 10 skrzydłach, ulokowany został w 1967 r. w Skansenie Kurpiowskim u wylotu wąwozu, na brzegu  Narwi w Nowogrodzie - unieruchomiony niczym bezsilny wieloryb wyrzucony na brzeg. Wg Jadwigi Chętnikowej powstał „z początkiem XIX w, był kilkakrotnie przebudowywany: po Powstaniu Styczniowym i po I Wojnie Światowej”. Na świetnej fotografii Zygmunta Dudo widać w jaki sposób młyn przegradzał Pisę w Dobrymlesie, jak utrudniał żeglugę… (Oryginalny negatyw w zbiorach Pracowni Fotograficznej Muzeum Północno-Mazowieckiego w  Łomży.)

Bolesław Deptuła
wt, 03 sierpnia 2010 22:32

Grunwald

Zanim trafił do Muzeum, 5o lat przeleżał w zbiorach prywatnych ten komplet cegiełek na Fundusz Grunwaldzki. Są one przykładem osobliwej wojny propagandowej toczonej przez władze PRL-u przeciwko Kościołowi, gdy ten przygotowywał się do obchodów Tysiąclecia Chrztu Polski. Wymyślono wówczas kontr-obchody Tysiąclecia Państwa, a swoistym wstępem do zawłaszczenia historii miała być 550 rocznica obchodów bitwy pod Grunwaldem. Postanowiono zorganizować Zlot Młodzieżowy i wznieść pomnik na polu bitwy. Przygotowania zaczęto 2 lata wcześniej, w 1958 r.: Front Jedności Narodu wyemitował cegiełki po 5,10, 20 i 100 zł na Fundusz Grunwaldzki. Na uroczystości zjechało ok. 30 tys. osób ze Związku Harcerzy, Młodzieży Socjalistycznej, Wiejskiej i Zrzeszenia Studentów, dla których przygotowano obok „służby społecznej” także „seminaria polityczne”. Po odsłonięciu pomnika z twarzami rycerzy zwróconych celowo na zachód, młodzież złożyła ślubowanie jedności w służbie narodu, socjalizmu i pokoju. Ślubowano też walkę ze wstecznictwem, ciemnotą  i zacofaniem - czego symbolem oczywiście był Kościół, wg partii rządzącej. Mało znanym faktem historycznym jest ustanowienie decyzją króla Władysława Jagiełły dnia zwycięstwa 15 lipca (święto Rozesłania Apostołów) - pierwszym świętem państwowym w polskiej historii, obchodzonym niezwykle uroczyście aż do III rozbioru Rzeczpospolitej.

Bolesław Deptuła
so, 17 lipca 2010 14:08

Płatnerz

Jest w zbiorach Muzeum cenny eksponat: „Katalog czasowej wystawy sztuk pięknych w Łomży” z 1898 roku. Oto strona ze spisem wyposażenia rycerskiego, które mieszkańcy miasta mogli obejrzeć na wystawie…. niczym przegląd  rynsztunku z czasów słynnej bitwy pod Kłuszynem 4 lipca 1610 r - pod względem znaczenia dla Polski godnej przypominania jak zwycięstwo spod Grunwaldu. Żeby lepiej wyobrazić sobie co pokazano  w Łomży, przypomnijmy wygląd hełmu husarskiego wg rysunku z „Encyklopedii staropolskiej” Glogera z 1900 .r Bez wątpienia dawne wyroby pracowni płatnerskich  były dziełami sztuki - i pod takim pretekstem można było prezentować  pamiątki  patriotyczne dla „pokrzepienia serc” w czasach zaborów i cenzury rosyjskiej. Ale dlaczego dziś, już w niepodległej Polsce, nie nadano odpowiedniej rangi okrągłej rocznicy 400 lat zwycięstwa pod Kłuszynem ? Nasz honor ratują miłośnicy historii organizując inscenizację słynnej bitwy z udziałem rekonstruktorów z USA, Rosji, Czech i tylko w mediach za mało przypomina się młodym pokoleniom, że historia Polski to nie „same klęski” - jak od lat nam wmawiano. Być może trzeba założyć Muzeum poświęcone bitwie aby przywrócić  Kłuszyn zbiorowej pamięci - podobnie jak z Muzeum Powstania  Warszawskiego: dopóki ono nie powstało, świat znał tylko jedno Powstanie - w gettcie… Dalsze milczenie będzie dowodem zwycięstwa obcej i skutecznej  propagandy w polskich w umysłach. Czy mamy się wstydzić, że pod Kłuszynem rozgromiliśmy ok. 6-krotną przewagę połączonej armii rosyjsko - szwedzkiej ? Że to umożliwiło zdobycie Moskwy ? Że za zgodą bojarów na Kremlu ukoronowano polskiego królewicza na Cara Rosji ? To raczej dowód zręczności polskiej sztuki wojennej i dyplomatycznej w tamtych czasach… Nie byłoby zwycięstwa bez płatnerzy, mistrzów rękodzieła wyrabiających wspomniane „pancerze, karaceny, szyszaki, przyłbice, kolczugi, misiurki, tarcze, całe żelazne rynsztunki na jeźdźca i konia” - jak pisze Gloger  w Encyklopedii Staropolskiej i wylicza 18 miast - w tym Łomżę - gdzie były niezbędne dla wojska  pracownie: „rękodzielnie, w których nieraz biegły rysownik, rzeźbiarz i złotnik brali udział w ozdabianiu zbroi rycerskich.” Jak mogła wyglądać  pracownia płatnerza zobaczmy na rysunku Jana Czesława Moniuszki (1853 -1908); źródło: „Księgi Jazdy polskiej” Warszawa, 1938 r. Dzisiejszy rzemieślnik- amator z pokorą przyznaje, że odtworzenie dla kolekcjonera hełmu husarskiego to miesiąc pracy…

Bolesław Deptuła
pt, 09 lipca 2010 07:00

Rękopis

Znawcom tematu i poszukiwaczom przygód nazwisko Bohdana Guerquin (1904 -79), od razu skojarzy się z bestsellerem „Zamki w Polsce”. To imponujące źródło wiedzy o blisko 500 budowlach warownych, długi czas jedyne, wyszło spod pióra wybitnego znawcy średniowiecznej architektury, wykładowcy na AGH w Krakowie, który tuż po II wojnie światowej pełnił funkcję Kierownika Odnowienia Zamku na Wawelu. Tym cenniejszy jest jego rękopis z 1929 roku (7-kart) z autografem, który trafił 2 lata temu do zbiorów łomżyńskich; tym milszy temat: „Kościoły gotyckie na Mazowszu Łomżyńskim”, gdzie autor nie stroniąc od emocji pisze: „Piękne to były kościoły. Najpiękniejszym zaś chyba kościół farny, dziś katedralny w Łomży.” Tu podstawowym budulcem jest cegła - jak pisze: „dobrze wypalona, wymiarów większych aniżeli dzisiaj wyrabiane” która „jako materiał w poważnym stopniu wpłynęła na konstrukcję”. Nic w tym dziwnego „przecież na Mazowszu nie ma kamieniołomów, a jest pod dostatkiem dużo gliny no i piasku”. Chociaż „idealnym kościołem na owe czasy była bazylika” z oknami środkowej nawy nad dachami dwu bocznych, zaniechano takich projektów, wymagających wysokich ścian środkowych (na południu Polski z mocnych słupów kamiennych). Pisze Gurquin: „Krucha cegła nie nadawała się na to, budowa zaś takich ceglanych słupów nadmiernie zacieśniałaby wnętrze.” Dlatego też większość świątyń na północy Polski zbudowana była „systemem hallowym, to znaczy, że wszystkie 3 nawy są jednakowej prawie wysokości, światło zaś do nawy środkowej dostaje się przez nawy boczne… Cegła, jako materiał wpłynęła i na sklepienia. Gotyckie, krzyżowe sklepienie składało się z dwóch elementów: zasadnicze - żebra ciosowe (przyjmujące cały ciężar) i tzw. żagle (zapełniające przestrzeń między żebrami)…Dalszym etapem rozwoju właśnie takich sklepień są tzw. sklepienia kryształowe, często spotykane na Mazowszu… Dzięki cegle też rozwinęły się tak wspaniale szczyty kościołów mazowieckich - z umiejętnym zastosowaniem światłocienia.” W podobnym duchu spisał Guerquin uwagi o 6-u dalszych kościołach gotyckich w okolicach Łomży. Dla uzupełnienia na fotografii, ze zbiorów Muzeum przykłady XVI- wiecznych cegieł gotyckich z Łomży: kształtówki pełniące funkcje dekoracyjne - podobne można do dziś oglądać na absydzie katedry od strony ul. Giełczyńskiej.

Bolesław Deptuła
wt, 15 czerwca 2010 08:44

Laski

Wykonane ozdobnie, ale do celów użytkowych: długie od 85 cm do 1 m. Laski - inaczej kije lub kociuby - na Kurpiach wchodziły także w skład ekwipunku pasterzy pilnujących koni i bydła na pastwiskach. Artystyczne wykończenia to przykłady poczucia piękna, zaradności, duchowości, co zawsze było i jest składnikiem kultury kurpiowskiej. Różnorodne, rzeźbione zakończenia lasek to przegląd nie tylko puszczańskiego środowiska, także wieloznaczne aluzje do rzeczywistości; np. jak tłumaczył znany rzeźbiarz Konstanty Chojnowski z Jankowa Młodzianowa - laska z zaciśniętą pięścią i kciukiem ułożonym na znak „figi” symbolizowała stosunek ludności do hitlerowskiego okupanta. Na laskach jest także galeria główek ludzkich, m.in. brodatych patriarchów lub szatana o dwóch twarzach. Wreszcie cała menażeria zwierząt, zwłaszcza z kręgu łowieckiego, pasterskiego i hodowlanego. Zachował się w łomżyńskim Muzeum wartościowy artystycznie zbiór, który uzupełniają oryginały rysunków założyciela placówki Adama Chętnika. W załączeniu kilka przykładów. Od góry: w/g rysunku i opisu Chętnika - wiewiórka i ptak; niżej „wąż połyka żabę” oraz „puszczyk w garści”. Na fotografiach od lewej: główka kozła z naturalnie ukształtowanej karpy jałowcowej; obok laska z główkami trzech psów - z sękatego jałowca opalanego w ognisku, XIX wiek. Dla porównania laska rzeźbiona w 1960 r.: pies w obroży, z jaszczurką - wyrzeźbione w gruszy przez Adama Kowalewskiego ze Szczepankowa…

Bolesław Deptuła
wt, 25 maja 2010 16:31

Winchester '95

Zgłosił się do dyrektora Muzeum pewien łomżanin od wielu lat mieszkający w USA z pytaniem, czy jest nadal w zbiorach wielostrzałowy karabin amerykański. Z rozrzewnieniem wspominał, jak dzieckiem będąc widział go w gablocie, z podpisem: Winchester, w starej siedzibie Muzeum na Sadowej. Wyobraźnię rozpalały wówczas książki o Dzikim Zachodzie, do kin ciągnęły tłumy na westerny - ozdobniki szarzyzny PRL-u, a w czarno-białej TV leciała „Bonanza”, którą właśnie teraz w kolorze powtarza TVP. Kowboje wywijają tam, niczym lekką zabawką Winchesterami zwanymi „yellow boy”, z racji błyszczącej jak złoto blachy miedzianej wokół magazynku z amunicją. Ale egzemplarz łomżyński to nie ta pierwsza konstrukcja z 1866 r. ani ulepszona wersja rozsławiona filmem „Winchester’73” tylko model 1895: ostatni projekt karabinu Johna Browninga - na zamówienie carskiej armii rosyjskiej. Winchester'95 wziął udział w I Wojnie Światowej, trafił też (śladowo) do wyposażenia odrodzonego Wojska Polskiego. Jeden z nich zakończył swą wędrówkę w Starej Łomży, skąd znalazca przyniósł go do Muzeum w 1968 r. Wiele ciekawych szczegółów technicznych miłośnicy Winchestera znajdą w internetowej, z pasją prowadzonej „Wielkiej Encyklopedii Uzbrojenia 1918 – 39”.… Zagadką pozostaje, jak Winchester ’95 trafił nad Narew..

Bolesław Deptuła
pon, 03 maja 2010 09:33

Szóstak

Szóstak koronny z wizerunkiem Króla Jana III Sobieskiego…Króla Polski, który tytułował się Wielkim Księciem Litewskim, Pruskim, Ruskim, Mazowieckim, Smoleńskim, Kijowskim, Podlaskim, Wołyńskim itd. Dobrze zachowany egzemplarz z 1680 r. o średnicy 25 mm, ze skarbu znalezionego w okolicy Łomży i podarowanego do zbiorów muzealnych. Wybity w mennicy bydgoskiej 3 lata przed wiktorią wiedeńską. Co zwykły obywatel ówczesnej Rzeczpospolitej mógł nabyć za szóstaka (czyli 6 groszy)? Wg katalogu Szwagrzyka: np. 2 koguty. Wg katalogu Kałkowskiego szóstaki i orty koronne to główne nominały monetarne Jana III. Kursowały obok trojaków, talarów i dukatów koronnych, niestety wśród dużej ilości monety obcej, spośród której "najwięcej szkody przynosiły mało wartościowe talary niderlandzkie". Jan III Sobieski zastał Kraj zalany podłą monetą ( w większości oszukańcze tymfy i miedziane boratynki). Spotkanie z handlarzami było wówczas mordęgą, gdy na co dzień nosiło się w sakiewce, jak współczuje Kałkowski: „prawdziwy zbiór numizmatyczny”, praktycznie o umownej wartości. Za 1 grosz dawano 3 szelągi. Za jedną marną boratynkę trzeba było dać aż 4 „wołoskie pieniądze” ( z fałszerskiej mennicy mołdawskiej na Bukowinie). „Cały ten śmietnik - dodaje Kałkowski - zalewa za Jana III bezwładną Rzeczpospolitą, powodując trudne do opisania zamieszanie gospodarcze”…Ile  zabiegów monetarnych, starań dyplomatycznych, sojuszy aby mimo wszystko  Rzeczpospolita mogła trwać w obronnym pogotowiu wojennym. Więcej: aby Król nie zważając na trudności mógł objawić swój talent dowódcy i zwyciężyć pod Wiedniem…

Bolesław Deptuła
śr, 14 kwietnia 2010 18:46
Data ostatniej edycji: 2010-04-14 18:53:40

Turki

Gdyby nie patriotyzm polskich wsi i małych miasteczek pielęgnujących najstarsze tradycje -  stracilibyśmy już dawno wiele pięknych zwyczajów. Przykładem tzw. Turki Wielkanocne. Na przedwojennych fotografiach Adama Chętnika możemy prześledzić moment formowania egzotycznej Straży i wnętrze kościoła w Nowogrodzie z wielkanocną wartą przy Grobie. Ciekawe, że zamiast pokazać rzymskich legionistów Piłata, chętniej przypominano poprzez przebierańców jedno z naszych piękniejszych zwycięstw: pokonanie Turków pod Wiedniem. Jak głosi legenda, to Polacy wracając w zdobycznych ubiorach z odsieczy wiedeńskiej wprowadzili ten zwyczaj, dołączając do Straży przy grobach wielkanocnych. Bez wątpienia jednym z ważniejszych celów tej barwnej maskarady było odwołanie się do patriotyzmu "dla pokrzepienia serc" w ponurych czasach niewoli, którą zgotowali nam zaborcy zjednoczeni po to, by wymazać Polskę z mapy Europy. Jestem pewien, że w niejednym domu polskim ( tak jak w moim rodzinnym) powtarzano ze wzruszeniem opowieść, jak to z wielkim szacunkiem sułtan turecki darzył walecznych Polaków i po rozbiorach nie zburzył budynku polskiej ambasady; zwykł też pytać podczas audiencji generalnej: - „A gdzież jest poseł z Lechistanu ?” na co niezmiennie podawano dyplomatyczną odpowiedź : -„Poseł Lechistanu nie przybył !” Czy dumna Turcja chciała taką demonstracją upokorzyć ówczesną Rosję ?  Wzruszenie opowiadających wzbudzał fakt, że Turcja nigdy nie uznała rozbiorów Polski… Był to także szacunek Turcji wobec dawnego sąsiada: Rzeczpospolita graniczyła przed wiekami z Imperium Otomańskim, mieliśmy wspólną historię bardzo bogatą i długą...

Bolesław Deptuła
wt, 30 marca 2010 23:37

Kordelas

W 1966 r. za czasów Adama Chętnika, pewien rybak z Łomży przekazał do zbiorów Muzeum kordelas myśliwski, długi na 54 cm, jak odnotowano: „wydobyty z dna Narwi przy budowie mostu k/ Piątnicy…” Efektowne zdobienia o tematyce łowieckiej wskazywałyby na paradny charakter tego egzemplarza. Wstępnie datowany na XVIII wiek. Taki rodzaj broni kłutej służył dobijaniu postrzelonej zwierzyny grubej - używanie go dowodziło męstwa i nieraz na polowaniu kończyło ostatnią szarżę dzika lub niedźwiedzia oko w oko z myśliwym. Rękojeść z poroża jelenia zdobią mosiężne żołędzie, a jelec w kształcie kopyt zwierzęcych uzupełnia tarczka w kształcie muszli, opierająca kordelas na pochwie przymocowanej do pasa… To odmiana staropolskiego korda, krótkiej białej broni. Jak twierdzi Gloger Polacy nie uznawali sztyletów, jako broni skrytobójczej a więc hańbiącej rycerza - woleli nosić proste ostrza na tyle długie, by mogły być noszone jawnie u boku, jako miecze.

Bolesław Deptuła
nie, 21 marca 2010 11:03

Książę

Z czasów Księcia Janusza I Starszego mamy w zbiorach Muzeum w Łomży 2 efektowne zabytki z wykopalisk: guzik ze srebra i sprzączkę z brązu. Ile jeszcze kryje ziemia pod miastem? Ocaleje niewiele, jeśli ostatecznie nie przeprowadzi się planowych wykopalisk z miejsc najbardziej zagrożonych rozbudową. Dziś myśli się jedynie o turystycznym wykorzystaniu postaci Księcia w formie pomnika przed ratuszem. Dobre i to, tylko dlaczego pominięto publiczną dyskusję z fachowcami w kwestii najlepszej formuły przygotowań, kształtu i ostatecznej lokalizacji ? Profesjonalizm wymaga przeprowadzenia przy tak poważnym przedsięwzięciu ogólnopolskiego konkursu na projekt pomnika… Czy nie jest lekceważeniem mieszkańców narzucanie już gotowej wizji „rozmamłanego geodety z cyrklem” i białostockiego wykonawcy ? Kronikarz Jan Długosz pisał o Księciu: -„To był człowiek przezorny i obrotny, wyznający zasadę, że nigdy nie należy pomijać nadarzającej się okazji”. Na razie ktoś cynicznie chce wykorzystać okazję, aby nie powstał dobry pomnik księcia z Warszawy, władcy Podlasia i rycerza walczącego pod Grunwaldem, który często gościł nad Narwią o czym świadczy choćby liczba dokumentów wystawionych przez niego w Łomży. Zachowały się wizerunki Księcia  zwycięskiego - wyzwalające energię i wzmacniające łomżan w odzyskiwaniu należnego miejsca, zgodnie z bogatą historią, której niektórzy nam zazdroszczą i chcą ją pomniejszyć za wszelką cenę. Jest kilka pieczęci z wizerunkiem księcia w zbroi oraz kształtem orła mazowieckiego. Wielotomowe „Dzieje Polski Ilustrowane” prof. Augusta Sokołowskiego wydane 110 lat temu, zamieściły rys. Gersona z postacią Księcia Janusza podczas nadania praw miejskich Warszawie (fragm. w załączeniu)…Nasz Książę urodził się ok. 1346 r. Władał ziemią: warszawską, nurską, liwską, łomżyńską, ciechanowską, wyszogrodzką i zakroczymską, a od 1391 r. spornym Podlasiem - dożywotnio, z nadania królewskiego. Swoją główną siedzibę z Czerska przeniósł do prężnie rozwijającej się Warszawy, gdzie postawił zamek, najstarszą część późniejszego Zamku Królewskiego. Przeprowadził gruntowne reformy gospodarcze, lokując na prawie niemieckim 24 miasta (w tym Łomżę 15 czerwca 1418 r.) Długowieczny Książę zmarł  w grudniu 1429 r. a jego szczątki złożono w kościele św. Jana w Warszawie...

Bolesław Deptuła
śr, 17 lutego 2010 15:57

Styczniowe

W styczniu 1967 r. do Muzeum przyniesiono potłuczoną butelkę wypełnioną papierami. Znaleziono ją przy „rozkopywaniu fundamentów budynku b. Guberni  Łomżyńskiej”. Zanim rozpadły się zbutwiałe fragmenty cienkiego, bibułkowego papieru, ówczesny fotograf  Zygmunt Dudo zdążył znalezisko uwiecznić. Ze zdjęcia można odczytać tytuły prasowe Powstania Styczniowego, dla uwiarygodnienia autentyczności sygnowane odciskiem pieczęci: „Drukarnia Rządu Narodowego”: m.in. gazeta „Głos Kapłana Polskiego” (dla duchowieństwa), „Ruch” (popularyzacja  „obozu czerwonych”- radykałów przygotowujących Powstanie ), broszura „Zbiór pieśni pobożnych”. Zachowały się fragmenty tych tekstów i…medalik. Opis analogicznego egzemplarza znalazł się w rewelacyjnym „Katalogu medali religijnych” dr med. T.Rewolińskiego, którego dzieło w reprincie po 100 latach znowu staje się kopalnią wiedzy o  tej niedocenionej dziedzinie narodowych pamiątek. Przy napisie „Boże zbaw Polskę” jest wizerunek złamanego krzyża ale i orła z nowym krzyżem i gałązką palmową - dla wzmocnienia spragnionych wolności Polaków. Niewielka rozmiarem, potężna duchem pamiątka - owal  20 x 17 mm - dotyczy wydarzeń  rewolucyjnych w Warszawie „25 -27 lut. 8 kwiet. 1861” - jak głosi napis na awersie. Wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z Dzieciątkiem w koronach, otaczają  promieniście aureole i 11 gwiazd. Pomiędzy krzyżem i gałązką palmową cierniowy wieniec… 27 lutego to data, kiedy na ulicy warszawskiej pojawiła się krew 5 poległych… Medalik roznoszony przez emisariuszy w warunkach konspiracyjnych, zapewne wzmacniał wieści: wyjaśniano, że daty dotyczą rozpędzenia przez Rosjan demonstracji patriotycznej z okazji 30 rocznicy bitwy o Olszynkę Grochowską oraz salw rosyjskich wobec manifestantów  (pierwsza, tak krwawo stłumiona manifestacja i pogrzeb 5 poległych przeistoczony w ogromny wybuch solidarności)…Na szczęście takie same druki z 1863 r. są  w dobrym stanie w zbiorach Biblioteki Narodowej. Jak twierdzą znawcy, pojawienie się w tak zróżnicowanej  formie znacznych ilości prasy powstańczej było fenomenem - nigdzie na świecie nie zaistniało podobne zjawisko. Powstanie Styczniowe było najdłużej trwającym i najbardziej masowym ruchem niepodległościowym XIX w. Zawiodły rachuby: nie wybuchła rewolucja w Rosji, na co liczyli „czerwoni” ani wojna europejska, na którą liczył „obóz białych” (oddzielna konspiracja ziemiaństwa, arystokracji, bogatych mieszczan postulujących uwłaszczenie chłopów i odsunięcie  na później Powstania)… Godne refleksji jest to, co pisano w powstańczej prasie o zgubnej orientacji prorosyjskiej: ”Jeśli nas więzi, łupi, morduje… to powiada, że dla naszego dobra to robi… Dwoma rodzajami broni walczą z nami nieprzyjaciele: siłą i zdradą… zawsze rozbrojeni zostaliśmy jego przewrotnością, łatwowiernością naszą”. Wybuch Powstania Styczniowego poprzedził okres marazmu, potem 7 lat narastania gniewu i nastrojów patriotycznych. Nadzieje obudziła śmierć Mikołaja I. Nowy car Aleksander II przybył w 1856 r. do Warszawy, entuzjastycznie witany przez społeczeństwo oczekujące  reform, ale zmroził wtedy  Polaków słynnym zdaniem: -„Żadnych marzeń !”...

Bolesław Deptuła
so, 06 lutego 2010 21:59

Sopel z Haiti

Bursztyn bałtycki jest najbardziej znany, ale przecież ma liczne, jak to pięknie określiła prof. Barbara Kosmowska-Ceranowicz: „rodzeństwo, mniej lub bardziej bursztynopodobne” wśród żywic kopalnych, których jest ”ok. 60 rodzajów na całym świecie…Bardzo szczególny bursztyn występuje w południowej części wyspy Haiti, należącej dziś do Republiki Dominikańskiej” - pisze Ceranowicz w „Tajemnicach bursztynu”. „Inne są również sople bursztynowe z Haiti” bo jeśli trafi się przeźroczysty, to nawet przez gruby szereg warstw widać dokładnie zwierzęcą inkluzje w głębi - natomiast w bałtyckim, nakładające się warstwy utrudniają widoczność. Wydobywany w górach bursztyn tzw. dominikański, występuje rzadziej niż bałtycki, stąd osiąga ceny wyższe na światowych rynkach - co czyni go niedostępnym dla szerokiego kręgu nabywców. Znajdywane tam inkluzje budzą najwyższe zdumienie, jak choćby miniżabka dł. 9 mm: „ jakby dziś, a nie 25 mln. lat temu wpadła do lepkiej żywicy”... Wyspę odkrył Kolumb w 1492 r. podczas pierwszej wyprawy. Mniej znane są związki z naszą historią; to kawałek wspólnej, w sumie dobrej przeszłości: chodzi o epizod polskich Legionistów wysłanych na wyspę przez Napoleona, oraz ich potomków o polsko brzmiących nazwiskach, zaciągających się podczas II w.ś. do armii brytyjskiej, bo chcieli walczyć o wolność Polski - czy to nie chwyta za serce ? Ich potomkowie o ciemnej skórze i błękitnych oczach żyją skromnie do dziś w haitańskim interiorze i mają świadomość swego pochodzenia. Rajskie piękno wyspy, śnieżnobiałych piaszczystych plaż wśród palm kokosowych, ma drugą tragiczną stronę życia: niebywałe ubóstwo na co dzień i cykliczne kataklizmy, zmuszające do myślenia z pokorą o zabójczych prawach przyrody… W 2007 r. próbki bursztynu dominikańskiego trafiły do zbiorów naszego Muzeum dzięki Panu Januszowi Fudale, związanemu rodzinnie z Łomżą.

Bolesław Deptuła
śr, 20 stycznia 2010 13:57

Herody

Na Mazowszu znano wszystkie formy ludowego kolędowania: od bardzo archaicznego zwyczaju oprowadzania osób przebranych za zwierzęta, chodzenia z „gwiazdą betlejemską” lub szopką kukiełkową, po cieszące się niezwykłą popularnością tzw. Herody. Grupowe widowiska wywodziły się od intermediów, tj. artystycznych wstawek w czasie średniowiecznych mszy świętych. W XVI w. ten sposób upowszechniania treści religijnych w kościołach został zakazany, więc został przejęty przez osoby świeckie, żaków i wędrownych aktorów. Na wsi nadano mu specyficzny, odrębny koloryt. Akcja dotyczyła okrutnego rozkazu Heroda, który skazał na rzeź niewiniątka, sądząc że w ten sposób pozbędzie się Jezusa, przyszłego Pana Świata. Śmierć ścinała za to Herodowi głowę, a Diabeł wynosił go do piekła. Gloger widział w tym „danse macabre” - naszą wersję tańca Śmierci średniowiecznej; cóż tego, że Herod „miał cały świat z gwiazdami pod swojemi nogami” i nie lękał się niczego, oprócz ”Dziecięcia, co to miało się na lichym sianie w żłobie narodzić”. Przedstawienie odtwarzane od Trzech Króli do Matki Boskiej Gromnicznej - do 2 lutego, pełne były lokalnych aktualności, np. żołnierze Heroda występowali w uniformach ułańskich, śpiewali patriotyczne pieśni itd. Zdjęcia powstały w 1968 r. gdy rozpoczynałem pracę w Muzeum w Łomży. Ówczesna kierowniczka Pani Jadwiga Chętnikowa wysłała mnie na Kurpie, abym sfotografował zespół Herodów kolędujących po chałupach wsi Lipniki, w pow. kolneńskim…To była dokumentacja naturalnego teatru wiejskiego we własnym środowisku, jeszcze nie podtrzymywanego sztucznie przez domy kultury.

Bolesław Deptuła
so, 09 stycznia 2010 20:00

Szopka

Oto prawdziwy folklor. Fotograficzny skarb z muzealnego archiwum: unikalne zdjęcie kolędników z Zaruzia pod Miastkowem, wędrujących po Łomży w 1977 r. Nie ma tu łatwizny powielania wielowieżowych „szopek krakowskich”, jest oryginalna konstrukcja wzorowana na architekturze wiejskiego kościoła z Mazowsza. Na prowincji jeszcze tkwią korzenie naszej tożsamości, a rodziny są szansą na przetrwanie dawnych obyczajów w najmniej skażonej formie. Pamiętam, że kolędnicy odśpiewali wielozwrotkową pastorałkę, w którą wpleciono lokalne akcenty, m.in. łomżyniankę z osełką masła…Prawdziwy teatrzyk wędrowny, jeden z kolędników ukryty za szopką poruszał kukiełkami. Jest tu obowiązkowy zestaw figurek - Trzej Królowie i Św. Rodzina. Wzruszająco wykonane, z tego co było pod ręką i oszczędne w formie: Dzieciątko owinięte kocykiem, Matka w wiejskiej chuście na głowie… Najsłynniejsza scena przyjścia na świat, jestem przekonany - będzie inspirować kolejne pokolenia.

Bolesław Deptuła
nie, 03 stycznia 2010 21:38

Inkluzja

To miłe, że wirtualne muzeum jest coraz chętniej odwiedzane: 60 odcinków otwierano 45. 000 razy…Na dobry początek Nowego Roku 2010 weźmy pod lupę maleńki bursztyn (20 x 8 mm) znaleziony na Kurpiach rarytas, w którym jak w pułapce zastygło kilka mrówek sprzed ok. 40 mln lat… Wg R. Kulickiej uwięzione inkluzje zwierzęce to 4 szt Formicidae oraz 2 szt Cicododea. Bursztyn z formy naciekowej: przeźroczysty, żółto - miodowy z wyraźnymi granicami poszczególnych warstw żywicy. Wg maszynopisu Chętnika: „ze wsi Lipniki, pow. ostrołęcki, z r. ok.1800, od bursztyniarza miejscowego”, który obrobił go na kształt koralika ok.1860 roku. Przechowany w rodzinie Górskich, nabyty w 1919 r. przez Adama Chętnika dla Stacji Naukowo-Badawczej w Nowogrodzie, trafił w 1948 r. do Muzeum w Łomży, gdzie w 1978 r. padł łupem prymitywnych złodziei; wrzucony do plastikowego worka po nawozach sztucznych - odzyskany wraz z innymi bursztynami dzięki łomżyńskim stróżom prawa. Po oczyszczeniu zniszczonej powierzchni czeka na zwiedzających….jak dobrze pójdzie za rok, po zakończeniu remontu siedziby Muzeum. Łatwiej to oczekiwanie znieść dzięki wirtualnym spotkaniom z zabytkami.

Bolesław Deptuła
pt, 01 stycznia 2010 00:20

Kawa

Przez długie lata świetne wzornictwo wytwórni platerów Romana Plewkiewicza z Warszawy królowało w mieszczańskich domach…Ten dzbanek do kawy kilka lat temu Muzeum nabyło w łomżyńskim antykwariacie. Na dnie, wokół owalnej sygnatury z nazwiskiem, oznaczono grubość posrebrzenia mosiądzu. Dziobek i ucho dzbanka wykonano z cyny. Jak odnotowała Magdalena Weber: „secesyjne wyroby Plewkiewicza…były odmienne - wykańczano je najczęściej ze stopów cynowych, wśród których dominował Britannia Metall”. Plewkiewicz - kupiec i finansista rodem z Poznania - założył swoją wytwórnię w 1886 roku. Przy ul. Wierzbowej luksusowy sklep oferował, jak głosiły reklamy: sztućce i naczynia oraz nowości ze srebra, brązu, marmuru, niklu itp. W latach rozkwitu firma zatrudniała 200 pracowników i szczyciła się wyposażeniem fabryki w „motor parowy o sile 30 koni” (wg księgi adresowej przemysłu Królestwa Polskiego na 1906 r.) Wytwórnia platerów Plewkiewicza była oficjalnym przedstawicielem na Cesarstwo Rosyjskie firmy WMF (Wurttembergische Metallwaren Fabrik), która w ciągu 20 lat istnienia, ok.1900 r stała się największym producentem i eksporterem wyrobów w stylistyce secesyjnej i działa do dziś. Natomiast firma „Plewkiewicz” po serii kryzysów, ulegając zradykalizowanej załodze ogłosiła upadłość w 1934r. i weszła w skład konkurencyjnej firmy Norblin. Pozostały w obiegu kolekcjonerskim platery - luksusowe galanterie w artystycznym wykonaniu oraz zastawy stołowe i kuchenne - zręcznie naśladujące wyroby droższe a stylistycznie podobne i odpowiadające gustom epoki…Metal i porcelana wciąż się dobrze prezentują i ładnie starzeją. Choćby jeden taki antyk na świątecznym stole dobrze świadczy o gospodarzu. Łatwiej wtedy opowiadać o kawie - czarnym złocie, ponoć ulubionym napoju króla Jana III Sobieskiego. Podobno pierwszą kawiarnię w Wiedniu założył Polak - Kulczycki, po zwycięstwie nad Turkami w 1683 r.- w oparciu o zdobyczne zapasy - następnie spopularyzował dodawanie cukru i mleka. Wielu Europejczyków uważało produkt pochodzenia arabskiego za dzieło szatana, więc potrzebne było wstawiennictwo Papieża, aby ułatwić wejście kawy do świata chrześcijańskiego. Kawa nigdy się nie znudzi i pozostanie pewną tajemnicą: znawcy twierdzą, że olbrzymie zróżnicowanie jej smaków i aromatów zawdzięczamy…grzybom.

Bolesław Deptuła
nie, 20 grudnia 2009 19:31

Ligawki

Niełatwo było wydobyć czysty, przenikliwy dźwięk z ligawki…Dział etnograficzny Muzeum przechowuje 5 okazałych ligawek pochodzących z Dębnik, Kozik i Łomży. Trąby i ligawki dawniej występujące powszechnie zmienił „upadek życia pasterskiego po wsiach. Od ostatecznej zagłady ocalił ligawki zwyczaj grywania podczas adwentu. Czy na długo?”- pisał A. Chętnik. Niestrudzonemu badaczowi zawdzięczamy utrwalenie w rysunkach niebywałej różnorodności tych instrumentów muzycznych, co wobec zniszczeń wojennych stało się bezcennym dokumentem. Oto kilka jego rysunków: 1- ligawka: ”nowoczesny” wyrób z Piątnicy, zrobiona z blachy w 1930 r; 2- z deseczek, spod Śniadowa; 3- drobnej szlachty spod Zambrowa; 4- olszowa wiązana skręconą wikliną ok.1900 r; 5- sosnowa z żelaznymi obrączkami; 6- wierzbowa z Nowogrodu, okręcona smołowanym sznurkiem; 7- sklejona z dwóch wydrążonych połówek korzenia świerkowego z nad Pisy; 8- z kory olszowej zwiniętej w „trąbkę”…Już tylko na fotografiach muzealnych można obejrzeć ostatniego lutnika Bolesława Olbrysia z Dębnik, z ligawkami własnej roboty (zdjęcie z lat 60. Z. Dudo, drugie z 1975 r. B. Deptuła); a mieszkańca Mazowsza Kurpiowskiego w tradycyjnym stroju na rysunku z 1942 r. Bohdana Nowakowskiego. W „Encyklopedii staropolskiej” pisał Gloger: „przez cały adwent na Mazowszu i Podlasiu rano i wieczorem wyszedłszy przed dom na miejsce otwarte, grają na ligawkach tony proste, melodyjne, które w cichy a mroźny wieczór słychać z wiosek dalekich”. Nie był to obyczaj tylko wiejski, oto „w Krakowie podczas adwentu kapela na instrumentach dętych grywała hejnały z wieży mariackiej” - dla przypomnienia Sądu Ostatecznego, a w Zambrowie pod Łomżą podczas pasterki „cała młodzież parafialna grała na wielkich ligawkach przy kościele”…Warto zastanowić się nad żywotnością „pod gołym niebem tylko używanych, może najstarszych z narzędzi muzycznych w Polsce”...

Bolesław Deptuła
so, 05 grudnia 2009 18:58
Data ostatniej edycji: 2009-12-06 11:11:17

Lutnik

Dopiero gdy odchodzą, zdajemy sobie sprawę jaki skarb tracimy. Bolesław Olbryś nie doczekał następcy... Ostatni  na Kurpiach lutnik, był jednym z 8 lutników ludowych w Polsce... Jak napisał w jego biografii H. Gadomski (1985 r): „Chciałoby się, by nie był to ostatni lutnik kurpiowski, by znalazł kontynuatora swojej rzadkiej i pięknej pasji, by mógł przekazać cenną wiedzę, umiejętności i własnoręcznie wykonane narzędzia do budowy instrumentów…” Po ojcu przejął fach ciesielski i stolarski. Zdolnościami Olbrysia interesował się Adam Chętnik, który zatrudnił młodego chłopca do prac przy powstającym Muzeum Kurpiowskim. W Nowogrodzie miał okazję popracować w pracowni lutniczej prowadzonej przez ojca Adama, Wincentego, który wprowadził Olbrysia w tajniki rzemiosła i wielokrotnie namawiał, aby został lutnikiem. Pracownię założył we własnym domu, a jego specjalnością stały się ligawki, których zrobił ok. 100 dla polskich muzeów i Cepelii. Biorąc pod uwagę niewielki zarobek w tej profesji, długotrwały proces tworzenia instrumentów i konieczność szukania innych zajęć dla utrzymania rodziny - fakt wykonania w sumie 15 skrzypiec i kilku basetli jest liczbą niemałą. Sam mistrz lubił grać na skrzypkach i basetli „Marynie”, a razem z żoną Heleną całe życie związani byli z Kapelą Regionalną przy Skansenie, od początku jej założenia jeszcze przed II wojną światową. Olbrysia podczas pracy sfotografowałem w 1975 r.

Bolesław Deptuła
so, 21 listopada 2009 18:56

Tokusei

Wyobraźmy sobie delikatność porcelany… połączenie zmysłów dotyku, smaku, powonienia i wzroku przy nieśpiesznej ceremonii picia herbaty i delektowania się cyklicznością „pojawiania się” na spodeczku malowniczego ogrodu z gejszami. Na odwrocie niespodzianka: znak fabryczny symbolizujący „wschodzące słońce” i… tu trzeba uruchomić zmysł fantazji, by obok, w odbiciu światła z okna ujrzeć na nierównym szkliwie porcelany serię fantastycznych twarzy, przywodzących na myśl maski teatru japońskiego i hełmy samurajów. W sygnaturze fabrycznej ceramiki Tokusei oznaczono nazwę wytwórni - na dwóch dolnych znakach, czytanych od prawej. Górne znaki zawierają formułkę - jeśli wierzyć źródłom angielskojęzycznym - „wykonane specjalnie w Japonii” (Nippon). Sygnatura przechodziła kilka przeobrażeń, ale do zestawu ze zbioru łomżyńskiego przypisana jest wersja występująca w latach 1900 - 30. Dzięki niezmiennej modzie na egzotykę i Łomża ma okazję zetknięcia się z bogactwem wzorów ceramicznych, potrzebą harmonii i piękna na co dzień - jednymi z ważniejszych składników kultury japońskiej. W Polsce moda na „japońszczyznę” przejawiła się najlepiej w słynnej kolekcji „Mangghi” Jasieńskiego (w specjalnym Muzeum obok Wawelu), który - może nie wszyscy wiedzą - związany jest z rodziną słynnych Zachwatowiczów a poprzez nich z łomżyńskim XIX- wiecznym fotografem Tyburcym Chodźką… Jaki ten świat mały.

Bolesław Deptuła
nie, 25 października 2009 17:04

Motyka

W muzealnej kolekcji neolitycznych narzędzi gospodarczych, sprzed ok. 6 - 4 tysięcy lat, znalezionych w okolicach Łomży, są motyki z poroży jelenia i łosia. Różnej wielkości i kształtu, co zależało od dostępnego wówczas surowca, a w rezultacie pełniło odpowiednie do trwałości funkcje podstawowe lub pomocnicze. Otwory na stylisko wiercono okrągłe albo - jak w tym przypadku - podłużne. Prezentowany okaz mógł służyć jako kopaczka do spulchniania ziemi pod siew, choć w razie potrzeby mógł pewnie przydać się także do obrony… Jest interesujący jeszcze z jednego powodu: posiada kilka tajemniczych, podwójnie ciętych ukośnych znaków. Skoro są tej samej głębokości i zgrupowane w jednym miejscu, wskazywałoby to na przemyślane, intencjonalne wykonanie… czyżby właściciel postanowił oznaczać ilość sezonów, w których narzędzie było sprawne ?

Bolesław Deptuła
wt, 06 października 2009 19:14

Jednorożec

Na północ od Łomży, w potężnej niegdyś Puszczy Kurpiowskiej w czasach królowej Bony zbudowano drewniany dwór. Dwukrotnie był niszczony przez pożar, jak ustaliły wykopaliska archeologiczne z 1979 r. Znaleziono podwaliny 3 pieców i resztki kilku pozornie zwyczajnych kafli z wizerunkami zwierząt. Właśnie te pozostałości okazały się prawdziwą rewelacją. Archeolog z Muzeum w Łomży otrzymał do badań niekompletną, nieczytelną kompozycję figuralną: musiał rozpracować ułamki niczym łamigłówkę. Część nie nadawała się do sklejenia. Najmniejszy kawałek z głową mitycznego jednorożca nie pasował do pozostałych. Poszukiwanie analogii w źródłach naukowych dało zaskakujący wynik: okazało się. że w podłomżyńskim gościnnym dworze w leśnej głuszy zachowały się kafle identyczne jak na Zamku Królewskim w Warszawie… Archeolodzy ze Stolicy znaleźli fragmenty bardziej czytelne ( w oparciu o to wykonałem rysunek całego kafla - w załączeniu). Wg M. Dąbrowskiej (w książce o piecach kaflowych w Polsce), tak wyglądały kafle gzymsowe środkowe, wyrabiane w I poł. XVII –wieku. Seria kafli przedstawiających „jednorożce adorujące drzewko życia” miała otaczać piec powtarzającym się motywem i rozdzielać w połowie wysokości jego dwie skrzynie... Jednorożec niósł swoiste przesłanie - zanim fantastyczne zwierzę przemieniło się w ikonografii chrześcijańskiej w znak czystości i mocy, pierwotnie było symbolem seksualności. Najstarszy opis jednorożca powstał w Grecji ok. 400 p.n.e. W sztuce średniowiecza na tkaninach dekoracyjnych i w miniaturach występuje motyw polowania na jednorożca, którego chroni dziewica. Przedstawiano go najczęściej jako białego jelenia z końską grzywą i długim, spiralnie skręconym rogiem na czole - siedzibie ducha… Artystyczna praca sprawnego rzemieślnika z dobrego warsztatu, mogła cieszyć oczy tych samych bywalców dworu, co Zamku Królewskiego w Warszawie.

Bolesław Deptuła
cz, 10 września 2009 22:55

Kopiejka



Jaką tajemnicę kryje kolejna rzadkość z wykopalisk na Wzgórzu św. Wawrzyńca w Starej Łomży? W jaki sposób dotarła tu XVII -wieczna pamiątka obecności Polaków na Kremlu? Czy z kimś miejscowym, uczestnikiem tamtych wydarzeń - pielgrzymującym do kościoła nad Narwią? Znamy niewiele kopiejek „polskiego” cara Władysława: w kilkutysięcznych skarbach zdarzają się tylko pojedyncze egzemplarze. Krótkie były rządy Polaków w Moskwie, więc „krótkie mennictwo”, jak to określił Kałkowski (1974 r.) Soczewiński (1996 r.) opisując dzieje srebrnej kopiejki, rozwiewa propagandowe przekłamania: kiedy w wyniku buntu w Moskwie Wasyl Szujski został odsunięty, władzę przejęła Rada Bojarów i wtedy ”porozumieniem z sierpnia 1610 r. na cara Rosji został nominowany 14 -letni królewicz Władysław, syn króla Zygmunta III - pod warunkiem przejścia na prawosławie i poślubienia Rosjanki. Wojska polskie wpuszczono do Moskwy”...Przy rosnącym niezadowoleniu, rządy Polaków na Kremlu utrzymała polska załoga tylko do 1612 r. Próba Unii z Rosją, podobna do tej, która spajała znakomicie Litwę z Polską, w tym przypadku okazała się kompletną mrzonką, a przecież już w 1600 r. car Borys Godunow przyjął poselstwo polskie z propozycjami unijnymi, które powtórzyli później nasi posłowie Dymitrowi Samozwańcowi - propozycje kusiły elity bojarskie, ale Moskwa uznała Unię za zbyt duże zagrożenie dla swej tożsamości. Ileż wojen można by uniknąć, gdyby wtedy nie obawiano się tak bardzo konfrontacji z wzorcami idącymi z Zachodu?... Kopiejki ukazywały się od czasów Iwana Groźnego (1535 r.) do Piotra I, który w 1718 r. przerwał żywot maleńkich monet stwierdzając dosadnie: „ czas skończyć ze starymi wszami”. Nietypowy kształt wynikał z bicia monety na odcinkach drutu srebrnego, nie mieszczących całego stempla. Łomżyński egzemplarz o wym.13, 1 mm x 10, 8 mm, waży 0,600 g. Na rewersie jeździec z włócznią (całość postaci obok na rysunku ze stempla). Napis po rosyjsku: „Car i Wielikij Kniaź Władysław Żygimontowicz Wsieja Rusi”.

Bolesław Deptuła
śr, 19 sierpnia 2009 10:05

Piwo

ŻĄDAJCIE WSZĘDZIE PIWA DROZDOWSKIEGO ( złote, lagrowe, marcowe, kuracyjne i porter ) - takiej treści reklamę drukowała w 1914 r. na głównej stronie „Gazeta Białostocka” poświęcona także sprawom Ziemi Grodzieńskiej, a w sercu Warszawy przetrwał I wojnę światową na 8-pietrowej kamienicy na Krakowskim Przedmieściu działający na podświadomość potężny napis dwujęzyczny „Złote Piwo Drozdowskie”, czego dowodem fotografia ( w załączeniu ) wykonana podczas defilady 11 listopada z okazji odzyskania Niepodległości. W czym tkwiła tajemnica powodzenia bursztynowego napoju spod Łomży ? W rewelacyjnym smaku źródlanej wody... W Muzeum Przyrody, w dawnym dworze Lutosławskich zachowały się zamówienia z Moskwy i Wilna ale piwo drozdowskie musiało być znane od Azji po Amerykę, skoro zdobywało liczne medale na wystawach: m.in. w Paryżu, Londynie, Wiedniu, Filadelfii. Twórca Browaru, Franciszek Lutosławski ( dziadek słynnego kompozytora Witolda ) okazał się zdolnym przedsiębiorcą i rolnikiem. Gospodarczy rozkwit mocno przyhamowały wojny 1914 i 1920 roku. Żal pisać o próbach wskrzeszenia browaru. Czekając na odważnych następców, wspomnijmy dokumenty: zamówienia z lat 20 -tych realizowane w Fabryce Beczek w Radomiu, etykiety piwne drukowane w Warszawie np. w 1898 r. lub w Zakładach Graficznych w Sosnowcu w 1925 r. itd. Jeśli nie znajdzie się Polak patriota, choćby uczący się długo na własnych błędach, który uzna że to grzech marnować taką tradycję - to doczekamy się obcego kapitału w Drozdowie. Do tego czasu możemy pomarzyć o butelce „Marcowego” z chłodnych piwnic Drozdowa, ale to jak „próżną beczkę obracać” czyli wg polskiego przysłowia - czas marnować. Śpieszmy więc nasycić oczy kształtem dawnych butelek ze zbiorów Muzeum w Łomży, oznakowanych wypukłym napisem „Własność Browaru Drozdowskiego”.

Bolesław Deptuła
wt, 28 lipca 2009 15:55

Krople

Jest w zbiorach Muzeum intrygujący bursztyn przywodzący na myśl grecki mit o Faetonie w wersji Owidiusza: ”..płyną krople krwiste //…mowę ich tłumi kora…łza z drzew płynie // i od słońca stwardniała, trwa wiecznie w bursztynie”... W legendzie pobrzmiewa echo ówczesnego stanu wiedzy, matecznik naturalnego występowania „elektronu” lokujący gdzieś na Północy antycznego świata. Tam zginął Faeton, a bursztynem stawały się łzy rozpaczających sióstr przemienionych w drzewa nad brzegami Eridanu…Zdumiewające, że do dziś nie rozwiązaną zagadką jest rodzaj „bursztynodajnego drzewa”: a dlaczego nie mogło być ich wiele ? Typowano cedr, araukarie, ostatnio modrzewnik, ale najczęściej wskazywano na tajemniczą sosnę - tyle, że np. bursztyn bałtycki zachował szczątki aż 11 gatunków sosen…Ileż procesów miało wpływ na kształt powierzchni twardniejącej żywicy ? Mogły zachować się przede wszystkim odciski struktur szczelin drzewa, gdzie formowała się większość bryłek, jak pisze Ceranowicz („Tajemnice bursztynu”). Niektórzy badacze dopatrywali się również śladów stóp drobnych ssaków, czy to całkiem niemożliwe ? Na prezentowanej fotografii tajemnicze wgłębienia wyglądające jak ślady gwałtownego deszczu… Bryłka ( 7 x 9 cm ) z kurpiowskiej Puszczy Zielonej, to nabytek z 2008 r.

Bolesław Deptuła
so, 11 lipca 2009 17:22

Ort

W zbiorach Muzeum jest kilkanaście gromadnych znalezisk monet, zwanych skarbami, ukrytych w różnych dzbankach, woreczkach, a nawet w kaflach piecowych. Jeden z nich, przypadkowo odkryty pod Łomżą w trakcie prac porządkowych, zawierał w glinianym naczyniu skarb ponad 7oo monet z XVI-XVII w. Zajrzyjmy do niego, aby zaprezentować ort gdański Jana Kazimierza z 1664 r. - rzadkość numizmatyczną wg Katalogu Czapskiego. 20-letnie rządy tego króla to pożegnanie z dobrym pieniądzem, koniec mennictwa opartego wyłącznie na monecie złotej i z dobrego srebra. Okres potopu szwedzkiego, wojny kozackie, regres gospodarczy i brak drobnej monety wykorzystali spekulanci zalewając nasz kraj byle jaką produkcją obcą. Pusty skarbiec i niewypłacone żołdy doprowadziły do świadomego bicia podwartościowego pieniądza, z miedzi i lichego srebra.Trzech nastepnych królów nie było w stanie naprawić tej katastrofy monetarnej. Z tym nieszczęsnym okresem związana jest także zawstydzająca - bez analogii w innych krajach, specyficzna praktyka monetarna, tak zwanych donatyw bitych głównie w złocie, po prostu łapówek Rad Miejskich Gdańska i Torunia, w skład których wchodzili wszak głównie kupcy - jako darów dla króla i dworu w celu uzyskania różnych obietnic, przywilejów...co jak ze smutkiem stwierdzają historycy, utrwaliło się w zwyczaju narodowym...Orty, wprowadzone w 1609 r. w Gdańsku na wzór niemieckiego ortstalara, bito w znacznych ilościach w ciągu całego niemal okresu rządów Jana Kazimierza. Gdańsk chciał zapewnić sobie unwersalną walutę, dobrą do transakcji zagranicznych. Szybko orty przyjęły się w całej Rzeczpospolitej. Zwróćmy uwagę na portret królewski, noszący cechy stylu barokowego. Jest tu bogatsza kompozycja i znaczna ilość charakterystycznych szczegółów, bardziej niż to potrzebne na monetach. Znawcy odnotowali, że długie włosy to własna fryzura Jana Kazimierza. Na rewersie wielki herb Gdańska.
Bolesław Deptuła
śr, 24 czerwca 2009 00:07

Skorupki

Skarbem mogą być zwykłe - a jakże bezcenne dla Łomży - skorupki, jak te z ulicy Rybaki. To najstarsze ślady osadnictwa odkryte na terenie miasta i przykłady sztuki zdobniczej kultury niemeńskiej, sprzed prawie 5 tys. lat ! Ocalone dzięki wstrzymaniu budowy ulicy, bo urzędnicy „zapomnieli” o tym, że ochrona zabytków ma pierwszeństwo przed wszelkimi pracami budowlanymi...Ostatnio znowu archeolog w trakcie przebudowy ul. Długiej ścigał się z koparką... Wciąż nie ma woli dostosowania i ostrego egzekwowania przepisów. Bałagan trwa w najlepsze: 20 lat po zmianie ustroju i świadomości obywatelskiej...Czasem oburzamy się na brak swobodnego  zwiedzania  grodzisk, ale dlaczego nie są one w rękach Państwa Polskiego, a wciąż na łasce: np. parafii (więc pewien ksiądz sadzi kartofle, jest tak na Ziemi Łomżyńskiej niestety) albo wspólnoty ze Starej Łomży, która nie zgadza się na wycięcie drzew z grodziska, więc korzenie niszczą to, czego archeolodzy jeszcze nie zbadali, itd... Dlaczego nie ma „mądrego przed szkodą”, który reaguje na zmiany cywilizacyjne, np. istną plagę aut terenowych: przydałoby się ograniczenie ich testowania do miejsc wydzielonych, z ostrymi karami za obecność na terenie chronionym. Co zrobić z łatwością nabycia niekontrolowanych tysięcy wykrywaczy metali w rękach "niedzielnych odkrywców”: czy nie lepsza uporządkowana współpraca z naukowcami, ograniczająca szarą strefę dzikich poszukiwań ? Teraz grzech zaniechania wydaje owoce:  bardziej efektowne zabytki, np. neolityczne miecze czasem ujawnią gdzieś internetowe giełdy, ale co z większością rzeczy, które po wyrwaniu z naturalnego środowiska tracą walor dokumentu naukowego i stają się wyrzutem sumienia, ciekawostką lub przedmiotem bez wartości materialnej i historycznej. To jak zniszczyć unikalną księgę, a parę wyrwanych kartek przynieść do Muzeum w oczekiwaniu nagrody. Brak dzwonka alarmowego, że codziennie ktoś celowo lub dla zabawy odsłania i niszczy bezpowrotnie ślady naszej wspólnej historii. Na szczęście rośnie ilość świadomych przyjaciół, którzy miejsca przypadkowych znalezisk zabezpieczają i zgłaszają ten fakt archeologom. Dzięki nim ślady czytelne tylko dla fachowca - jak pozornie zwykłe skorupki- nie znikną bez dokumentacji ...

Bolesław Deptuła
śr, 10 czerwca 2009 20:48

Klosz

Wśród nowych nabytków Muzeum w Łomży znalazł się fantazyjny klosz do lampy naftowej, wysoki na 24 cm. Datowany na  okres międzywojenny. Na białym, zmatowionym szkle wytrawione rysunki: ogar i jeleń w biegu, przedzielone ornamentami z kratką regencyjną, niżej fryz roślinny. Korpus w formie spłaszczonej kuli wieńczy cylindryczny kołnierz o szerokiej, karbowanej i silnie pofalowanej krawędzi. Wyobraźmy sobie wieczór w tajemniczym kręgu światła z takiego klosza, które migocząc ożywia sceny myśliwskie, pobudza wyobraźnię lub wspomnienia. Typowy wyrób, a jednak trudny do przeoczenia. Dekoracyjność elementów konstrukcyjnych w połączeniu z funkcjonalnością tworzy największą wartość z punktu widzenia sztuki, w tym przypadku użytkowej. Życzmy sobie, aby dzisiejsza typowa produkcja była równie miła dla oka.

Bolesław Deptuła
wt, 26 maja 2009 13:25

Św. Benedykt

Ten medalik, interesujący mimo ubytków w cienkiej blaszce z brązu, odnalazł archeolog Antoni Smoliński podczas wykopalisk w 2003 r. na Wzgórzu św. Wawrzyńca w Starej Łomży. Bardzo popularne od XVII w. medaliki św. Benedykta występowały w kilku odmianach. W tym przypadku w oryginalnym kształcie, z powtórzonym zarysem krzyża św. Benedykta. Na odwrocie półpostać pustelnika okrywana peleryną, a w całość wpisana modlitwa w formie inicjałów. Medaliki św. Benedykta były chętnie noszone przez wszystkie warstwy społeczne, ufano, że chronią przed złymi mocami a zwłaszcza wszelkimi zarazami, stąd treść wspólna z modlitwą karawaki. Medaliki św. Benedykta - patrona dobrej śmierci i zmarłych, znacznie częściej znajdowano wewnątrz kościołów, co wynika z wyższego statusu majątkowego osób tam pochowanych. Te drobne pamiątki, najczęściej pochodzące z pielgrzymek i podróży, istniejące na pograniczu różnych nauk w tym etnografii, historii sztuki, religioznawstwa, od niedawna są bardziej doceniane przez archeologów...Postać św. Benedykta jest szczególnie złączona z naszym losem: właśnie On założył w roku 529 klasztor na Monte Cassino, miejscu zroszonym krwią tak wielu naszych żołnierzy z II Wojny Światowej...Jak pamiętamy, wg modlitwy Święty chroni dobro na granicy czasów, gdy nadchodzi kres dawnego porządku, gdy zbliża się nieznane...a że świat znowu ogarnia zamęt i kłamstwo, dla wielu z nas jest ważne, by jego postać zmuszała do refleksji...

Bolesław Deptuła
śr, 13 maja 2009 10:53
Data ostatniej edycji: 2009-05-14 10:59:06

Umbo

Każdemu może przydarzyć się niespodziewane odkrycie, każdy może natknąć się np. przy kopaniu ogródka na tak dziwnie wyglądające przedmioty. To umbo - średnicy ok. 14 cm - metalowe wzmocnienie drewnianych tarcz. Znalezione pod Łomżą efektowne okazy, pochodzą z II wieku.. Pełniły nie tylko funkcję ochronną, czego dowodzi zachowany w starożytnych źródłach opis pojedynku dowódcy Rzymian Titusa Manliusa w bitwie pod Anienum (360 lat przed Chrystusem ). Z przekazu wynika, że Rzymianin podczas pojedynku uderzał swoją tarczą wojownika celtyckiego, wytrącał go z równowagi, a gdy ten osłabiony kolejnym uderzeniem tarczy odsłonił się aby utrzymać równowagę, Manlius zatopił krótki miecz w jego piersi... Ponieważ dla naszej, tak odległej  przeszłości brak źródeł pisanych, poznamy ją tylko pod jednym warunkiem: gdy wydobycie  przypadkowych znalezisk powierzymy konserwatorom zabytków, muzealnikom - to ich praca poszerza i uzupełnia naszą wiedzę. Ziemia jest  nazywana nieznaną Księgą, z której łatwo nierozważnie wyrwać i zniszczyć kolejne kartki. To ciemna strona rozwoju tzw. cywilizacji, gdy liczy się tylko pogoń za pieniądzem a zbyt szybko ubywa wiarygodnych miejsc do naukowych badań. Chociaż przepisy mówią jasno, że ochronie zabytków należy podporządkować wszelkie prace budowlane - prawo pozostanie martwą literą bez odpowiedzialnych ludzi, świadomych łatwości zniszczenia naszego wspólnego dobra...Tu każdy przypadkowy świadek może unieśmiertelnić swoje nazwisko, wziąć udział w niezwykłej przygodzie - pod warunkiem, że  zabezpieczy miejsce przypadkowego znaleziska. Bo ważny jest kontekst, który z odsłoniętej ziemi potrafi odczytać tylko fachowiec - archeolog.

Bolesław Deptuła
nie, 03 maja 2009 10:04

Makatki

Nagle okazało się, że makatki są rzadkością - nikt tego nie zbierał w okresie ich największej popularności, trwającej do lat 60. XX wieku. Kojarzymy je zazwyczaj z formą czarnych kwadratów lub białych prostokątów płótna, z wyszywanymi scenami narracyjnymi:  przekopiowanym obrazkiem i sentencją „z życia wziętą” (na zdjęciu: fragment takiej makatki z gospodynią.) Najciekawszą odmianą jest makatka panoramiczna, malowana ręcznie na szarym płótnie - to właściwie szpetny obraz olejny, ze schematycznym i kiczowatym zestawem: łabędzie na stawie, jelenie na rykowisku. Rzadkością jest temat anioła - stróża, jak ten w zbiorach Muzeum w Łomży, z 1928 roku, o wymiarach 157 x 65 cm , z błagalnym westchnieniem „Boże błogosław nasz dom”. Niechętnie przez niektórych uznawane za odmianę sztuki ludowej, w której odbijają się gusta naszych wsi i małych miasteczek  a przecież to zjawisko uniwersalne i odwieczne. Kiedy czasem powstaje fala zainteresowania porażającym fenomenem kiczu, uświadamiamy sobie, że  łatwizna kolorowych obrazków, Harlequinów, muzyki disco polo, seriali telewizyjnych lub kiczowatych zachowań wcale nie jest domeną ludu, podoba się także tak zwanym umownie - elitom.

Bolesław Deptuła
śr, 22 kwietnia 2009 13:24

Frasobliwy

Za najstarszy pierwowzór siedzącej postaci Chrystusa Frasobliwego jako odrębnego tematu, uważa się drzeworyt Albrechta Dürera, z karty tytułowej „Małej Pasji” ( 1509 - 1511 r.) Od pół tysiąca lat, jako kanon wizji Frasobliwego jest chętnie podejmowanym wyzwaniem artystycznym, z którym zmierzały się  kolejne pokolenia - poprzez rysunek, malarstwo, rzeźbę... W przypadku naszych twórców ludowych uniwersalna wizja tak dalece opanowała ich wyobraźnię, że powstało specyficznie polskie rozwiązanie. Frasobliwy ludowy to fenomen spotykany niemal wyłącznie w Polsce i na Litwie, a Mazowsze Kurpiowskie wprowadziło do wizerunku tej postaci charakterystyczną odrębność: długą szatę. Wg Józefa Grabowskiego („Dawna polska rzeźba ludowa”) ogólną cechą kurpiowskiej rzeźby figuralnej jest: „dość wyrównany poziom artystyczny  i techniczny świątków, wśród których nie znajduje się prawie nieudolnych”. Podstawowym celem twórcy - najczęściej anonimowego - było ukazanie stanu głębokiej refleksji, cierpienie jest tu przeczuwane. Figury Frasobliwego stały się znakiem ludzkiej wspólnoty, zachętą do poszukiwania wzruszeń - nie tylko religijnych. Świątki z pokaźnej kolekcji Muzeum w Łomży wzbogaciły niejedną wystawę ogólnopolską.

Bolesław Deptuła
pon, 13 kwietnia 2009 11:36

Wirtuoz

Muzeum w Łomży przechowuje fotografie Adama Chętnika, w tym szereg luźnych kartek z naklejonymi odbitkami, tym cenniejszych, iż z powodu wojennych zniszczeń nie ma negatywów. Każda została w mojej pamięci, gdyż wykonywałem do Archiwum ich niezbędne fotokopie. Najwięcej wzruszenia sprawiają emocjonalne, pisane ołówkiem komentarze Autora. Oto przykłady: 1- „Jeden z najtęższych skrzypków kurpiowskich... Łukasz Serafin zaczyna grać:  najlepiej stare marsze, oberki, „zajączka”. Nowych, modnych melodii nie grał zupełnie i nawet nie lubił słuchać”  2- „Tutaj Łukasz Serafin gra „na plecach”. Smykiem pociąga od środka, w pewnej odległości od swojej sukmany”  3- „ze skrzypcami na karku przygrywa gościom...grał normalnie, bez omyłek”. Pod 4. odbitką Chętnik zanotował: „Łukasz Serafin wygrywa „na głowie”, co już było sztuką nie lada. Grywał w ten sposób tylko przy specjalnej ochocie. Grał tylko na trzeźwo, nie pił wódki w ogóle, co wśród grajków było rzadkością. Wszystkie powyższe zdjęcia Serafina wykonane zostały wprost „na gorącym uczynku” przez autora niniejszej pracy”. Dodajmy: Serafin należał do  kurpiowskiej kapeli przymuzealnej w Nowogrodzie. Wiele lat był nauczycielem wiejskim.  Zmarł w 1941 r. w Podgórzu, przeżywszy 67 lat. Skromną mogiłę z krzyżem wykonanym przez Konstantego Chojnowskiego i epitafium wyciętym przez Henryka Szostaka ( warte stałej opieki ! ) mamy na Cmentarzu Katolickim w Łomży.

Bolesław Deptuła
nie, 05 kwietnia 2009 15:57

Księżniczka

Łomża w swych dziejach może pochwalić się obecnością trzech wyjątkowych pań wysokiego rodu: Anną z królewskich Jagiellonów, kolejną Anną - siostrą ostatnich książąt mazowieckich i ...dotychczas nieznaną - najdawniejszą z nich, zapewne mieszkanką piastowskiego grodu w Starej Łomży, a pochowaną z honorami na pobliskim Wzgórzu Św. Wawrzyńca... Ok. 800 lat później - w reliktach kościoła, gdzie wcześniej stała świątynia z misji Św. Brunona - odkrył ją archeolog Antoni Smoliński. Fakt, że spoczęła w prezbiterium - miejscu zastrzeżonym dla najważniejszych i zasłużonych, najczęściej donatorów świątyni, świadczy, że i ona była znamienitą osobą.  Z ponad pół tysiąca skromnych pochówków najstarszych łomżan - ten jeden jedyny wyposażony został w różnorodny zestaw przedmiotów używanych za życia, co mówi o znaczeniu, szacunku i uczuciu, jakim ją darzono. Przetrwały resztki bogato zdobionej opaski skórzanej szerokości ok. 2 cm, obrączka, naszyjnik z 295 szklanych paciorków oraz świadectwo pracowitości - wzruszający gliniany przęślik... Od razu ekipa archeologów okrzyknęła ją „księżniczką”. Zastanówmy się, czy wypada aby pozostała bezimienna ? Przypomnijmy sobie piękne staropolskie, np. wg Glogera imię Dobrochna, znane od XIII wieku... Księżniczka Dobrochna ze Starej Łomży ?...Jeśli znajdą się fundusze na odtworzenie rysów twarzy wg zachowanych szczątków, pewnego dnia z wystawy w Muzeum Północno - Mazowieckim w Łomży, może spojrzy na nas uśmiechnięta „Księżniczka Dobrochna” ? Na ilustracji próba rekonstrukcji komputerowej: opaska zwieńczona ozdobą w formie kwiatu o rozchylonych, delikatnych płatkach - z blaszki mosiężnej cienkiej jak papier.

Bolesław Deptuła
nie, 29 marca 2009 20:30
Data ostatniej edycji: 2009-03-30 20:45:20

Skansen

Skansen Kurpiowski w Nowogrodzie jest nie tylko Oddziałem - także wyjątkowym skarbem -Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży, bo obie placówki łączy nierozerwalnie osoba twórcy:  doc. dr Adama Chętnika, który jedno muzeum założył Nowogrodzie w 1927 r., drugie w Łomży w 1948 r. W koronie Kultury Polskiej to prawdziwe perły z Mazowsza. Tylko w okresie powojennym, wg  sprzedanych biletów, liczba zwiedzających Skansen przekroczyła milion gości. Własne wydawnictwa, międzynarodowe konferencje naukowe - ugruntowana światowa renoma placówki. Wprost niemożliwe, aby mógł powstać szalony pomysł przejęcia dorobku tych muzeów. A jednak ! W pewnych kręgach politycznych, na fali kryzysu, ogłoszono chęć rozdzielenia obu placówek, kusząc lepszym finansowaniem: pod warunkiem, że Skansen stanie się oddziałem Muzeum  Rolnictwa w Ciechanowcu - znacznie oddalonego, innego regionu kulturowego...Czyli pięść do nosa ! Będzie to powszechnie odebrane jako chęć przejęcia przez Białystok kolejnego obszaru Mazowsza jako „podlaskiej kultury”, co ośmiesza pomysłodawców i województwo podlaskie. Ta próba wykorzystania uprzywilejowanej pozycji rozdawnictwa finansowego, zbulwersowała łomżan. Natychmiast zareagowało Stowarzyszenie Muzeów na Wolnym Powietrzu w Polsce. W liście do Prezydenta Łomży alarmują, że Skansen: „Jedno z trzech najstarszych muzeów w Polsce zasługuje na godne i bardzo poważne potraktowanie. Nierozerwalnie związane z bogatą kultura kurpiowską i środowiskiem Łomży...potrzebuje dużego wsparcia w postaci współfinansowania, a nie spychania do podrzędnej roli...Skansen obok ustawowych zadań pełni także rolę integracyjną, będąc ostoją dobrze pojętej tradycji”...Tymczasem do prasy regionalnej podrzucono żenującą, gołosłowną opinię o „nieumiejętnym zarządzaniu”, obraźliwą dla zasłużonej i jeszcze niedawno - podczas Jubileuszu 80.lecia - nagradzanej ekipy Skansenu. Cóż, z Białegostoku nie widać rozwoju placówki i tłumów gości. Komuś mylą się pojęcia: może chodziło o „siermiężne urządzanie” terenu ? Ależ to celowe w dobrym Skansenie! Archaiczny, naturalny wygląd dawnej wsi chcemy zachować dla potomności  i taki właśnie charakter placówki w Nowogrodzie z zachwytem pochwalają znawcy. Jest odpowiednia atmosfera: bez ścieżek asfaltowych i metalowych parkowych ławeczek, za to z drewnianymi ławeczkami pod każda chałupą, bo takie istniały na prawdziwej wsi kurpiowskiej. Można kiedyś rozważyć usamodzielnienie placówki, ale nieetyczne jest łudzenie, że  w czasie kryzysu znajdą się wystarczające fundusze na oddzielną księgowość i nadbudowę administracyjną. To zły sygnał dla wyborców, uczulonych na  gospodarowanie publicznymi funduszami. Można topić je w eksperymentach - ale czy nie lepiej każdą złotówkę przeznaczyć na przetrwanie trudnego okresu ? A to gwarantuje dotychczasowy, sprawdzonym model zarządzania z Łomży. Z placówki - matki. Skansen nie jest zapomnianą wyspą, a częścią Łomży - łomżyńskiego Muzeum Chętnika - nie wypada ośmieszać województwa podlaskiego przedstawianiem pomysłu niszczenia kultury mazowieckiej jako formy wsparcia. Odnotujmy ten przypadek jako przestrogę dla przyszłych pokoleń. Kultura narodowa potrzebuje atmosfery stabilności, bez politycznych zagrywek. Czekamy na wsparcie kolejnych przyjaciół, bo prawdziwy przyjaciel – to skarb.

Bolesław Deptuła
wt, 24 marca 2009 07:24

Pągwice

Oto 4 rodzaje pągwic (guzów) i pętlica (z otworem do przewlekania guzika): fragmenty stroju z przełomu XV / XVI w. Skarb wyjątkowy pod każdym względem, bo z wykopalisk na Wzgórzu Św. Wawrzyńca w Starej Łomży. W jednym miejscu znaleziono łącznie 31 misternie plecionych jedwabnych guzów - największe o gruszkowatym kształcie dł. 3 cm. Zwykle duży guz wystarczał do zapięcia ubrania, a pozostałe pełniły funkcję dekoracyjną. Dla podkreślenia urody najmniejszych pągwic - od 7 mm długości ! -  postanowiłem  pokazać kilka w powiększeniu... Ze znaleziskiem wiążą się moje osobiste emocje, bo ten grób, nr 466, sam eksplorowałem. Lubię pomagać w wykopaliskach. Skoro wtedy się pojawiłem - mieszkaniec Łomży, w dodatku pracownik Muzeum - widać takie było moje przeznaczenie: rola dociekliwego świadka. Jakbym coś przeczuwał, tego dnia oprócz sprzętu fotograficznego objuczyłem się kamerą wideo. Kończył się właśnie pracowity dzień szuflowania łopatami. Ktoś zagadał: -„Nie masz dość ? - ile można: znowu szkielet...” A sęk w tym, że prawie go nie było, tylko jakby rozpadające się, zanikające fragmenty kości w ciemniejszej ziemi (nieudanej substancji konserwującej ? może powtórny pochówek ?). Wśród żółtego piasku śladem nieistniejącej już trumny była prostokątna linia ciemnej ziemi, w którą zamieniło się drewno. Pracowałem szpachelką i szerokim pędzlem... Sznur pągwic przypominał korzenie roślin wrośniętych w ziemię, dopiero w obiektywie kamery niczym przez lupę ujrzałem zapierający dech szlachetny wzór i błysk złotej nici. Kierownik wykopalisk Antoni Smoliński doprowadził później do wydatowania szczątków metodą C- 14. Uzyskał też analizę DNA, z zaskakującym wynikiem: kod genetyczny pochowanego nad Narwią mężczyzny wskazywał na rejon Szwajcarii - Niemiec...

Bolesław Deptuła
śr, 18 marca 2009 20:51
Data ostatniej edycji: 2009-03-19 06:31:13

Św. Brunon

Trafiła się Łomży okazja raz na 1ooo lat, ale zabrakło światłych decydentów aby na tym budować nasz wizerunek w świecie, ściągać pielgrzymów, rozwijać miasto. Co zabiło ducha Łomży, że nie widzi swojej szansy ? Inne miasta nie próżnują - wykorzystują jakiekolwiek związki z niezwykłą misją św. Brunona. Ale to Łomża posiada unikalne Wzgórze, gdzie ten arystokrata - zakonnik założył pierwszy Kościół na Mazowszu!...
Pogranicze nie oznacza życia na uboczu, może być atutem - budzącym stałe emocje. Już na początku państwowości Piastów pojawiły się jednostki wybitne, z wizją rozwoju, z umiejętnością wykorzystania sprzyjających okoliczności. Mazowsze też trafiło w orbitę ówczesnej Europy: oto do grodu w Starej Łomży, przybył misjonarz, pisarz i dyplomata, zaufany Cesarza niemieckiego. Przy ważnych szlakach handlowych - ze Wschodem i wzdłuż Narwi - z Północą, stawia zręby kościoła, wprowadzając nas w zasięg zachodniej cywilizacji. Ten fakt oznacza wzmocnienie państwa, wyższy status międzynarodowy. Wcześniej zdążyła Polska przyjąć chrzest za pośrednictwem Czech, co postawiło nas w roli równorzędnego partnera wobec nieuniknionej ekspansji niemieckiej. Gdyby nie śmierć cesarza Ottona III, który łącznie z papieżem pokładał wielkie nadzieje w tworzeniu z Bolesławem Chrobrym unii państw chrześcijańskich, być może Cesarstwem Rzymskim na zmianę kierowaliby władcy m.in. Polski i Niemiec... Do Muzeum w Kwerfurcie, gdzie urodził sie św. Brunon, na wystawę upamiętniającą tysięczną rocznicę Jego śmierci, pojadą - ze zbiorów Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży - przedmioty z jego czasów, prezentowane na fotografii: okucie pasa z ornamentem plecionkowym, rozpowszechnionym wśród plemion germańskich, z wykopalisk na Wzgórzu oraz bransoleta jaćwieska, z cmentarzyska z okolic Łomży. Te dwa zabytki niczym klamra spinają dzieje misji sprzed 1ooo lat.

Bolesław Deptuła
nie, 08 marca 2009 09:48
Data ostatniej edycji: 2009-03-09 16:43:46

Pomór

W zbiorach Muzeum mamy rysunek B. Nowakowskiego z lat 40. XX w. przedstawiający alegorię „czarnej śmierci” na Mazowszu Kurpiowskim. Ta artystyczna wizja wydała mi się najlepszą ilustracją do najnowszego odkrycia: oto przy szukaniu analogii do karawaki w Łomży, natrafiłem w zbiorach wydzielonych Wawelu na zdjęcie metalowego krzyżyka. Zaliczono go do najcenniejszych okazów a znaleziono  podczas wykopalisk w prezbiterium kościoła św. Michała. Okazało się, że niemal identyczną miniaturową karawakę pielgrzymów wielkości 1,5 cm,  mamy także w Łomży, dzięki wykopaliskom A.D. 2005 w prezbiterium Katedry. Krzyżyk znaleźli archeolodzy przy jednym ze szkieletów na wysokości szyi. Ponieważ miałem okazję uwieczniać na fotografii przebieg wyjątkowych w historii miasta odkryć, z tym większą uwagą wykonałem dokumentację zabytków po konserwacji. Powiększona fotografia ukazała w całej okazałości niezwykły kształt karawaki. W przeciwieństwie do wawelskiej w lepszym stanie, łomżyńska ma uszkodzenia, wytarcia, jakby znajdowała się w stałym użyciu - pamiętajmy, że karawaka miała chronić posiadacza przed zarazą... Rzeczniowski w „Dawnej i teraźniejszej Łomży” ( 1861 r.) opisuje jak znalazł w księgach kościelnych daty głośnych przypadków „morowej zarazy”. Dla przykładu: w 1624 r. przez 2 miesiące wymarło w całej parafii 5.021 osób, a w 1710 r. tysiąc osób. W księgach  kościelnych zapisano też, że „z powodu „morowego powietrza”, w Łomży „zabobonni ludzie wydobyli z grobów kościoła i cmentarza kościelnego 3 ciała...kapłana, szlachcica i chłopca; poucinali im głowy w przekonaniu, że tym sposobem morowa zaraza koniec weźmie. Z tego powodu kościół i cmentarz, jako sprofanowane, uległy zamknięciu na 20 tygodni.”  Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie bezradność i strach mieszkańców oraz ówczesne znaczenie fenomenu krzyża o niezwykłych ramionach ?

Bolesław Deptuła
nie, 01 marca 2009 11:30

Zegar

W 1966 r. wielce zasłużona dla Ziemi Łomżyńskiej Pani Helena Czernek, wówczas Kierowniczka Biblioteki Powiatowej i Miejskiej, przekazała w darze łomżyńskiemu Muzeum niezwykły zegar. Niewiele o nim wiadomo, poza notatką, że pochodził „spod Łomży”. Średnica ośmiokątnej kamiennej tarczy: 22 cm. Jest otwór na gnomon czyli wystający pręt, który wskazuje cieniem godziny. Intryguje data: „1697” wyryta na kartuszu herbowym, który poza tym jest pusty. Czyżby planowano tu jeszcze znak właściciela, wytwórcy lub łacińską  sentencję ? A bywały piękne, np. „Carpe diem” czyli „Korzystaj z dnia” lub, „Nie trwoń czasu” i „Czas ucieka, wieczność czeka”... Zegary słoneczne - horyzontalne od XVI w. były częstym elementem dekoracyjnym ogrodów i wg znawców, wiele zegarów tego typu można było spotkać właśnie na Mazowszu. W XVII wieku znaczącym ośrodkiem  sztuki zegarmistrzowskiej był Toruń, do najważniejszych zaliczano też Gdańsk i Kraków. Szczegółowe badania powinny wyjaśnić jak wielką rzadkością jest łomżyński okaz. To trudne zadanie, bo niewiele takich zegarów przetrwało wojenne czasy, mało jest wydawnictw im poświęconych. Może ktoś chciałby pomóc w rozwikłaniu tajemnicy pochodzenia naszego zegara ?

Bolesław Deptuła
nie, 22 lutego 2009 21:49

Apollo

Fotografie z muzealnego Archiwum bywają czasem pamiątką nieprawdopodobnych historii. W 1961 r. ZSRR ogłosił Gagarina pierwszym człowiekiem poza Ziemią - krążył wtedy dowcip: „Tato, Ruskie w Kosmosie ! Wszystkie?  Nie ! To co mi d... zawracasz”. Na czarno - białych ekranach TV śledziliśmy rywalizację o pierwszeństwo i zwycięskie dotarcie Amerykanów na Księżyc w 1969 r. skąd załoga Apollo 11 przywiozła 22 kg. skał do badań naukowych i wystaw objazdowych po świecie. Niespodziewanie jedna z nich trafiła do Łomży w 1972 r. Pod Muzeum zajechał wtedy kapitalistyczny krążownik szos - Lincoln z Ambasady Amerykańskiej, odstający od szarości socjalistycznych Syrenek. Sprawna ekipa budząc zazdrość muzealników szybko zmontowała aluminiowy stelaż. W normalnym społeczeństwie, nie zdominowanym przez SB, taka wystawa byłaby wydarzeniem: naukowym, towarzyskim, medialnym. Tu odwrotnie: alarm w bezpiece, cisza w prasie, potem gdzieś na 4 stronie gazety krótka informacja, że jest wystawa skałki księżycowej i znaczków  pocztowych związanych z wyprawą Apollo. Pojawił się jednak lokalny towarzysz Henryk B. z PZPR, składając pochwalny wpis do pamiątkowego zeszytu. Uchroniło to Muzeum od nieprzyjemności na krótko, bo po zakończeniu ekspozycji zeszyt został zarekwirowany przez SB, jako „szpiegowska skrzynka kontaktowa” ! W ten sposób zapyziałe miasteczko otarło się o świat  Bonda. Jamesa Bonda. Groźny dla bezpieczeństwa PRL-u zbiór autografów już nigdy nie został zwrócony do Muzeum. Z kolei Amerykanie mogli spać spokojnie: cenną skałkę z Księżyca na noc chowano pod łóżko w służbówce muzealnej - złodziej nie miałby szans w konfrontacji z krzykiem Pani Eleonory. Wystawa zaszczyciła tylko kilka miast w Polsce, do Łomży trafiła dzięki Muzeum Ziemi w Warszawie (przypomnijmy to właśnie tam Adam Chętnik założył od podstaw Dział Bursztynu.)
Bolesław Deptuła
so, 14 lutego 2009 19:23

Tur

W 1968 r. zawiadomiono Muzeum w Łomży o wyłowieniu z Narwi w okolicach Drozdowa dziwnej czaszki. Nie mieliśmy służbowego samochodu - pojechałem rowerem po odbiór znaleziska. Przeraziłem się jego ciężarem i wielkością . Zapakowany w plecak zaczepiał o ziemię, więc do Łomży dreptałem długo. Od razu napisałem do gazety o odkryciu szczątków tura, w nadziei znalezienia prywatnych zbiorów, które można by sfotografować do celów badawczych. Prawie pół wieku poszukiwań i tylko jeden podobny okaz u leśniczego w okolicach Łomży; ale kto szuka, ten widzi: dane mi było jeszcze znaleźć róg tura podczas wyprawy kajakowej, u podnóża wysokiej na ok. 2 m. burty Narwi. Przed laty w wyniku reorganizacji muzealnictwa przeniesiono z Łomży dział przyrodniczy i geologiczny do Muzeum Przyrody w Drozdowie i od tej pory wyjątkowo imponujące rogi tura są na stałej wystawie. Tur pierwotnie występujący w Europie, Azji i na północy Afryki, najdłużej przetrwał w Polsce. Jean Dorst w książce „Zanim zginie przyroda” pisze: „Pod koniec XIII w. książę mazowiecki Bolesław zakazał polowań nań w swoich posiadłościach, a wiek później Jagiełło zaostrzył ten zakaz. W XVI w. Zygmunt III... poddał całkowitej ochronie teren jego występowania.. ” Na Mazowszu ostatni okaz padł w 1627 roku, jak się przypuszcza wskutek choroby przejętej od bydła wypasanego w pobliżu puszczy. Odizolowana, zmniejszona populacja, bez naturalnych możliwości krzyżówek genetycznych, mogła utracić  możliwość adaptacji do nowych warunków. Róg ostatniego tura Europy w postaci oprawionego w pozłacane srebro rogu myśliwskiego ze skarbca Zamku Królewskiego w Warszawie zrabowali Szwedzi, którzy dziś prezentując polskie skarby na wystawach, nie kryją, że celem najazdów sąsiedzkich było uświetnienie własnych zbiorów. ( W załączeniu wyobrażenie tura: Tygodnik Ilustrowany z XIX wieku, oraz fotografia łomżyńskiego okazu w chwili odkrycia.)

Bolesław Deptuła
śr, 11 lutego 2009 12:55
Data ostatniej edycji: 2009-02-11 13:43:14

Karawaka

40 lat temu sfotografowałem karawakę naprzeciwko PKS, w narożniku Alei Legionów  -Sikorskiego. To przykre, że tradycja kilkusetletnia - część naszej kultury, nagle zanika w wolnej Polsce. W archiwum muzealnym zostanie dowód, że karawaka trwała dopóki była na prywatnej ziemi. Już nie trzeba zaborców, sami rodacy niszczą po cichu resztki substancji zabytkowej. Na Węgrzech widziałem w podobnej sytuacji zachowany in situ fragment dawnej zabudowy w centrum miasta: kapliczka obok 3 drewnianych, słomą krytych chat; my na wschodnich krańcach Europy musimy przeżyć etap zniszczenia oryginału i odtwarzania dla turystów - wg fotografii. W Łomży ironią losu było pojawienie się w miejscu karawaki - plastikowej palmy. Póki stały na dawnych rogatkach Łomży zdążyłem sfotografować kolejne:  przed mostem w Piątnicy i przy wylocie na Starą Łomżę. Ta ostatnia ocalała do dziś. Czy ktoś pamięta tę na Skowronkach, przy wylocie do Nowogrodu? Krzyż z dwoma ramionami zasłynął  zatrzymaniem pochodu zarazy morowej w Hiszpanii, w miasteczku Caravaca. Od XVI w. uznany za skuteczny, jeśli ktoś się przed takim modlił lub go nosił. Kolejność wyciętych, łacińskich inicjałów była pomocna przy odmawianiu modlitwy. Do Polski karawaka dotarła w kształcie małych krzyżyków za sprawą  pielgrzymów. Pobożni stawiali dwuramienne krzyże, jak twierdzi Gloger „w czasie morowego powietrza przy wsiach i miasteczkach, aby zaraza je mijała i modlili się na książkach tak samo nazywanych”. Dla przykładu: wg Godlewskiej wielkie zarazy pustoszyły Łomżę w latach 1504 -1800 aż 16 razy... Z czasem dopisano inne plagi: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie”, bo równie straszni co klęski żywiołowe byli nieproszeni goście: najazdy wojsk, totalne zniszczenia, okupacje. Nie ugięliśmy się, istniejemy - przykładem niezłomnej wiary i naszej łączności duchowej niech pozostanie karawaka. Na zbliżeniu krzyż sprzed kaplicy na cmentarzu katolickim w Łomży.                                                                                                                                            
PADŁ REKORD OGLĄDALNOŚCI:odcinek „Europa” miał prawie 800 odsłon w ciągu 2 tygodni. Dotychczas, w ciągu pół roku najczęściej odwiedzanym  tematem była archeologia: prawie 700 wizyt.
Bolesław Deptuła
śr, 04 lutego 2009 16:12

Turoń

To ważne, że przeglądy zespołów kolędniczych i jasełkowych podtrzymują  pamięć o naszej tożsamości. Szkoda jednak, że zapomina się o pięknym i bardzo archaicznym zwyczaju kolędowania w maskach i oprowadzania osób przebranych za zwierzęta. Obowiązkowy był niedźwiedź, bocian, wilk, koza a zwłaszcza tur zwany turoniem.  Chłopak trzymający turonia, szedł okryty derką, pochylony niczym zwierzę. Jak to mogło wyglądać, pokazuje przedwojenna fotografia Chętnika, z przebierańcem – kozą, po  kolędzie na Kurpiach. Jest w tym echo misteriów z czasów pierwotnych, okazywania czci potężnym siłom przyrody w maskach zwierząt. Każdej postaci przypisywano inną moc - turowi płodność, urodzaj i dobrobyt. Śpiewano wg. Kolberga: „gdzie turoń  chodzi, tam żytko rodzi.” Tur wyginął całkowicie w XVII wieku stając się stworem na poły baśniowym.Tacy przebierańcy chodzili również w zapusty. W 1972 r. w Wiźnie sfotografowałem grupę wzbogaconą o Diabła, Dziada i Cygankę. Mazowiecki krajobraz jest uboższy bez tego barwnego korowodu. Może maski  z turoniem na czele wrócą w formie atrakcji turystycznej ?
Bolesław Deptuła
cz, 29 stycznia 2009 23:23

Europa

W 2003 r. do zbiorów Muzeum w Łomży trafiła XVI wieczna mapa, nosząca tytuł: „Sarmacka Europa”. Dla nas skarb bezcenny, skoro na obszarze Europy Środkowej uwieczniono Łomżę ( Lamzo ), jest „ Colno, Nowogorod, Raygrod”, obok Warszawy, Grodna i Wilna. Znaczenie ówczesnej Łomży podkreślił Święcki w „Opisie starożytnej Polski”: miasto liczyło wg XVI- wiecznej lustracji „540 domów podatkujących... pięknem domów murowanych, dostatkami mieszkańców, pierwsze po Warszawie miasto... a powołując się na Święcickego i Gwagnina, dodaje, że Łomża: „za czasów Jagiellońskich pomiędzy najpiękniejsze miasta w Polsce liczyć się mogła”. Mapa jest przykładem XVI wiecznej mody poszukiwania przez kraje europejskie starożytnych przodków uświetniających narody i państwa. Polacy takich znaleźli i przyjęli, że przed Słowianami w dorzeczu Wisły żyli Sarmaci, którzy  mieli  tu przywędrować w II wieku p.n.e. z terenów między Wołgą a Donem. Oparto się na dziełach Ptolemeusza z Aleksandrii, skąd wzięto nazwę mitycznego ludu. Legenda z czasem nabrała wielu znaczeń w odniesieniu do narodu polskiego, charakteru, szlacheckiego animuszu, stając się aż do XIX wieku symbolem kultury staropolskiej. Zapewne w XXI wieku nie zapomnimy o tej legendzie i będziemy dumni z tej mapy. Z naszym skarbem związany jest prawdopodobnie słynny kartograf Sebastian Munster, franciszkanin osiadły w Bazylei, gdzie w 1540 r. opublikował drukiem 48 drzeworytniczych map o wielkim znaczeniu dla Europy. 
Bolesław Deptuła
wt, 20 stycznia 2009 16:30

Zabawka

Unikalne znalezisko z okolic Kolna na Mazowszu: miniaturowy kamienny toporek długości zaledwie 4,8 cm z badań naukowych AZP ( skrót od Archeologiczne Zdjęcie Polski czyli ewidencji stanowisk z badań powierzchniowych.) Neolityczna, dziecięca zabawka sprzed kilku tysięcy lat, a może jednocześnie przedmiot kultowy? Niedokończony, jednostronny otwór ma średnicę 1 cm ( prezentowany w kilku ujęciach w różnym oświetleniu.) To półprodukt - połowa z drugiej strony pękła warstwicowo zapewne podczas obróbki. Ogromnym ułatwieniem byłoby odkrycie warsztatu kamieniarza, podczas wykopalisk archeologicznych w tym miejscu. Naukowcy dowodzą, że nasi przodkowie wcale nie byli tak prymitywni jak dotychczas sądzono. Podobni do nas, tylko w odmiennych warunkach życiowych: spróbujmy sobie wyobrazić, jaką edukacyjna zabawkę można było wykonać dziecku, w ówczesnych atmosferze stałej konieczności polowań ?  Do dyspozycji narzędzia z kamienia, drewna i rogu, a z potrzeb duchowych nakazy magii myśliwskiej...
Bolesław Deptuła
nie, 11 stycznia 2009 23:35

Nowe latko

Zachowany na Kurpiach archaiczny zwyczaj wypieku z Nowym Rokiem figurek z ciasta chlebowego zdumiewa postronne osoby. Miniaturki różnych zwierząt leśnych i domowych: m.in. jeleni, wilków, koni, baranów, byków (stąd nazwa:„byśki”) lub postaci pastuszków w kręgu inwentarza domowego, zwane „nowe latko”(od nowego roku), to fenomen nie mający w Polsce  odpowiednika „ani jednego, równie imponującego formalnie i ideowo zjawiska sztuki rzeźbiarskiej, uprawianej przez ogół” - jak pisze Olędzki w „Sztuce Kurpiów”. Dziwny dla kogoś kto nie rozumie odrębności kulturowej wyrosłej w warunkach wolności i samowystarczalności dzięki środowisku puszczańskiemu. Czy ta formy plastyki obrzędowej, mocno osadzona w tradycji rodzinnej i religijnej , przejdzie na kolejne pokolenia ? Kiedyś lepiono wielkie ilości figurek aby darzyło się w gospodarstwie i trzymano je przez cały rok w specjalnym narożniku izby z obrazami religijnymi, gdzie „nowe latka” wirowały podwieszone na nitkach. Znawcy mogą się tu zastanawiać nad ciągłością formuły sztuki neolitu, magią gospodarczą figur z ciasta, gdzie zamysł działania magicznego znajduje odbicie w formie: ulokowaniu zwierząt w kole, symbolu zabezpieczenia, obejmującym również  pasterza. Od końca XIX w. tym noworocznym dziełom sztuki nadano nową rolę - zabawek dla dzieci. Przechowujemy w zbiorach łomżyńskiego Muzeum liczne przykłady pieczywa noworocznego. To swoisty drogowskaz zachowania tradycyjnych wzorów, inspiracja dla myślących o pamiątkach turystycznych.
Bolesław Deptuła
nie, 04 stycznia 2009 20:35

15 tysięcy

Do noworocznych życzeń pomyślności dołączam podziękowanie za półroczne wspólne przyglądanie się z bliska skarbom Muzeum Północno - Mazowieckiego w Łomży. W/g licznika, 33 odcinki odwiedzano 15 tys. razy. Szczególnym zainteresowaniem obdarzono archeologię, np. toporek neolityczny: 670 wizyt, oraz zasłużonych dla Muzeum przedstawicieli rodu Chętników: każdy odcinek ponad pół tysiąca odsłon. Szkoda, że do obejrzenia na wystawach jest tylko część ogromnych zbiorów: archeologii, numizmatyki, historii, bursztynu, etnografii, sztuki i rzemiosła artystycznego... Muzealnik jest szczęściarzem, bo może dotknąć świadków historii - tysięcy eksponatów niedostępnych dla zwykłych śmiertelników. Napełnianie skrzyń skarbami nie było łatwe - o tej części Mazowsza mówiono „biała plama” na mapie archeologicznej kraju. Gdy sam zaczynałem 40 lat temu przygodę z zabytkami, niewielki personel działał  jeszcze w warunkach pionierskich i nie było dziwne, że archeolog zajmował się etnografią. Zanim kupiliśmy służbowy samochód bywało, że wędrowaliśmy przez Puszczę Kurpiowską pieszo, bo nie wszędzie docierały autobusy. Dziś już wirtualne możemy wędrować po Mazowszu Łomżyńskim i Kurpiowskim: może natkniemy się na zaskakujące historie wymagające cierpliwości detektywa i pasjonujące, często przypadkowe odkrycia - tym milsze, jeśli z udziałem przyjaciół Muzeum.
Bolesław Deptuła
pon, 29 grudnia 2008 23:00

Lampy

Prawie 150 lamp naftowych z działu sztuki i rzemiosła artystycznego Muzeum, tworzy kolekcję jedną z większych w Polsce.  Mamy przegląd stylów: od klasycyzmu poprzez eklektyzm, secesję, art deco, po modernizm. Oto przykład wyrobu firmy Hugo Schneider z Lipska. W powiększeniu pokrętło palnika z sygnaturą HS;  ułatwiającą kolekcjonerom lokalizację fabryki i datowanie. Wysoka na 77 cm. lampa posiada żeliwną, ażurową podstawę i  klosz w kształcie tulipana. Trzon z ciemnozielonej majoliki jest zdobiony po obu stronach typowym motywem secesyjnym: zwiewne postacie nimf w stroju niebieskim i żółtym, dekorowane winoroślą. Wyroby niemieckie obok austriackich stały się w II poł. XIX w. powszechne w Polsce. W 1899 r. powstała nawet w Warszawie Fabryka Lamp ”Brunner, Schneider, Ditmar”, zatrudniająca ok. 500 robotników. Na Pradze oprócz lamp naftowych produkowano także palniki wszelkich rodzajów, kuchenki i piecyki naftowe. Wydawało się, że tak niegdyś liczne, wręcz obowiązkowe wyposażenie każdego pałacu, dworu czy domu mieszczańskiego będą i dziś cieszyć nasze oczy - niestety ulotna kruchość szkła, porcelany czy fajansu sprawiła, że tylko nieliczne egzemplarze najcenniejszych lamp dotrwały do naszych czasów w nienaruszonym stanie.
Bolesław Deptuła
nie, 21 grudnia 2008 22:34

Koronki

Zbiór koronek klockowych w naszym Muzeum, to 300 unikalnych wzorów autorstwa Leonii Górskiej, z d. Machwicz - Machczyńskiej. Tygodnik łomżyński „Wspólna praca” zamieścił w 1911 r. jej ogłoszenie: „Nauka koronek.. oraz możność nabycia deseni... za naukę 6 rubli - i bezpłatnie. Łomża, Dworna 21...” Ojciec za udział w Powstaniu Styczniowym trafił na Syberię. Ona spośród szóstki dzieci najbardziej wyróżniała się zdolnościami artystycznymi - jak opisała w jej życiorysie córka, Leonia Mejerowa. Pobierała lekcje „koronkarstwa klockowego w szkole p. Gabryel w Warszawie”.  W 1883 r. poślubiła „Głównego Księgowego Urzędu Akcyz w Łomży” Henryka Górskiego, odtąd wspólnie poświęcili się działalności patriotycznej i dobroczynnej. Dwukrotnie w tygodniu chodziła do więzienia w Łomży, udzielając lekcji więźniarkom, które robiły koronki na metry, a pieniądze ze sprzedaży otrzymywały przy wyjściu na wolność. Leonia założyła w Łomży prywatną szkołę co zaowocowało nagrodą na wystawie koronek w Pradze czeskiej w 1912 r. za ogromny zestaw prac. Ponad 100 próbek wzorów przekazała do Szkoły Koronkarskiej im. Heleny Modrzejewskiej w Zakopanem... Koronka powstała w XV w. równolegle we Włoszech i Belgii. W Polsce pojawiła się dzięki królowej Bonie i rozwijała aż do XIX w, podupadając pod naporem fabrycznej produkcji. Nazwa tej najciekawszej i najtrudniejszej z technik rękodzieła artystycznego pochodzi od specjalnych szpulek zwanych klockami, z nićmi lnianymi lub bawełnianymi, które przekładane, krzyżowane i splatane tworzą misterny wzór. Zawsze w modzie, w postaci rękodzieła najcenniejsze. Od 1995 r. powróciły Konkursy Koronki Klockowej a od 2000 r. Międzynarodowy Festiwal...Czy Łomża dostrzega swoją szansę ? Może wspaniale rozwijające się Liceum im. Kossaka jako ośrodek nowego wzornictwa ?  Pomysł dla bezrobotnych - oryginalne pamiątki z Łomży, magnes dla turystów ? Rozsławienie tradycyjnych wzorów łomżyńskich, kurpiowskich i dworskich ? Warsztaty artystyczne dla młodzieży w ośrodkach koronkarskich w Polsce i za granicą ?
Bolesław Deptuła
nie, 14 grudnia 2008 13:24

Bilet

Kolekcjonowanie banknotów może dać wiele przyjemności a co najważniejsze budzi chęć poznania i utrwalania pamięci o ważnych zdarzeniach z historii. Oto przykład ze zbiorów łomżyńskiego Muzeum: tak wyglądały pierwsze polskie papierowe pieniądze. Pojawiły się podczas Insurekcji Kościuszkowskiej, czyli zaledwie 214 lat temu. Wprowadzając je Rada Najwyższa Narodowa ogłosiła: „nieuchronne i nagłe Rzeczpospolitej potrzeby, chęć jak najprędszego oswobodzenia Ojczyzny naszej od obcej przemocy...” Ważne były wzorce monetarne Rewolucji Francuskiej, stąd ozdobą graficzną obok Orła i Pogoni są patriotyczne symbole: czapka frygijska, uzbrojenie sankiulotów, baszty murów więziennych, łańcuchy absolutyzmu, gromy ludu i skrzydła wolności...Przy wydawaniu, odcinano bilety ręcznie. Ukazało się 7 pionowych wersji na kolorowym papierze czerpanym, w nominałach: od 5 do 1000 złotych polskich oraz 4 wersje tzw. biletów zdawkowych na kartonikach. Nakład „50.tki” wynosił 36.700 sztuk. Zamiast uchwalonych 60 milionów wyemitowano bilety skarbowe zaledwie na sumę ok. 6,5 mln. złp. Jednym ze sposobów zabezpieczania przed fałszerstwem był obłamany odcisk suchej pieczęci. Bilety przyjęto nieufnie, praktycznie w obiegu tylko na terenie Warszawy, w trakcie oblężenia przez wojska rosyjskie. Nie udało się uzyskać wsparcia militarnego z Francji, nieudany zryw powstańczy upadł zostawiając w rękach ludności te bezwartościowe pamiątki rodzinne, dziś poszukiwane jako cenne okazy numizmatyczne. Interesujące są smaczki, np. błąd w słowie ”pięćdziesiąt”.
Bolesław Deptuła
nie, 07 grudnia 2008 10:39

Miecz

.

Długości 61 cm. Odkryty pod Łomżą w 1977 r. podczas orki, w zniszczonym grobie ciałopalnym z okresu wpływów rzymskich. Kształt miecza dobrze się zachował dzięki patynie ogniowej: złożony na stosie pogrzebowym - po rytualnym zgięciu, aby służył tylko wojownikowi w jego ostatniej drodze...  Już wiadomo było z podobnych znalezisk w Polsce, że warstwa rdzy może kryć np. inkrustowany zarys postaci Marsa i Viktorii lub inskrypcje z nazwą wytwórcy. Uzyskałem zgodę, aby zanieść miecz do zbadania w łomżyńskim szpitalu. Ówczesny kierownik  Pracowni Rentgenowskiej ś.p. dr Bolesław Czyżewski nawet się nie zdziwił. Położyliśmy na kozetce „pacjenta” sprzed ok. 2 tys. lat i w napięciu czekaliśmy, co niewidocznego ludzkim oczom pokaże fotografia rentgenowska. Odpowiedź negatywna też była cenna...Nierozwiązaną zagadką jest pochodzenie: wyrób miejscowych warsztatów czy import ? Zdobyczny a może używany przez legionistę rzymskiego, który wskutek komplikacji życiowych zamieszkał nad Narwią - pamiętajmy o szlaku bursztynowym i handlu zamiennym, po których pamiątką mogą być do dziś zachowane nazwy miejscowości, np. Tabory Rzym. Jeśli lokalny kowal pokusił się o naśladownictwo, czy wzorem był rzymski gladius - krótki miecz kłujący piechura ? To już temat na oddzielną opowieść.
Bolesław Deptuła
so, 29 listopada 2008 15:31

Diabeł

Czy kiedykolwiek dowiemy się dlaczego w „Gadkach  kurpiowskich” spisanych gwarą  przez Adama Chętnika, a wydrukowanych dopiero w 1971 r. zabrakło wspaniałych rysunków Bogdana Nowakowskiego z Warszawy ? Cenzor w PRL-u niechętnie zezwalał na propagowanie treści religijnych, w dosłownym rysunku tym bardziej, a ilustracje zamówione przez Chętnika ok. 1943 r. przedstawiały np. Kurpia dźwigającego krzyż z Chrystusem, wizytę Kurpia w niebie itp. Jeśli ktoś chciał w czasach „demokracji socjalistycznej” w ogóle zaistnieć i cokolwiek wydać drukiem a miał wybór: sam tekst albo wcale - zgadzał się na ustępstwa wobec jedynej słusznej Partii kontrolującej wszystko „w imieniu kolektywu”... Spośród serii rysunków nigdy nie publikowanych, zachowanych w zbiorach muzealnych, przedstawiam: „O diable, co go chłop oszukał”. Ten ponadczasowy diabeł może się wydać znajomy z fizjonomii chorej od nadmiaru władzy. Jak sobie radzić z takim, udowadniali Kurpie nie raz, ośmieszając i przechytrzając „władcę ciemności”, obiecując np. że oddadzą mu się „na służbę”, jak w tej bajce. Ostatecznie Dobro zwyciężało, „ciort” dostawał po łbie sękatym „jełowcakiem” i zwiewał  nie mogąc  pojąć dlaczego stracił  złote dukaty, za które sprytny Kurp: „przy chałupie swojej postawiuł ładną figurę z Jezusem, coby go od satańskiej mocy ochraniała”.
Bolesław Deptuła
so, 22 listopada 2008 12:44

Jerzy

Talentem plastycznym wpisał się na trwałe w historię tej części Mazowsza. Kształtowało go dorastanie w malowniczym Nowogrodzie we wszechstronnie wykształconej, patriotycznej rodzinie Zofii i Adama Chętników, w czasach tworzenia Skansenu Kurpiowskiego i Muzeum w Łomży. Rocznik 1917. Jeden z czworga dzieci Chętników, z których dwoje zmarło w dzieciństwie. Z młodszą  siostrą Teresą - jak wspomina Wiesława Laszczkowska - doświadczał wojennych zniszczeń domu rodzinnego w Nowogrodzie, przenosin do Piątnicy i Łomży, gdzie matka Zofia znajdywała pracę  jako nauczycielka lub tłumaczka książek z języka francuskiego. Jerzy Chętnik we wrześniu 1939 r. poszedł na front. Udało mu się zbiec z niemieckiego obozu jenieckiego. W końcu 1941 r. ożenił się. Założył z Ojcem przymuzealną Pracownię Bursztyniarską, jedyną tego typu w Polsce, gdzie szlifował bursztyn na potrzeby Muzeum w Łomży. Przyjęty do Związku Polskich Artystów Plastyków; zostawił wiele obrazów olejnych, pasteli, rysunków. Odszedł w 1967 r. kilka miesięcy przed śmiercią Adama Chętnika. Ze zbiorów muzealnych: Podwórko łomżyńskie, 1966 r. oraz portret Artysty nad Narwią - fragm. fotografii Z. Dudo z 1958 r.
Bolesław Deptuła
nie, 16 listopada 2008 13:17

Szwedzi

Kto w chwilach próby chwyta za broń? Szwedzkie najazdy od 1665 r. wykazały słabość Rzeczypospolitej, ogromną skalę zdrady magnaterii, (począwszy od  Hieronima Radziejowskiego - starosty łomżyńskiego) i niesłychane męstwo ludu. Wg Jasienicy: "Kurpie stawiali wówczas opór zbrojny każdemu, kto właził w ich lasy. Karol XII obrał szlak właśnie przez puszczę, na Myszyniec. Doznał paru przygód, zanim go spalił...23 stycznia ( 1708 r. ) kolumna szwedzka natknęła się na rzecz w wojnie partyzanckiej niespotykaną, na umocnioną pozycję Kurpiów pod Kopańskim Mostem. Marsz został wstrzymany, stu spieszonych dragonów poszło nocą w obchód. Dowództwo drobnego oddziałku, idącego po ciemku w nieznane, obsadzone przez świetnych strzelców...objął sam wódz naczelny - król.." Chlebowski pisze, że Kurpie,  którzy przysięgli wierność Augustowi II: „ tak dzielnie stawili opór, że Karol XII cały oddział stracił i  ledwie z dwoma towarzyszami...uciec zdołał”. Wg Święckiego król w drodze do Grodna, przedzierając się „ przez te lasy, wiele tam lekkiej swojej kawalerii zgubił i sam zaledwo”  uszedł z życiem, tracąc „ drabanta co przy boku jego był, od Kurpików zabitego”...a jak pisze Gołębiowski: „do Szczuczyna za Łomżą, do przychylnego sobie Szczuki podkanclerzego zdołał umknąć..” Co ciekawe: konfederaci barscy wymieniali tylko Kurpiów i górali, gdy szukali wsparcia wśród ludu. Kurpie byli grupą, którą Ojczyzna wielokrotnie wzywała w potrzebie: u boku Kościuszki,  przeciwko Rosjanom w obronie Leszczyńskiego, w powstaniach narodowych. Niezwyciężonych wolnych strzelców kurpiowskich w bitwie pod Kopańskim Mostem, na zlecenie Chętnika w 1943 r. uwiecznił tuszem świetny rysownik Bogdan Nowakowski z Warszawy. Nigdy nie publikowany, jak sądzę, rysunek przechowuje Muzeum w Łomży.
Bolesław Deptuła
nie, 09 listopada 2008 20:52

Przystawka

W okolicach Łomży jest kilka cmentarzysk z okresu wpływów rzymskich. Jak nieraz bywało, po spaleniu zwłok z wyposażeniem, najbliżsi składali obok prochów przystawkę - naczynko z pożywieniem na dalszą drogę w zaświaty... Muzeum przez kilka sezonów wykopaliskowych badało największe z takich cmentarzysk i tam właśnie sfotografowałem moment odsłonięcia grobu wojownika, z żelaznym grotem obok tajemniczego naczynka o wysokości 8,8 cm. Liczące prawie dwa tysiące lat kruche gliniane naczynko wciąż przesyła wieloznaczne sygnały życia. Najpierw ktoś uzdolniony plastycznie w mokrej glinie nakreślił początek wzoru: w duży kwadrat wpisał 4 mniejsze. Mógł kontynuować motyw zdobniczy, ale najwyraźniej ktoś jeszcze był przy garncarzu. Czyżby pomagała ukochana osoba, której się wiele wybacza ? Twórca zaakceptował „zepsucie” wzoru, ale widać, że kilka razy podpowiadał rysując właściwy początek. Czy te swobodne „wariacje” zawierają echo magicznych znaków solarnych ? Leroi - Gourhan pisał o sztuce pradziejowej „Nawet w dziełach zupełnie pozbawionych treści religijnej artysta jest twórcą jakiegoś przekazu (..) a stworzone formy pełnią funkcję symbolu...” Bez wątpienia powstało coś ponadczasowego, co przezwyciężyło Czas i Śmierć - wobec sztuki bezsilne..  W rozwinięciu całość wzoru i jego rysunkowy odpowiednik.
Bolesław Deptuła
nie, 02 listopada 2008 17:43

Kurpie

178 lat temu w książce „Lud polski” pisał Łukasz Gołębiowski: „ W Mazowszu...w lasach pomiędzy rzekami Bugiem, Narwią...Biebrzą...zamieszkał od wieków lud pełen męstwa i odwagi, Kurpiami zwany. Siedziby ich...przechodziły i na lewy brzeg Bugu...Myszyniec i Ostrołęka stolicą ich niejako. Bartnictwem i myśliwstwem się bawią i wszyscy niemal są doskonałymi strzelcami. Nazwisko ich od obuwia: „kurpiami” zwanego...” Dodajmy: obuwia wykonanego własnoręcznie z łyka lub skóry, materiałów pod dostatkiem nad Narwią.  Adam Chętnik zgromadził świadectwa niebywałej samowystarczalności mieszkańców Puszczy Kurpiowskiej; opisując odrębność architektury, stroju, obyczajów w licznych artykułach m.in. w naukowym kwartalniku „Polska sztuka ludowa”. Wydrukowany tam portret strzelca grającego na rogu myśliwskim wykonał ok. 1947 r. Józef Deptuła, nauczyciel Liceum Pedagogicznego w Łomży - mój  Ojciec. Podpatrywałem w domu rodzinnym jak piórkiem w tuszu przerysowywał, przyniesione przez Chętnika wyblakłe fotografie z lat 30 –tych: stroje, kapliczki, pejzaże, bo w ówczesnych warunkach najczytelniej w druku wychodziły rysunki. Po latach odkryłem w zbiorach Muzeum w Łomży oryginalną, przedwojenną odbitkę fotografii z tego cyklu: ten sam strój myśliwego, ta sama postać...Zanikający obraz widziany oczami Chętnika mogłem wzmocnić i przywrócić pamięci dzięki technice cyfrowej.
Bolesław Deptuła
nie, 26 października 2008 16:00

Mazowieckie

101 lat temu ukazało się dzieło Zygmunta Glogera:  „Budownictwo drzewne i wyroby z drzewa w dawnej Polsce”, którego oryginalny egzemplarz przechowuje Muzeum Północno-Mazowieckie w Łomży. Ze wzruszeniem znajduję jak Gloger z Jeżewa pod Białymstokiem, piszący o sobie: „Podlasianin” pisze o naszej małej Ojczyźnie: Mazowsze nadnarwiańskie, precyzując, że składa się na nie Mazowsze łomżyńskie  i Mazowsze kurpiowskie. Dziś jego następcy, historycy białostoccy nazywają Ziemię Łomżyńską: „Podlasiem” a decydenci organizują w Nowogrodzie: „święto Podlasia”- co ciekawe - bez sprzeciwu Łomżan i Kurpiów. Czy naszą tożsamość ocali jedynie porozumienie samych Mazowszan poprzez powołanie specjalnej organizacji pozarządowej ?...Książka Glogera ukazuje jak pięknie różniły się dawne chaty: np. Kurpiów mazowieckich - wg rysunku Wojciecha Gersona z poł. XIX w. i mazowieckiej szlachty zagrodowej z okolic Wizny na fotografii z ok. 1900 r. Gloger krzepi: opisując, z szacunkiem dla odrębności, różnorodność i jedność staropolskiej kultury. 
Bolesław Deptuła
nie, 19 października 2008 18:11

Paciory

Srebrne wczesnośredniowieczne paciory łukowate z Góry Strękowej to arcydzieło sztuki złotniczej nie mające odpowiednika na ziemiach polskich. Szczęśliwie zachowały się 3 rodzaje ornamentów wykonanych techniką granulacji. Wymiary paciorów od 3.1 do 3,7 cm. dają pewne wyobrażenie o całości luksusowej kolii. Ozdoby zapewne pochodzą z Rusi Kijowskiej. Ich ogromną wartość artystyczną i poznawczą doceniły europejskie środowiska naukowe. Państwowe Muzeum Archeologiczne w Warszawie wykonało replikę do stałej ekspozycji. Szkoda, że takie unikaty są bardziej znane za granicą ( Niemcy, Węgry, Słowacja, Czechy ). W 1986 r. zaprezentowane zostały w Pałacu Dożów w Wenecji oraz w Palermo na Sycylii na wystawie: „I tesori dell`antica Polonia: dai Veneti ai re di Cracovia”. Z tym skarbem kojarzone jest  w Europie słowo ŁOMŻA, ale miastu, mieszkańcom i turystom nie przynosi to korzyści - skarb spoczywa w magazynie - Muzeum w Łomży finansowane przez samorząd od prawie 3 lat czeka na remont. 
Bolesław Deptuła
nie, 12 października 2008 20:35

Zausznica

29 dirhemów, 2 zausznice ( tylko jedna w całości) oraz 4 paciory - tyle trafiło do muzeum z rozproszonego skarbu, który odkryto w 1984 r. w Górze Strękowej. Znalezisko jest dowodem, że w X wieku w pobliżu Wizny funkcjonował szlak handlowy z Azji Środkowej nad Bałtyk. Unikalna zausznica z tego skarbu przechowywana w Łomży ma 13 cm długości, jest zdobiona granulacją i filigranem. Ta luksusowa ozdoba stroju kobiecego to przykład wysokiego kunsztu rzemiosła z kręgu bizantyjskiego. Uratowane zabytki Muzeum z Łomży wypożyczyło na  międzynarodową wystawę „Europa środkowa około roku 1000”, która była wspólnym projektem pięciu państw. Od 2000 r. wystawę mogli  podziwiać mieszkańcy Berlina, Mannheim, Budapesztu, Pragi i Bratysławy.
Bolesław Deptuła
nie, 05 października 2008 19:52
Data ostatniej edycji: 2008-10-05 19:56:01

Dirhemy

Do zbiorów muzealnych trafiło tylko 29 srebrnych monet arabskich, ze skarbu ukrytego ponad tysiąc lat temu pod Górą Strękową  k/ Wizny.  Choć kilka przedziurawiono i służyły jako ozdoby, nadal mogły być środkiem płatniczym. Orientacyjnie baran wart był 4 dirhemy, koń 80, a niewolnik 100. Dirhemy przeniknęły do Europy w ogromnych ilościach, dominując na ziemiach polskich między VIII a połową X w. Przybyły nad Narew być może dzięki Skandynawom, którzy prowadzili z Arabami ożywione kontakty handlowe...W powiększeniu awers dirhema Ismaila ibn Ahmada z dynastii Samanidów z roku 897 / 8, z mennicy w Samarkandzie. Wobec  zakazu przedstawiania wszelkich wizerunków, dopuszczano jedynie pismo kufickie, używane wyłącznie na pomnikach sztuki arabskiej, na monetach i do przepisywania Koranu. W polu monety wyznanie wiary „Nie ma Boga nad Allaha Jedynego, który nie ma towarzysza”; w otoku wewnętrznym nazwa mennicy i rok wybicia wg kalendarza islamskiego; w zewnętrznym  cytat z Koranu. Na rewersie imię kalifa - następcy proroka Mahometa... Mennic w rozległym państwie arabskim było kilkadziesiąt, m.in. w Bagdadzie, Damaszku - miejsc znanych nam raczej z „Baśni tysiąca  i jednej nocy”.
      Skarb cudem ocalał, zważywszy niezwykłość miejsca: to drugie Westerplatte; cel bombardowań hitlerowskiego lotnictwa i pancernej dywizji Guderiana, gdzie swój bunkier wysadził w powietrze bohaterski kpt. Raginis.      
Bolesław Deptuła
nie, 28 września 2008 14:35

Hinks

Firmę Hinks i Syn, założoną przed 1865 r. w Birmingham rozsławił wynalazca Joseph Hinks, który opatentował wiele usprawnień w lampach olejowych, przyjętych później na całym świecie. Wg kolekcjonerów, oryginalny palnik Hinks Duplex nr 2 - z podwójnymi płaskimi knotami, jest na polskim rynku rzadkością. Właśnie taki jest w lampie muzealnej  posiadającej zbiornik porcelanowy z sygnaturą Miśni ( skrzyżowane miecze ) i słynnym niebieskim motywem zdobniczym tzw. cebulowym, malowanym podszkliwnie kobaltem. Wzorem był kwiat peonii z cebulastym zakończeniem przejęty z  porcelany dalekowschodniej. Niewątpliwą ozdobą łomżyńskiej lampy są mosiężne nóżki w kształcie maszkaronów.

Bolesław Deptuła
nie, 21 września 2008 16:36

Aplika

Zagadkowy, XV- wieczny przedmiot z brązu wielkości 2,3 cm. Znaleziony w 1964 r. podczas wykopalisk archeologicznych T.R. Żurowskiego, w pozostałościach średniowiecznego zamku na Wzgórzu Ziemowita w Nowogrodzie.
Wypukły wizerunek jeźdźca na koniu, w hełmie, z mieczem i tarczą (ze śladami białej emalii w zagłębieniach ? ) mógł być częścią ozdobnej dekoracji np. stroju rycerza lub jego rynsztunku. Intrygujące są wypustki zakończone elementem z herbu królów francuskich, dziś zwanym „fleurs de lis” lub „lilie burbońskie” ( podobne zakończenia ma 6-kątny wisior o zbliżonym kształcie, z czerwoną emalią, w opublikowanych zbiorach British Museum ).
Kim był tajemniczy gość, który mógł zgubić tę ozdobę  w nowogrodzkim  zamku nad Narwią ?
Bolesław Deptuła
nie, 14 września 2008 22:12

Liść

Secesyjna patera o wymiarach 9 x 33,5 cm, z mosiężnej blachy platerowanej, trafiła do  zbiorów Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży niedawno.
Ciekawe, że secesja - fenomen w sztuce uniwersalnej, w okresie krótkiego rozwoju (ok.1990-1910 r.) odcisnęła swoje piętno we wszystkich dziedzinach życia, ale nie była ceniona. Czyżby przez fakt, że w krąg zainteresowania artystów wprowadzono projektowanie pięknych przedmiotów dla zwykłych ludzi - masowych odbiorców ? Zyskało na tym m.in. użytkowe rzemiosło, przykładem zdumiewająca inspiracja dla naszej patery na owoce: liść kapusty. Naturalistyczna głęboka forma, dzięki projektantowi - artyście ma nieco wywinięte i pofałdowane brzegi, jakby więdnące, co przydaje lekkości ale zmusza do refleksji o przemijaniu. 
Bolesław Deptuła
nie, 07 września 2008 12:44
Data ostatniej edycji: 2008-09-09 11:19:33

Półmisek

Świadectwo niezwykłych wykopalisk z 2000 r. na ulicy Rybaki w Łomży. Wskutek bezmyślności ludzkiej mogliśmy stracić je bezpowrotnie, bo „zapomniano” o przepisach ochrony zabytków. Dopiero urzędowo wstrzymane prace budowlane dały szansę badaniom ratowniczym.
Archeolodzy znaleźli m.in. narzędzia krzemienne i ceramikę neolityczną z III tysiąclecia pne: najstarsze z terenu miasta (!) oraz  tajemniczą ziemiankę z paleniskiem z epoki żelaza. Jakby „na deser” prac odkryto ślady osadnicze z XVI - XVIII w. z niezwykłą kolekcją ceramiki - jak to najczęściej bywa potłuczonej i niekompletnej: talerzy, mis, garnków, kubków, kafli. Potem muzealny archeolog z „puzzli” kilku kawałków przywracał „do życia” całe naczynia na podstawie fragmentu dna i części brzegowej, brakujące fragmenty uzupełniając gipsem, jak na prezentowanym półmisku o średnicy 31 cm. Cierpliwość jednego pracownika dała szansę innym ujrzeć wielość kształtów i barw, wciąż pięknych. Bogactwo wzornictwa godne serii oryginalnych pamiątek turystycznych z nad Narwi, jeśli znajdzie się chętny wytwórca.

Bolesław Deptuła
nie, 31 sierpnia 2008 11:53
Data ostatniej edycji: 2008-09-01 11:29:51

Pająk

Tylko niewielki procent inkluzji w bursztynie stanowią pajęczaki.
60 lat temu Adam Chętnik, założyciel Muzeum w Łomży, szukając bursztynu na Kurpiach natrafił na wyjątkowy okaz  paciorka wielkości 2, 6 cm, z uwięzionym pająkiem ( Araneae). Znaleziony w Czarni Myszynieckiej i wyszlifowany do grub. 8 mm  przezroczysty bursztyn uwidocznił oszałamiające szczegóły ( w załączeniu fotografia inkluzji z obu stron). 
Dziś barwne i precyzyjne fotografie ułatwiają pracę badaczom, ale szkoda, że muzealne ograniczenia finansowe nie pozwalają turystom „spacerować”  po świecie sprzed 40 milionów lat poprzez obrazy z mikroskopu elektronowego. Może tak niezwykłe pokazy komputerowe ułatwiłyby przełamanie stereotypu kojarzenia bursztynu tylko z Bałtykiem i mniej byłoby turystów zaskoczonych  „odkryciem”, że w Łomży jest unikalna kolekcja „Złota Północy”. Znawcy wiedzą , że jest to największy zbiór regionalny w Polsce. Zapóźnienia cywilizacyjne przeszkadzają w skutecznej promocji bursztynów kurpiowskich, więc to co powinno być dumą i wizytówką regionu leży w magazynach, dostępne tylko naukowcom...
Bolesław Deptuła
so, 23 sierpnia 2008 14:11

Trajan

Ponad 30 lat temu do muzeum trafiła srebrna moneta o wym. 18 x 19 mm, która zwraca uwagę znakomitym stanem zachowania i artystycznym wykonaniem. Denar wybity w Rzymie w latach 112-114 zdobi popiersie Trajana. Na rewersie krocząca postać Marsa, jednego z głównych bogów w mitologii rzymskiej, czczonego jako ojca bliźniąt - założycieli Rzymu:  Romulusa i Remusa. Jest to jeden z niewielu denarów znalezionych pod Łomżą.
Turyści wiedzą, że w centrum Rzymu istnieją pozostałości Forum Trajana. To  największe z 6. rzymskich forów cesarskich i najpóźniej zbudowane, w którego obrębie jest słynna  Kolumna z prochami Trajana - upamiętniająca historię wojny i zwycięstwo nad Dakami.
Żył w latach 53 – 117. W ciągu 19 lat panowania zapisał się jako wybitny przywódca i administrator. Jedyny cesarz, który otrzymał oficjalny tytuł Optimus - „Najlepszy”. Zakazał prześladowania chrześcijan, doprowadził do największego zasięgu terytorialnego, prowincje otoczył opieką ( zakładał miasta, sieć dróg i akweduktów). Jeden z pięciu dobrych cesarzy, słynących z umiaru w korzystaniu z władzy – okres ich panowania nazwano złotym wiekiem rzymskiego imperium.
Bolesław Deptuła
so, 16 sierpnia 2008 17:33

kielich

W 1961 r. A. Chętnik zainicjował wykopaliska na Wzgórzu Ziemowita w Nowogrodzie. Pod kierunkiem T. R. Żurowskiego, w pozostałościach  zamku z czasów Kazimierza Wielkiego odkopano unikalny (jeden z kilku w Polsce), szklany kielich typu „flet”. Datowany na wiek XIV ma wys. ok. 21 cm,  średnicą wylewu 3, 5 cm i szeroką stopką: 11, 5 cm.  Przechowywany w zbiorach łomżyńskiego muzeum okaz ma gęsto zdobioną guzkami w kształcie kropli czaszę, którą w górnej część otacza nitka szklana.
Wysmukłe kielichy typu fletowego szczególną popularnością cieszyły się w Europie płn. w XVII- XVIII wieku, osiągając nawet 60 cm. wys. Jak mógł się prezentować w użyciu kielich podobny do łomżyńskiego  prezentuje XVI wieczna rycina, znaleziona w książce o średniowiecznych szkłach niemieckich (F. Rademacher, Berlin 1933).

 

Bolesław Deptuła
so, 09 sierpnia 2008 16:38
Data ostatniej edycji: 2008-08-09 21:55:45

Pieczęć

10 lat temu zbiory historyczne Muzeum wzbogacił eksponat iście królewski dokument z 1527 r. na pergaminie opatrzony pieczęcią. Akt sporządzony za panowania Zygmunta I Starego, potwierdza prawa braci Zakrzewskich do dóbr w Ziemi Łomżyńskiej. Spisany po łacinie, wymienia: m.in. Kramarzewo, Klimasze Jabłoń, Radziłów, Zakrzewo, Zagroby „in terra Lomzen et districtu Zambrovien”.
XIX - wieczny historyk Karol Szajnocha, pieczęcie określał sercem każdego dokumentu. Odciskano je  w wosku czerwonym lub zwykłym - białym. Przy łomżyńskim dokumencie jest w czerwonym wosku: przywieszona na jedwabnym sznurku pieczęć mniejsza  koronna ma 4, 5 cm średnicy. Czytelne jest na niej imię władcy: SIGISMVNDI  D. G. REGIS  (Zygmunta z Bożej Łaski króla) oraz 4 - polowa tarcza z herbami: Korony (Orzeł) i Litwy (Pogoń), podtrzymywana z boków przez 2 postacie aniołów.
W kancelarii królewskiej używano pieczęci majestatowych oraz wielkich, średnich i małych. Sygnetową dysponował  tylko monarcha. Każda pieczęć była w zachowaniu innego urzędnika – a pieczęci mniejszej- takiej jak nasza -  strzegł podkanclerzy. Podczas pogrzebu każdego króla, kruszono gipsowe modele jego pieczęci.
Bolesław Deptuła
nie, 03 sierpnia 2008 18:22
Data ostatniej edycji: 2008-08-04 15:13:29

Zofia

W 17 numerze „Szkolnej Gazetki Ściennej” (wydawnictwo  ZNP, Warszawa 1937 r.) w fotoreportażu „ O Kurpiach dawniejszych…” znalazłem unikalny portret Zofii z Klukowskich z podpisem: „Pani Chętnikowa opiekuje się paroma tysiącami zdjęć cennych zabytków”. Czas przywrócić pierwszą żonę Adama Chętnika wdzięcznej pamięci: to ona swoje wiano ( z majątku Bella Kownacka, w pobliżu Grodna) przeznaczyła na zakup terenu pod Skansen w Nowogrodzie nad Narwią. Pomagała jako społeczny kustosz, także  niezliczonymi wpłatami - zanim uzyskano wsparcie ( niewystarczające) za pośrednictwem m.in. Wojewody, Starosty, PTK ( Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego ). Na terenie kupionym wspólnie z mężem w 1919 r. przeżywała radość oficjalnego otwarcia w 1927 r. drugiego w dziejach Polski muzeum typu skansenowskiego czyli na wolnym powietrzu… Jak wyjaśnić nowym pokoleniom ten rodzaj patriotyzmu ? Kto byłby dziś chętny tak się poświęcić, by za pośrednictwem męża  społecznika - spełniać szlachetną ale niepewną przyszłościowo fascynację muzealną ? Co czuła przeżywając  gorycz podważenia wkładu Chętników i uznawania Skansenu jako dzieła wyłącznie PTK  a potem w czasie II wojny światowej na wieść, że  pierwsze bombardowanie Nowogrodu zniszczyło Skansen? Zmarła w 1950 r.
 

Bolesław Deptuła
so, 26 lipca 2008 17:05
Data ostatniej edycji: 2008-07-28 15:56:18

List

List zastawny 5%, wystawiony w 1912 r. na 500  rubli, Towarzystwa Kredytowego Miasta Łomży, nr 10 607, - „instytucji ze wszech miar użytecznej”, którą utworzył znany społecznik, mecenas Marian Śmiarowski. Pierwsze Towarzystwa oferujące długotrwały, tani kredyt jako ratunek dla posiadaczy nieruchomości miejskich obciążonych często lichwiarskimi długami, powstały w 1886 r. w Lublinie
i Kaliszu; w Łomży mimo starań uruchomione dopiero w styczniu 1899 r. Pod przewodnictwem założyciela szybko się rozwinęło i od r. 1910 uzyskało pozwolenie na działalność w innych miastach
i osadach Guberni Łomżyńskiej. Muzealny List sporządzony w 3. językach ( rosyjski, polski, niemiecki) ma pieczęć informującą, że „dołączono kupony od …1920 r do…1929 r „ Warto zwrócić uwagę na pieczęć, gdzie jeleń z herbu Łomży jest zwrócony w prawą stronę.
Bolesław Deptuła
nie, 20 lipca 2008 11:32
Data ostatniej edycji: 2008-07-20 14:33:43

Ikona

Ikona napierśna, XIX - wieczna, z warsztatu staroobrzędowców, tzw. pomorców z nad rzeki Wyg w Karelii, którzy sztukę odlewniczą doprowadzili do zdumiewającej perfekcji. Łączone zawiasem 2 plakietki z brązu ( 4 x 4,5 cm), wykładane błękitną a w narożach białą emalią, przestawiają wpisane w krzyż grecki: Trójcę Starotestamentową oraz Matkę Bożą z Dzieciątkiem.
W wyniku okrutnych prześladowań ( nie chodziło o dogmaty, ale obrzędowość i liturgię), przedstawiciele tego fenomenu religijno - kulturowego ok. 1830 r. schronili się w  Polsce, tworząc egzotyczny, maleńki kawałek starej Rosji. Na Mazurach do dziś przetrwał jedyny na świecie żeński klasztor starowierców.

Bolesław Deptuła
nie, 13 lipca 2008 20:40
Data ostatniej edycji: 2008-07-16 18:40:29

Św. Mikołaj

Drzeworyt (wys. 15 cm) Tadeusza R. Żurowskiego, z muzealnej Galerii Sztuki Współczesnej, wg fotografii przedwojennej Adama Chętnika. Dla porównania: obecny kształt kapliczki na fotografii, którą wykonałem 40 lat temu. W 1935 r. Chętnik odnotował, że stała: „przy ul. do cmentarza (dziś odrestaurowana i przeniesiona bliżej ul. Polowej).”
Dlaczego nie szanujemy małej architektury, nie umiemy jej wyeksponować? Polskie kapliczki świadczące o naszej kulturze i tożsamości narodowej znawcy nazywają „perłami krajobrazu”. Nadzieja w światłych mieszkańcach, że kiedyś przywrócą dawny blask tego skarbu i powróci figura Św. Mikołaja, dachówka zamiast blaszanego daszka, a ulica „Mikołaja Kopernika” otrzyma pierwotną nazwę „Św. Mikołaja” - związaną z kapliczką. Chyba, że ktoś się boi przesłania: zgodnie z tradycją Święty miał chronić przed „wilkami”- kiedyś Prusakami… bo „wilków w ludzkiej skórze” wciąż nie brakuje.
Bolesław Deptuła
so, 05 lipca 2008 12:54
Data ostatniej edycji: 2008-07-08 12:28:32

Talizman

Zawieszka  dł. 7,7 cm, z lekko lejkowatym otworem, znaleziona nad Narwią pod Nowogrodem. Przypuszczalnie  nawet mezolityczna czyli ok. 8 - 4 tys. lat pne ), z kości promieniowej młodego konia, z naturalnymi wklęsłościami, które znakomicie wykorzystał  prahistoryczny artysta, umieszczając nad  postacią łani (?) zaznaczonej cienką kreską, celowo fragmentaryczny przez co powiększony ryt dominującej postaci jelenia w biegu. To cos więcej niż ozdoba: talizmanom przypisuje się  magiczną moc przynoszenia szczęścia posiadaczowi. Możemy się tylko domyślać: czy był własnością plemiennego szamana, myśliwego, czy młodego łowcy w trudnym dla niego okresie inicjacji ?
Bolesław Deptuła
nie, 29 czerwca 2008 10:43

Święty Wawrzyniec

Niedaleko grodziska nad Narwią, w Starej Łomży, na Wzgórzu Św. Wawrzyńca gdzie tradycja  umiejscawia  pierwszy kościół na Mazowszu - w kapliczce ceglanej z XVIII w. przechowała się  figura (wys.93 cm), być może ołtarzowa, patrona parafii. Od 60 lat znajduje się w  Muzeum łomżyńskim. Brak atrybutów świętego, czytelna natomiast dalmatyka i tonsura. Najbardziej oparła się niszczącym warunkom atmosferycznym głowa o twarzy pełnej wyrazu i duchowego spokoju.
Bolesław Deptuła
so, 21 czerwca 2008 14:19
Data ostatniej edycji: 2008-07-01 07:03:33

Zawieszka

Srebrna zawieszka z  X - pocz. XI wieku o średn. 2, 5 cm. Znaleziona podczas wykopalisk archeologicznych na grodzisku w Starej Łomży. Wykonana techniką tłoczenia, z jednej  strony zdobiona geometrycznymi wzorami ze srebrnych granul otoczonych filigranową obwódką . Ten ekskluzywny element zapewne naszyjnika, to nordycki wyrób jubilerski z Gotlandii. Pamiątka kontaktów handlowych, czy ślad bezpośredniej obecności Wikingów nad Narwią ?
Bolesław Deptuła
pt, 13 czerwca 2008 20:04
Data ostatniej edycji: 2008-06-14 14:10:15

Brakteat

Krzyżacki brakteat guziczkowy wykopany podczas prac archeologicznych na Wzgórzu Św. Wawrzyńca, ma średnicę 14,1 mm i waży zaledwie 0,21 g. Takie monety biło  kolejnych 6. wielkich mistrzów krzyżackich w Toruniu  od 1380 do 1416 roku. Czyżby do Starej Łomży brakteat trafił za pośrednictwem uczestnika bitwy pod Grunwaldem ?

Bolesław Deptuła
nie, 08 czerwca 2008 12:28
Data ostatniej edycji: 2008-06-14 14:10:25

Chętnik

Największym  skarbem są ludzie.  Dla Muzeum w Łomży - założyciel placówki, doc. dr Adam Chętnik (1885 - 1967). Twórca Skansenu Kurpiowskiego w Nowogrodzie i Działu Bursztyniarskiego Muzeum Ziemi w Warszawie;  przedwojenny poseł na Sejm, krajoznawca, badacz - szczególnie pogranicza Kurpiowszczyzny i Mazur, popularyzator oddany sprawom niepodległości, oświaty i kultury. Wielość zainteresowań i bogactwo osobowości. Doskonały portret Chętnika z lat 60. - wyszukany z kolekcji negatywów Pracowni Fotograficznej Muzeum Północno - Mazowieckiego w Łomży, wykonał Zygmunt Dudo, pierwszy fotograf muzealny.
Bolesław Deptuła
nie, 01 czerwca 2008 17:54
Data ostatniej edycji: 2008-06-02 13:40:00

Wisior

Mikrokosmos zastygły w bursztynie można w pełni zobaczyć najlepiej dzięki fotografii. Utrudnieniem dla fotografa są jednak nie tylko maleńkie rozmiary, ale również błyszcząca powierzchnia i półmrok wnętrza, które trzeba pokonać metodą prób i błędów. Ten wisior dł. 4 cm wyszlifował z bryłki Stanisław Bziukiewicz, jeden z ostatnich bursztyniarzy na Kurpiach. Wśród wielu barw można tu dostrzec odcień błękitu. Są także fragmenty roślinne - być może mech  - sprzed ok.40 milionów lat.
Bolesław Deptuła
śr, 28 maja 2008 19:16
Data ostatniej edycji: 2008-06-02 13:40:37

Dukat

Złoty dukat o śred. 21,8 mm, z 1649 r. - ze skarbu monet znalezionych pod Łomżą - przedstawia rycerza trzymającego miecz oraz symbol Zjednoczonych Prowincji północno-niderlandzkich: wiązkę strzał. Dukaty napływały do Polski w tak ogromnych ilościach za nasze zboże, że jak pisał w 1632 r, Jan Grodwanger:..."juz teraz Włoszy, Francuzowie nawet i sami Niemcy owe czerwone złote,...co je Skonfederowani Hollandowie biją, polskimi zowią"...
Bolesław Deptuła
so, 17 maja 2008 10:19
Data ostatniej edycji: 2008-06-02 13:35:12

Toporek

Toporek kamienny, datowany na III - II tys. p.n.e., dł. 13 cm, służył jako broń oraz narzędzie. Znaleziony na polu ornym w Ostrołęckiem. Zapisany pod nr. 1 w Księdze Inwentarzowej Działu Archeologii Muzeum Północno-Mazowieckiego w Łomży. Interesujący jest otwór na trzonek, wydrążony z obu stron kościanymi wiertłami o różnych średnicach.

Bolesław Deptuła
pon, 05 maja 2008 15:28
Data ostatniej edycji: 2008-06-02 13:35:25

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0